Etykiety

czwartek, 23 listopada 2017

Dziewięć smoków, siedem gwiazd, pięć tygrysów i księżyc

"Kochanie, czy my nie zaspaliśmy?" Zaniepokojona Żonka wskazuje na zegarek: 6:35. Coś pogrzebałem w komórce i budzik (ustawiony na godzinę wcześniej) nie zadzwonił. O ósmej mamy pociąg a do metra dobre 15 minut pieszo i dalej metrem, z przesiadką, jakieś 20-kilka stacji... Poranny sprint, do Huangsha a potem na dworzec południowy (Guangzhou Nan). Olbrzymi, jak lotniskowy terminal. Musimy przejść cały wszerz (ze 200 metrów), bilety można odebrać w kasach, do których dostęp jest z zewnątrz. Odbieramy i szukamy peronu. To nie takie proste: dworzec, jak większe lotniska, ma osobne poziomy przyjazdów i odjazdów. Aby wejść na odjazdy trzeba przejść kontrolę biletów i dokumentów. Dla miejscowych automatyczna, w bramkach z czytnikami. My, z paszportami, musimy przejść przez bramkę z obsługą. Mała kolejka, wyżej kolejna - do kontroli bagażu. Uff, przydało się nauczyć tych paru znaków po chińsku - przynajmniej można odczytać nazwę stacji docelowej bez czekania na wersję po angielsku. Na peron wpadamy równo z wjeżdżającym pociągiem. Znajdujemy swoje miejsca, wypraszamy chińską parkę, która się na nich rozsiadła (no wiem, każdy chce siedzieć razem, ale niektórzy bardziej) i zmęczeni padamy na siedzenia.



To wprawdzie druga klasa (czyli pięć siedzeń w rzędzie), ale i tak bardzo komfortowa. Jedziemy jedną z najnowszych linii sieci kolei dużych prędkości (CRH, China Rail High Speed). Miejscami pociąg rozpędza się do 245 km/h; prawie 500 km pokonamy w dwie i pół godziny. Co chwila przechodzą panie sprzątające, nieco rzadziej obsługa z cateringiem. Za kawę przegięli! Kosztuje 5 euro, za to jest lurowata. O czasie dojeżdżamy do Guilin, największego miasta autonomicznego regionu Guangxi. Trzeba się rozejrzeć za dalszym transportem - samo Guilin zwiedzimy w drodze powrotnej.


W hali dworca zaczepia nas dziewczynka z kolejowego biura podróży. Tłumaczymy, że nie interesuje nas zorganizowana wycieczka w pakiecie. Potrzebujemy jedynie transportu do położonego kilkadziesiąt kilometrów na północ Longji z jego słynnymi tarasami ryżowymi. Idziemy zatem poszukać autobusu, ale z tego dworca nic tam nie jedzie. Za to uczepił się nas namolny taksówkarz, oferujący podwiezienie za 600 juanów (prawie 90 euro). Nauczeni afrykańskimi doświadczeniami stanowczo odmawiamy - sam opuszcza cenę. W końcu staje na 350. No dobra, jedziemy.



Infrastruktura drogowa w Chinach powoli nadąża za kolejową. Droga do Longji jest zwykła, jednopasmowa, ale obok na ukończeniu jest autostrada, wiaduktami przerzucona nad niełatwym terenem. 130 kilometrów pokonujemy w półtorej godziny, czyli nienajgorzej. Do parku narodowego Longji wiedzie droga zamknięta imponującą bramą w lokalnym stylu architektonicznym. Właściwie to nie brama, ale zespół budynków. Kasy, świetlica (klimat trochę jak w górskim schronisku), restauracja i sklepik. Nikt z obsługi nie potrafi nam wytłumaczyć, o której będzie autobus do położonej wyżej wioski, gdzie mieści się nasz hotel. A tych busików na parkingu stoi kilkadziesiąt. Okaże się (za kolejne półtorej godziny...), że to zwykły, lokalny "pekaes" - taki z kurami, warzywami i opałem. Oraz pasażerami w barwnych, ludowych strojach grup etnicznych Yao oraz Zhuang (czerń z różem oraz tkane wariacje z niebieskim w tle). Pani konduktor wysadza nas po drodze, w wiosce przy strumyku. Podobno podjedzie kolejny bus, tym razem już jadący tam, gdzie chcemy dzisiaj dotrzeć. Chwilę na niego czekamy i kupujemy od przemiłej staruszki coś z dzwoneczkami - ni to zabawka, ni ozdoba. Jest i nasz autobus - pani konduktor potwierdza, że właśnie tam jadą, gdzie my chcielibyśmy. No, może nie do końca: autobus dojeżdża tylko do parkingu, gdzie kończy się wiodąca z głębi doliny droga. Dalej już tylko wyłożone kamiennymi płytami ścieżki - co najwyżej można skorzystac z niesionej przez dwóch kulisów lektyki. Po drodze stragany z kolorowymi strojami, ozdobami i biżuterią. Tłumaczymy natrętnej pani, że sposobniej nam będzie kupić coś wracając. Trzyma nas za słowo. Idziemy jeszcze z piętnaście minut dalej, szukając naszego hotelu. Niełatwo go znaleźć, ale w końcu doń docieramy.


Hotelikiem zarządza miły Jim, który studiował niedawno we Francji. Cieszy się, że może z nami pogadac po francusku, chociaż jego angielski też jest bardzo przyzwoity. Jego mama przyrządza nam kolację: kurczaka z orzeszkami i wędzoną wieprzowiną z jakąś kapustą. To wszystko z ryżem, miejscowym sposobem zapiekanym na palenisku w bambusowej rurze. Jest jeszcze dość wcześnie, zatem wychodzimy na spacer aby obejrzeć słynne tarasy ryżowe. Podobno widziane z góry wyglądają jak księżyc (bo takie łukowato wygięte) oraz siedem gwiazd (najwyższe, położone na szczytach wzgórz pola ryżowe - takie nieregularnego kształtu jeziorka). Jest przyjemnie cicho, pieknie i wiejsko-autentycznie, chociaż trochę chłodno i z chmurami kotłującymi się w dolinie poniżej. Nie-chińskich turystów nie ma wcale, chińscy zaś bez wyjątku chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. Po drodze spotykamy kota, który przybija nam piątkę i kolejną nachalną straganiarkę. Chce nam wcisnąć bransoletkę za 100 juanów (14 euro), widząc nasz upór schodzi na 30... Zaglądamy też do sklepiku sympatycznego pana Huanga, z herbatami i biżuterią z miejscowych kamieni. Częstuje nas po kolei czerwoną i zieloną herbatą. Trochę rozmawiamy, chociaż Huang po angielsku ani w ząb. Robi się ciemno, wracamy więc na nocleg. Cisza i spokój, szmer strumyka... oraz kogut już od świtu.



Rano każde z nas bierze inny zestaw śniadaniowy: w zachodnim są tosty, jajka sadzone, dżem , masło i kawa (z saszetki, oczywiście...), w chińskim zaś makaron z wieprzowiną, czymś zielonym i pomidorami. Posiliwszy się idziemy na drugą stronę wioski, skąd widać inne ryżowe tarasy. Te ktoś z wyobraźnią nazwał "Dziewięć smoków i pięć tygrysów", ponieważ... tak! Ponieważ te stworzenia one maja przypominać. Nie możemy się tego podobieństwa doszukać, ale i tak jest pięknie. Idąc na szlak, w wiosce po drodze zachodzimy do schroniska młodzieżowego (Żonka dostrzegła przez okno ekspres do kawy). Kawę rzeczywiście mają, całkiem niezłą oraz w przyzwoitej cenie (jak na kawę w Chinach), bo za 18 juanów (2,5 euro). Przy recepcji karteczki z imionami gości - wśród nich "Michał i Sylwia, 2013". Wdrapujemy się na szczyt góry, do punktu widokowego. Dzisiaj jest słonecznie, zalane wodą ryżowiska przypominają fantazyjnie powykrzywiane lustra. Dobrze nam tu. Jak w każdej podróży, nie tylko oglądamy nowe miejsca i gadamy z lokalesami, ale też gadamy ze sobą (w końcu nic nam nie przeszkodzi). Dzisiaj głównie są to refleksje o Chinach (bo oprócz wielkiego miasta, jakim jest Kanton, właśnie oglądamy wiejską stronę tego kraju; może nieco odpicowaną pod turystów, ale nadal ze sporą dozą autentyczności).



Czas wracać, najpierw do hotelu. Rozmowa z kolejną straganiarką. Młoda i piękna kobieta, w kolorowym stroju ludowym. Zachwyca się urodą Żonki, jak laleczkę ubierając ją w kolorowe, wełniane zawoje. Niewiele od niej kupujemy, bo nigdzie tu nie ma bankomatów a i terminali niewiele (w całym zamieszaniu na początku tej podróży nie zdążyliśmy wypłacić gotówki). Okaże się później, że w Chinach komórkowe aplikacje (np. WeChat) powoli wypierają zarówno gotówkę jak i karty płatnicze. Korzystając po powrocie do Kantonu z Asi WeChata zapłacimy zarówno Jimowi za kolację jak i pani Peng za koszulki :-) Teraz zaś trzeba wracać na parking i poszukać autobusu do Longji. Odjeżdża za 20 minut, zdążymy więc zjeść jakąś zupę w miejscowym, przydrożnym barze. Zupa jest jedna dla wszystkich, z pokaźną porcją makaronu i pikantnymi przyprawami. Pojadłszy wsiadamy do busa, zjeżdżamy w dolinę i dalej, do Longji i głównej szosy do Guilin. Tam łapiemy autobus (półtoragodzinna podróż na odcinku 75 km wyniesie 28 juanów od osoby - następnym razem nie damy się żadnemu taksówkarzowi tylko poszukamy właściwego dworca!). Po południu docieramy do Guilin, meldujemy się w hotelu położonym przy przepływającej przez miasto rzece i udajemy na spoczynek. Jutro kolejny etap chińskiej przygody - tym razem w  wydaniu rzecznym.





środa, 15 listopada 2017

Przechadzki po Kantonie

Przechadzka pierwsza

Na pierwszy spacer wychodzimy niedługo po przyjeździe do polskiego konsulatu na wyspie Shamian, w starej części Kantonu. Po powitaniu z długo niewidzianą Asią i małym odświeżeniu się, idziemy się trochę rozejrzeć oraz coś zjeść, bo to już pora obiadowa się zrobiła. Samą Shamian zostawiamy sobie na później, kierujemy się na druga stronę kanału, do trochę nowszej dzielnicy. Niby ona nowsza, ale jakbyśmy przenieśli się gdzieś... właściwie sami nie wiemy, gdzie. Sklepiki oferują dość szczególny asortyment: jakieś nieokreślone grzyby, suszone tuszki szczurów, koniki morskie, wygotowane kości, robaki i suszone nie-wiadomo-co... Dopiero później się dowiemy, że to nie jest bynajmniej hurtowy handel zaopatrzeniem dla restauracji, ale składniki specjałów chińskiej medycyny. Idziemy kawałek dalej, zagłębiając się w ciekawą, handlowo-gastronomiczną dzielnicę. Znajdujemy wreszcie polecany lokal, prowadzony przez rodzinę Ujgurów - muzułmańskiego i tureckojęzycznego narodu, zamieszkującego region Xinjiang w zachodnich Chinach. Podobno ręcznie ciągniony (nawet na kilka metrów) jest u nich najlepszy. Zamawiamy dwie miski rosołu z wołowiną, kolendrą, cebulą pietruszką i czymś jeszcze. Smakuje bardziej niż przyzwoicie, jest sycące a do tego dwie porcje kosztują tylko 22 juany (czyli nieco ponad 3 euro). Tego samego dnia odwiedzamy jeszcze raz tę okolicę, robiąc z Asią zakupy na lokalnym targu. Targ jak targ: jest tu prawie wszystko. Owoce, warzywa, mięso, ryby, korzenie, tofu, owoce morza, drób. Bez znajomości chińskiego trudno byłoby się w tym wszystkim zorientować i kupić to, co się chce (chociaż kantońska wymowa, tudzież w ogóle język kantoński od standardowej chińszczyzny różnią się dość znacznie). Można jednak oczywiście wspomagać rękoma (lub w całości na nich polegać).




Po wczesnowieczornej herbatce i konsularnych opowieściach, kontynuujemy z Asią przechadzkę, tym razem brzegiem Rzeki Perłowej. O tej porze na Shamian jest zacisznie i spokojnie, za to nabrzeża tętnią życiem. Pełno ćwiczących (gimnastyka, sztuki walki, tai-chi, chodzenie tyłem, gra w zośkę i cokolwiek komukolwiek przyjdzie do głowy). A tym kimkolwiek może być zarówno nastolatek, osoba w sile wieku jak i dziarski staruszek. Sporo jest biegających (już wiem, gdzie rano się wybiorę :-) oraz tańczących różne układy z wachlarzami. Sama rzeka, jej okolice i różnokolorowo oświetlone mosty wręcz zachęcają do takich aktywności a przynajmniej spaceru. Zdrowo się natleniwszy wracamy na zasłużony odpoczynek.




Przechadzka druga

Następny dzień zaczynam od porannego treningu. Rozciąganie i rozgrzewka na Shamian (korzystam z małej bieżni i siłowni na powietrzu) a potem w lekkiej mżawce bieg w dół rzeki, mostem na drugą stronę - do parku na cyplu - i z powrotem. Razem około dziesięć kilometrów. Nikogo moja aktywność nie dziwi, pełno jest takich. A że biały? Kogo to obchodzi? To w końcu nie Afryka...

Nieco później, wszyscy troje idziemy do pobliskiej knajpki na śniadanie. W chińskim stylu, czyli z daniami przynoszonymi jedno po drugim i stawianymi na środku stołu. Tak, aby każdy mógł ze wszystkiego skubnąć. Bardzo mi się to podoba; wreszcie Żonka nie musi się czuć zażenowana, że wyjadam jej z talerza. Próbujemy specyficznej ryżanki z wieprzowiną, "stuletnimi" jajami i prażoną cebulą. Następnie wjeżdżają dim-sumy z krewetkami, mięsem i kawiorem, bao-zi (małe bułeczki gotowane na parze, cos jak nasze pyzy) z mięsem, naleśniki ryżowe z gołębimi jajami i na koniec po kawałku ciasta na słodko.




Tak się posiliwszy ruszamy na spacer do Liwan - ocalałym kawałku starego Kantonu. Pełno sklepików i warsztatów, wąskich uliczek z porozwieszanymi w poprzek gaciami lub lampionami. Czyli klimaty jakie najbardziej lubimy, pełne autentycznego życia lokalesów. Część dzielnicy  to rozwalające się domki chaotycznej zabudowy, tuż obok zaś przykład całkiem udanej rewitalizacji: uliczka podobna w charakterze do odnowionej Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze. Galerie, sklepiki i knajpki (jest nawet porządna kawa, ale na espresso trzeba tu już wydać... 3 euro! Czyli 22 juany - tyle, ile za dwie duże miski rosołu z mięsem i makaronem u Ujgura dnia poprzedniego...)




Włócząc się powoli (chociaż z Asią nigdy nie idzie się powoli ;-) docieramy do rozległego Parku Liwan. Bardzo ładnie skomponowany i zadbany, ze stawem i łódkami. Na parkowych ścieżkach życie kwitnie: a to naprędce stworzony zespół śpiewa karaoke, a to grupa panów rżnie w karty. Dla każdego coś. Nad wszystkim czuwają zaś opiekuńcze bóstwa i duchy, którym można złożyć wizytę w pobliskiej taoistycznej świątyni.




Pożegnawszy się z Asią idziemy kawałek dalej, do zabytkowej Akademii Klanu Chan. Jest to rodzaj kampusu, zbudowanego przez rodzinę Chan dla ubogich studentów z prowincji, którzy przyjeżdżali pobierać nauki w wielkim mieście. Obecnie to bardziej galeria i muzeum. Ciekawa architektura i ekspozycja, ale zachmurzone niebo i siąpiący deszcz nie pozwalają na zrobienie dobrych zdjęć. Z zainteresowaniem oglądamy za to wystawę płaskorzeźb przedstawiających scenki z życia codziennego, jakieś kilkadziesiąt lat temu. Zawieszone w rządku na ścianie przypominają stacje drogi krzyżowej.



Wracamy metrem na Huangsha. Zanim wrócimy na Shamian i zapakujemy się na jutrzejszą podróż do Guilin, wstępujemy do tutejszego centrum handlowego. Lunch w restauracji to już wydatek rzędu 93 juanów (około 13 euro) za dwie osoby (makaron z wołowiną i coś w rodzaju schabowego z makaronem również i surówką). Z ciekawości włóczymy się trochę po sklepach z odzieżą, zaskoczeni urodą oferowanych rzeczy. To naprawdę jest ładne i nietandetne, zupełnie nie jak przysłowiowa chińszczyzna ("wszystko za pięć złotych").

Przechadzka trzecia

Na kolejny spacer po Kantonie wyruszamy kilka dni później, po powrocie z wycieczki do regiony Guangxi. Tym razem chcemy dokładniej przyjrzeć się samej Shamian i nowoczesnemu centrum Nowego Kantonu, dobre dziesięć kilometrów (i kilka stacji metra) dalej w dół rzeki. Wstępujemy do sklepu z rupieciami, który oprócz nich serwuje też herbatkę i dim-sumy, i w drogę!




Wysiadamy na Pearl River New Town, a tu... no inny świat normalnie! Szczęka opada a głowa do góry wygina. Rozmach powala: wieżowce o fantazyjnych czasem kształtach. Nie gęsto upchane jak w Nowym Jorku czy Hongkongu, ale z pomyślunkiem porozdzielane szerokimi alejami i zielonymi skwerami. Poskręcana bryła gmachu opery. Wszystko to wielkie ale przy tym jakieś takie przyjemne dla ludzi. Jakby dla równowagi, zbudowany na Igrzyska Azjatyckie w 2010 roku stadion i część obiektów sportowych trochę jakby podupadła. Spacerując robimy pewnie spore odległości, bo zaczęliśmy być głodni. Wracamy zatem na Huangsha i idziemy na kolację do oswojonego już centrum handlowego. Młode kelnerki cieszą się jak dzieci, że właśnie do ich lokalu udało im się nas zwabić. Nie żałujemy: wieprzowina na słodko-kwaśno w ananasie, tajwańskie przystawki, makaron z dodatkami i krewetkowe skwarki z okrą smakują wybornie!




Przechadzka czwarta

To już ostatni dzień naszego pobytu w Chinach, jutro wyjeżdżamy. Na razie jednak jedziemy  parę przystanków autobusem na polecany przez Asię targ herbat. Jakoś sennie tu i spokojnie jak na targ, nikt nas nie zaczepia. Wchodzimy w końcu do sklepiku prowadzonego przez młodą, ładną panią, która miło i nienachalnie nas zaprasza. Oddycha z ulgą słysząc kilka słów po chińsku: jej angielski, jak większości miejscowych, jest dość szczątkowy. Siadamy i po kolei próbujemy: pu-erh, zieloną, czarną, białą, żeń-szeń, specjalną dla seniorów (nie, to nie dla nas - dla teściowej ;-) Trzeba w końcu zapytać o ce suo, czyli wc. Na szczęście jest, na zapleczu. Można zatem kontynuować degustację. Kupujemy dwa krążki sprasowanej herbaty, trochę zielonej w liściach i jeszcze po trochu innych. Pani dokłada od siebie parę kulek gratis i zaprowadza nas do restauracji, prowadzonej przez ludzi z grupy etnicznej Hakka (fascynującą podróż do nich opisała na swym blogu goszcząca nas Asia).




Proponują nam zupę żółwiową lub do wyboru żywe ryby z akwariów, ale akurat nie mamy nastroju na taki hardkor. Bierzemy zielone szparagi z grzybkami w kształcie uszu, pędy z wołowiną na sojowo w skwierczącym, glinianym garnku oraz ryżowe (lub bambusowe...) pędy z wieprzowymi pulpecikami. Do tego wieprzowa rąbanka (jak leci, z kośćmi) w cieście na słodko, z cebulą, papryką i owocami, przybrana prawdziwym, kolorowym kwiatkiem. Pojadłszy wracamy na Shamien i kupujemy jeszcze parę pamiątek w sklepiku z którego dochód idzie na wsparcie chińskich sierot.




Jako że w ten dzień przypadły moje urodziny, zabieram niewiasty na wieczorną kolację w centrum. Ostatni spacer kolorowo rozświetlonymi nabrzeżami Rzeki Perłowej, rozmowy i wrażenia z tego krótkiego liźnięcia przez nas wielkich i tajemniczych Chin. Niepostrzeżenie wchodzimy w ciemną i wąską uliczkę, gdzie wszystkie sklepiki specjalizują się w... biustonoszach. Mimo, że jest nieco odludnie i ciemnawo, nie czujemy się niebezpiecznie. To w ogóle cecha tego kraju - być może "dzięki" policyjnej inwigilacji i powszechnej kontroli wszystkiego i wszystkich przez władze... Cóż, cos za coś.


Na kolację nasz wybór pada na restaurację mlajsko-lankijsko-hinduską. Zamawiamy massalę z grzybkami i bakłażanem, kalmary na ostro z grilla, blanszowaną kapustę, coś jajka i kurczaka w chlebku, samosę i pyszne jak zawsze lassi. Popijemy już po powrocie do konsulatu pożegnalnym drinkiem. To już była nasza ostatnia przechadzka po Kantonie. Na razie ;-)


piątek, 10 listopada 2017

Żółtym ptakiem i czerwonym smokiem nad Perłową Rzekę

Wyjeżdżamy wczesnym popołudniem z domu, zostawiając samochód na parkingu w miejscu pracy. Potem metro: jedna linia, druga i Dworzec Południowy w Brukseli. Podróż pociągiem Eurostar do Londynu w zasadzie niewarta wzmianki, tak samo jak późniejsza, podmiejskim Thameslink z dworca St Pancras na lotnisko Gatwick. Kolejowej, przytorowej Anglii daleko do imperialnego przepychu Westminsteru. Ciekawym natomiast było zobaczyć w Londynie lisa... Port lotniczy Londyn-Gatwick - widać, że zbudowano go jakiś czas temu. Niezbyt funkcjonalny terminal, ciasnota części restauracyjnej i długie korytarze prowadzące do bramek. Dopełnieniem tego jest podawanie numeru bramki tuż przed boardingiem - a czasami do przejścia jest jakieś 15 minut. No, ale przynajmniej bilety były tanie. Tylko dokąd właściwie tym razem lecimy?

Zaczęło się od odkrycia faktu, że znajoma z podyplomowej szkoły została konsulem generalnym RP w Kantonie (czyli po chińsku Guangzhou, wymawiane guangdżou). Lektura jej kolejnych wpisów na specjalnie założonym blogu (gorąco polecam zresztą!), zachęciła nas do podróży. Nigdy jakoś nas do Chin nie ciągnęło, ale z werwą pisane relacje z podróży i miejskich obserwacji zmieniły sytuację. Aż pewnego październikowego dnia w zeszłym roku, wracając z pracy do domu oznajmiłem Żonce "Kochanie, kupiłem bilety do Chin bo była promocja". Promocja rzeczywiście atrakcyjna (oczywiście na fly4free.pl), za ok. 270 euro od osoby (normalna cena to co najmniej dwa razy tyle). Z Londynu do Kantonu właśnie, z przesiadką w syczuańskim Chongqing (wymawiane czongcing).

Czekamy zatem na naszego Airbusa 330 (mówiłem już, że to nasz ulubiony samolot na długie loty?), lecącego z Londynu do Chongqing. Polecimy Tianjin Airlines, mającym w logo jakiegoś żółtego ptaka na czerwonym tle. Wśród pasażerów kilkoro Polaków - pewnie tak, jak dwa miesiące później "gwiazdy", skorzystali z tej samej promocji. Samolot w porządku, jedzenie i obsługa również. Podobnie jak oferta filmowa ("Pan życia i śmierci" (Lord of war) - opowieść o handlu bronią i moralnych dylematach z tego wynikających, polecam!) Lecąc na wschód noc robi się krótka, zatem po filmie można już było wpatrywać się w zaśnieżone połacie Syberii i Mongolii. Jest przecież dopiero początek marca. Jedenastogodzinna podróż powoli dobiega kresu, powoli przebijamy się przez chmury i schodzimy do lądowania w Chongqing.


Tutejszy port lotniczy nie jest zbyt znany (podobnie jak i samo miasto, będące obecnie jedną, wielką fabryką), ale uderza rozmachem. Terminal międzynarodowy niezbyt duży, ustępuje wielkością krajowemu, ale w budowie są dwa kolejne budynki z kilkudziesięcioma rękawami. Odbiór bagażu, kontrola graniczna, standardowe pytania, pieczątki - jesteśmy w Chinach ludowych! Teraz tylko dostać się do hotelu. Bierzemy taksówkę. Kierowca po angielsku w ząb, bardzo przydają się miesiące nauki chińskiego. Chociaż nie bardzo zna drogę, dopytując się tu i ówdzie dowozi nas na miejsce (podróż kosztowała 50 juanów, czyli około 7 euro). Tylko czy to na pewno jest nasz hotel? Budynek wygląda jak zwykły, kilkunastopiętrowy wieżowiec, z mieszkaniami i punktami usługowymi. Jednak napisana "choinkami" nazwa hotelu zdaje się potwierdzać, że to tu. Klimat trochę jak z filmów Barei: biuro komitetu blokowego, salon masażu, apteka, fryzjer i żłobek. Nagle w korytarzu pojawia się dywan i numery na drzwiach - to już nasz "hotel", Chongqing Yueyou Hotel Airport. Przynajmniej tani (25 euro za noc) i nie aż tak paskudny już w pokoju. Kart nie przyjmują, idę rozejrzeć się na miasto w poszukiwaniu bankomatu. Noc ciężka: parę godzin różnicy czasu i popiskująca, cofająca ciężarówka pod oknami skutecznie wyganiają sen...

Rano trzeba dość wcześnie wstać, mamy samolot do Kantonu. Podróż na lotnisko według licznika kosztuje tym razem tylko 11 juanów, zatem wczorajszy cwaniak nieźle nas orżnął. Odprawiamy się na lot (dopiero od niedawna i tylko na lotach China Southern, w przypadku przesiadki na jednym z lotnisk w Chinach można się odprawić na całą podróż, my zatem musieliśmy poprzedniego dnia zabrać nasze bagaże i nadać je ponownie). Odprawiamy się zatem na lot liniami Beijing Capital Express, należącymi (wraz z sześcioma innymi) do grupy znanych na Zachodzie Hainan Airlines. Szukamy czegoś na śniadanie - ja chętnie spróbuję czegoś miejscowego, Żonka na razie ma opory i szukamy jakichś kanapek. Bezskutecznie... Za zestaw z jajkami, kapustą, pierożkami dim-sum i czymś ryżowym (oraz dwiema kawami) płacimy 110 juanów - z tego 80 to te kawy... Dostaniemy jeszcze coś później w samolocie, oznaczonym wizerunkiem czerwonego smoka.


Fajnym zwyczajem na chińskich lotniskach jest to, że obsługa naziemna, po odsunięciu blokady kół, ustawia się w rządku i macha na pożegnanie odlatującym. Pewnie tak mają w regulaminie, ale i tak jest to miłe. Startujemy i ponownie wznosimy się nad chmury, kierując na południe. Kanton wita nas mżawką, za to jest dość ciepło. Olbrzymie, nowe lotnisko Baiyun jest właściwie miastem w mieście (ściślej - za miastem; metrem to jest 20 stacji a i to nie będzie jeszcze ścisłe centrum). Wysiadamy na stacji Guangzhou East, próbując odebrać zarezerwowane prze internet bilety za pociąg za dwa dni. Bezskutecznie jednak - będzie trzeba pojechać na dworzec Guangzhou South, skąd nasz pociąg odjeżdża. Wsiadamy więc na powrót do metra i jedziemy kilka stacji dalej, do Huangsha. Stacji miedzy nowym (centrum handlowe i kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce) a starym (dzielnica postkolonialna na wyspie Shamian). To już tutaj, nad brzegami Rzeki Perłowej spędzimy najbliższe dni. Podróż nasza dobiegła końca, ale chińska przygoda dopiero się zaczyna.



czwartek, 9 listopada 2017

W cieniu Wezuwiusza

Ta żeglarska wyprawa była inna niż wszystkie. Z różnych względów. Po pierwsze, trwała tylko trzy dni. Po drugie, przepłynęliśmy tyle, ile zazwyczaj w ciągu jednego (a nawet pół) dnia. Po trzecie zaś (co wiąże się z drugim), mieliśmy na pokładzie najmłodszego załoganta ze wszystkich naszych rejsów. A właściwie dwoje: roczną dziewczynkę i jej braciszka, dopiero co krągłościami brzuszka zaznaczającego swoją obecność na świecie.


Włochy zawsze były u nas na liście potencjalnych kierunków żeglarskich wakacji. W 2010 roku krótko nawet ich zakosztowaliśmy. Cztery lata później naszych przyjaciół naukowa kariera rzuciła najpierw na zachód Francji a potem na północ Włoch, do Genui. Tam też można fajnie pożeglować, ale stwierdziliśmy, że atrakcyjniej (i cieplej, bo to zaledwie koniec kwietnia był) będzie popływać w Zatoce Neapolitańskiej. Chcieliśmy zresztą ten rejs połączyć ze zwiedzeniem samego Neapolu i pobliskich Pompejów.


Po spędzeniu wspólnie Triduum Paschalnego i Niedzieli Wielkanocnej w Ligurii, wsiedliśmy zatem w samolot (stary, poczciwy Boeing 717, zwany niegdyś DC9), linii Volotea. Z powodu malowania ogona, zyskały sobie one u nas przydomek "Air Cerata". Neapol, jak to ma w zwyczaju, przywitał nas lazurowym morzem i pięknym słońcem. Oraz szarą, groźnie majaczącą sylwetką nieodległego Wezuwiusza... Towarzyszyła nam ona później przez cały rejs, z wyjątkiem deszczowego poranka drugiego dnia, gdy widoczność była mocno ograniczona.


Zobaczyć Neapol i umrzeć, mówili... Fakt. Nie tyle od piękna tego miasta i jego okolic, co od chaosu ulic, wszechobecnego brudu i śmieci. Nigdzie wcześniej ani potem nie widzieliśmy oficjalnych tabliczek z przekreśloną, kucającą sylwetką i napisem "Nie robić kupy". Za to druga strona przewodu pokarmowego mogła poczuć się rozpieszczona. To, co znamy jako włoską kuchnię to głównie specjały tego regionu, Kampanii, z pizzą na czele. Tylko u Włochów w Tervuren dają porównywalnie dobrą. Za to w Neapolu kosztuje ona co najmniej dwa razy taniej.


Dzień odbioru łódki rozpoczął się zabawną sytuacją w hotelowej jadalni (bo restauracją to zdecydowanie nie było). Popsuła się maszyna do kawy i pan recepcjonista po prostu... zagotował duży gar wrzątku, do którego wrzucił zmielony preparat budzący. O Dio bono! Potem przejazd zatłoczonym tramwajem na wybrzeże (mało malownicze, bo praktycznie cały dostęp Neapolu do zatoki zajmują tereny portowe) i poszukiwania naszej mariny. Okazało się, że łódka jest w drugiej marinie, trochę dalej (maila o tym informującego nie zdążyliśmy przeczytać przed wyjazdem). Za to naprawdę tam była, w dobrym stanie, przekazana przez jej właściciela. Zaokrętowaliśmy się, zrobiliśmy zakupy i w drogę!


Akurat jeszcze trochę wiało po wczorajszej i wcześniejszych wichurach. Dobrze, że się uspokoiło, bo - jak już napisano wyżej - w załodze mamy roczne dziecko i dwie kobiety, w tym jedna w ciąży. Rozwijamy zatem żagle i spokojnym, prawym baksztagiem kierujemy się na południe, w stronę Capri. Po lewej cały czas groźnie majaczy szara sylwetka Wezuwiusza...


Dwie-trzy godziny żeglugi mijają szybko, zawijamy do mariny, cumujemy i idziemy na kolację. Wszystko byłoby fajnie i pięknie, gdyby nie cena, którą nam zaśpiewano: 250 euro za noc! Santa Madonna! Decydujemy się na mało eleganckie zagranie, o którym aż wstyd pisać. Następnego ranka, przy siąpiącym deszczu, oddajemy cumy i powtarzamy manewr ORP "Orzeł" z Tallinna. Śpiące jeszcze Capri zostaje za burtą a my leniwie okrążamy całą, przereklamowaną nieco (chociaż piękną, nie powiem) wyspę. Kierujemy się na Ischię, drugą z wysp, która wraz z Capri - jak dwa kolczyki - ozdabia przeciwległe krańce zatoki. Wezuwiusza po prawej burcie zza wilgotnej mgiełki nie widać, jednak wiemy, że jego szara, groźna sylwetka tam się czai...



Bliżej Ischii jednak się przejaśnia i możemy podziwiać malowniczy Castello Aragonese, wzniesiony an przylegającej do głównej wyspy skale. W głównym porcie może być ciasno, w dodatku przez wąskie wejście co chwila śmigają wodoloty i inne promy, zatem płyniemy nieco dalej na zachód, do mariny w Casamicciola. Miejsca w marinie sporo, jednak cieć nie pozwala nam zacumować tam, gdzie chcemy i każe się przesunąć. Po raz drugi w swej kapitańskiej karierze robię ten błąd (chociaż poprzednim razem to bardziej wiatr był winien) i włączam napęd zanim mooring zdążył zatonąć. Szarpnęło, zwolniło i stanęło. Już wiedzieliśmy co - lina wplątała się w śrubę. Mimo prób, nie daliśmy rady sami tego odplątać - trzeba było skorzystać z usług nurka.


Aby poprawić sobie humor poszliśmy na kolację. Casamicciola, i Ischia w ogóle, jest nie mniej malownicza od Capri ale też jakby mniej pretensjonalna. W końcu z tamtej wyspy pochodzi słowo "kaprys"... Nieduże miasteczko, wybrzeże, kolorowe domostwa i kościół z kotwicą na frontonie i olbrzymią tarczą zegarową. Trochę się powłóczyliśmy, ale nie za długo, bo znów zaczęło padać. Oj, nie rozpieszczały nas Włochy w tamtym roku...


Za to ostatni dzień jakby chciał nam tę całą poprzednią wilgoć i szarugę wynagrodzić. Piękne słońce, lekki wietrzyk i niesamowicie głęboki błękit morza. No, i oczywiście ponownie szary, groźny zarys Wezuwiusza - tym razem wprost przed nami. Na obiad stajemy na kotwicy przy wysepce Vivara, tuż przy Procidzie. Zatoczka Genito jest wyraźną, wulkaniczną kalderą a sama Vivara - połową jej obrysu. Reszta zapadłą się w którejś z erupcji. W końcu to część złowieszczych Pól Flegrejskich - superwulkanu, który bardziej niż Wezuwiusz spędzają sen z powiek wulkanologom. Na szczęście dla nas, jedyną wrzącą cieczą pozostaje woda na - a jakże! - spaghetti. Zanim się zagotuje, dokonamy z Wojtkiem małego rekonesansu wybrzeża z pontonu.


Po obiedzie pozostaje podnieść kotwicę i pokulać się pozostałe kilka mil z powrotem do Neapolu. Trochę szkoda, że to już, ale tak jest zawsze na koniec rejsu. Miał on sprawdzić u naszych przyjaciół czy to cos dla nich, czy załapali bakcyla żeglarstwa. Czy załapali? Na to muszą oni sami odpowiedzieć. W każdym razie: Arrivederci Napoli!