poniedziałek, 21 maja 2018

Kawa czy herbata?

Wyżyny centralnej Nowej Gwinei słyną z upraw dobrej jakości kawy. Spróbowaliśmy już jej, z małego baru w Kundiawie, w papierowych kubeczkach. Wypitej na murku przy miejscowym lotnisku, ku niezmiernemu zdziwieniu lokalesów. Po dwóch dniach pobytu w górach nadszedł czas na poszukanie owej kawy i jej producentów. Od księdza Jana dostajemy wskazówki gdzie ich szukać oraz sterane, 24-letnie Suzuki Samurai. stare, ale nie do zdarcia. Dzielnie radzi sobie na Highlands Highway - głównej szosie łączącej wybrzeże (port w Lae) z wyżynami i górami. Tak jak na odcinku z Mount Hagen, również dalej na wschód, w kierunku Goroki, droga znajduje się w żałosnym stanie. Odcinki z asfaltem nie są dłuższe niż kilkaset metrów a i wtedy pełno na nich dziur. Niektóre głębokie na 20-30 cm. W jednym ze szczególnie dziurawych miejsc stoją jednak miejscowi panowie z łopatami i kijami, niby to zasypując te dziury i naprawiając drogę. Oczywiście, od przejeżdżających żądają za to opłaty. 2, 5, 10 lub 20 kina... Wszystko im jedno, dlatego zadowoleni są ze zwitka kilku 2-kinowych banknotów i pozwalają jechać dalej.


Gęstość zaludnienie Papui-Nowej Gwinei wynosi 15 osób na kilometr kwadratowy, jest więc prawie 10 razy mniejsza od polskiej. Co z tego, skoro ma się wrażenie, jakby wszyscy mieszkańcy gór gromadzili się przy tej jednej drodze. Siedzą i leżą w cieniu drzew, snują się poboczami, sprzedają owoce i warzywa (rzadziej piwo, Maggi i kostki rosołowe) z przydrożnych straganów. Zatrzymujesz samochód niby w ustronnym miejscu, nikogo nie ma, chcesz pójść za potrzebą w krzaki. A tu krzaki  nagle ożywają, wychodzi gość (lub kilku) z maczetami. Nie, nie mają złych zamiarów - po prostu pracowali w lesie, polu czy ogrodzie. Uśmiechają się szeroko, pozdrawiają i po prostu ciekawi są obcych - w dodatku białych. Mimo tej naszej inności nie czujemy się tutaj jednak jak bankomaty - co częste jest niestety w Afryce... Papuasi zdają się mieć więcej osobistej godności, mimo widocznej, niższej od afrykańskiej, marnej stopy życiowej. Nie mają ponadto - często przechodzącego u Afrykańczyków w niechęć i agresję - kompleksu niewolnictwa i kolonializmu. Nowa Gwinea - jako całość - dopiero w końcu XIX wieku została podzielona między Wielką Brytanię, Niemcy i Holandię. Niemieckie panowanie w północnej części wyspy ustało dość szybko, bo z końcem I wojny światowej. Pozostały po nim niektóre nazwy: Archipelag i Góry Bismarcka, Góra Wilhelma czy Finschhafen. Była Nowa Gwinea Niemiecka i leżące na południu Terytorium Papui były przez kilkadziesiąt lat dobrze zarządzane przez Australię. Już w 1949 roku wydano ustawę o niepodległości PNG, która stała się faktem 26 lat później. Długoletnie przygotowanie do niepodległości, tworzenie instytucji niezależnego państwa i demokratycznej kultury prawnej zapobiegło znanym z Afryki niepokojom towarzyszącym demontażowi kolonii.


Znajdujemy w końcu, po ponad godzinie jazdy po wertepach, cel naszej podróży: Kongo Coffee Factory (lub, w języku pidżin, Kongo Kofi Fektori). Otwierają nam bramę, wjeżdżamy na jej teren. Informacja, że jesteśmy "friends of father Dżoaski" (tak wymawiają tu nazwisko "Jaworski"...) otwiera każde drzwi i z miejsca robi z Ciebie swojaka. Wita nas Jerry, główny menadżer fabryki. Z radością zgadza się nas po niej oprowadzić. Łączy ona w sobie funkcje punktu skupu i suszarni. Okoliczni plantatorzy mogą sprzedać swój produkt w postaci "czereśni" (kawa wprost z drzewka), ale w formie obranej, sfermentowanej, wypłukanej i wysuszonej można uzyskać trzykrotnie wyższą cenę. Fabryka zajmuje się dalszą przeróbką: oddzielaniem łupin, dalszym suszeniem (piece opalane są oddzielonymi wcześniej łupinami) i pakowaniem do worków. W tej postaci kawa jest eksportowana na cały świat, ale to jeszcze nie jest postać, jaką znamy ze sklepów. Tę uzyskuje się w palarni, której tu, w Chuave, nie ma. Obserwujemy jeszcze proces suszenia na słońcu (w pobliżu rośnie też kilka drzewek - można zobaczyć świeże "czereśnie") i delektujemy się kubkiem kawy z barku. Nazwa "Kongo" nie ma żadnego powiązania z afrykańskim państwem (właściwie to dwoma państwami) ani rzeką; po prostu tak w miejscowym języku nazywa się kamień. Kamień wapienny, którego pełno w okolicznych górach (i na drodze niestety też...)




Na drugi dzień chcemy zobaczyć plantację (być może też suszarnię i zakład obróbki) herbaty. Trzeba jechać w przeciwną stronę, w kierunku Mount Hagen. Pierwsze dwadzieścia kilka kilometrów podobnej jakości jak dnia poprzedniego. Asfalt na przemian z kamiennym rumowiskiem, stragany i przydrożne chaszcze z uprawami. W końcu, za Kudjip, po prawej stronie rozciąga się kilkunastohektarowe pole krzewów herbacianych. Niestety, jest sobota i fabryka nieczynna. Nie ma też nikogo, kogo można by zapytać o pozwolenie wejścia na pole. Szkoda... Najwyraźniej tym razem wygrała kawa.

niedziela, 20 maja 2018

Opowieść należeć Papuas o miłość i zazdrość

"Shimuuu! Shimuuu!" My witać Wy na ziemia należeć my. My Wam pokazać historia - dziewczyna i chłopaki. Ta jedna jest dziewczyna. Ona czekać na chłopaki. Chłopaki tańczyć - oni chcieć pojść z ta dziewczyna. Ona czekać, oni tańczyć i starać się mnóstwo za bardzo. O, ona wybrać. Ale to nie chłopak należeć ona, ona pójść z inny. On rozpaczać mnóstwo za bardzo. On tarzać się na ziemia i być mnóstwo za bardzo zły. Gdy dziewczyna tak robić, chłopak czasem nie chcieć żyć. On pójść do las i skończyć. O, on wisieć na drzewo.





Teraz dziecko należeć on szukać on w las. Ono wołać ojciec należeć ono. Ono widzieć ojciec wisieć na drzewo, ono rozpaczać mnóstwo za bardzo. Ono biec do wieś należeć oni i krzyczeć. Przybiec inne ludzie z wieś. Przybiec też inne dzieci ojciec który umrzeć. Oni mnóstwo za bardzo rozpaczać i zabrać ojciec do wieś.

Z las wyjść teraz dziewczyna z drugi chłopak. Rodzina należeć zmarły być mnóstwo za bardzo zła. Oni krzyczeć mnóstwo za bardzo. Teraz oni wszyscy bić się. To coś być koniec historia należeć my. My mnóstwo za bardzo cieszyć się wy do nas przyjechać.

"Wy posłuchać: oni biali nie być turysta. Oni rodzina należeć doktor Dżoaski. Nie być turysta. Oni przyjechać do Papua Nowa Gwinea spotkać ludzie należeć nasz kraj. Oni być dobrzy ludzie."


Wy móc zobaczyć wyroby należeć my. Maski, naszyjniki, kina. My mieć też siekiera z kamień i łuk. O, ty dobrze wyglądać z siekiera należeć my! To coś być korona z pióra należeć kazuar. Kazuar być ptak duży mnóstwo za bardzo. On móc zabić człowiek. Wy móc kupić jakaś rzecz należeć my. My nie chcieć mnóstwo za bardzo kina. Wy dobrzy ludzie.




sobota, 19 maja 2018

W głąb Nowej Gwinei

Do górzystego i wyżynnego wnętrza Nowej Gwinei pierwsi biali dotarli dopiero w 2. połowie XX wieku! Jedziemy, a właściwie lecimy by się przekonać jak wiele (lub niewiele) się od tego czasu zmieniło. Najpierw jednak poranna Msza Święta w domowej kaplicy u księży werbistów, z udziałem biskupa Wewak, wspomnianego już "Józka". Potem śniadanie i wyjazd na lotnisko. Ależ ci ludzie są niesamowici! Niby kraj rozwijający się - jak większość Afryki, niby negroidzi - jak Afrykańczycy, ale jakże inni! Uśmiechy na każdym kroku, bezinteresowne pozdrowienia. Nie ma sztucznej powagi i wyższości funkcjonariusza w mundurze - jest pomocna dłoń drugiego człowieka, dla którego jego funkcja jest drugorzędną wobec zwykłej życzliwości. Kontrola bagażu na wejściu do terminala ("A, do Mount Hagen? Ja stamtąd jestem! Fajnie, że lecicie w moje strony. O, do szpitala? Ze sprzętem i lekami? Niesamowite!"), kontrola bezpieczeństwa ("Digicell? O, tam. A właściwie to Was zaprowadzę. Chodźcie za mną"). 

W saloniku Digicella - jednej z działających w PNG sieci komórkowych - kupujemy miejscowe karty SIM i pakiet danych na internet. Karty dla przylatujących z zagranicy są bezpłatne a 2,4 GB na tydzień kosztuje 42 kina. Mała walutowa dygresja: miejscowej waluty nie będę przeliczać dla celów tego bloga ani na euro, ani na złotówki. Wynika to z tego, że kurs kina (PGK) do euro jest prawie identyczny z kursem złotego. Zatem widząc "K" - myślimy "zł" i już wiemy, ile co kosztuje. Nazwa papuaskiej waluty nie ma nic wspólnego z miejscem, gdzie prezentowane są "ruchome obrazy". Dowiemy się później, że kina to półksiężycowatego kształtu naszyjniki (ryngrafy raczej) z macicy perłowej, które niegdyś pełniły tutaj funkcję pieniądza. Podobnie z jednostką zdawkową, czyli toea (1/100 kina). Toea to z kolei małe muszelki, nanizane na sznurek, które również odgrywały rolę płatniczą. Wracając zaś na lotnisko w Port Moresby: woda (pół litra) i kartonik soku kosztują tu 9 kina, czyli dość znośnie jak na tego typu miejsce. Bardziej niż znośne są też lotniskowe toalety: czyste, pachnące, z mydłem i papierem.


Sala odlotów terminala krajowego jest niewielka, gdyż zazwyczaj niewielkie są samoloty obsługujące trasy wewnętrzne (turbośmigłowe ATR lub Dash, odrzutowe Fokker 70 lub 100; żaden z nich nie zabiera więcej niż 100 pasażerów). Zbliża się godzina naszego wylotu, po kolei wywoływani są pasażerowie lecący w różne miejsca PNG. Większość to oczywiście Papuasi (w tym nasza współpasażerka z kwiatkiem za uchem), my jesteśmy jedynymi białymi w samolocie do Mount Hagen (no, chyba żeby za białych liczyć też grupkę kilku Chińczyków). Lot trwa niecałą godzinę, z cateringu jedynie ciastko brownie i sok jabłkowy. Pod nami przesuwa się południowo-wschodnie wybrzeże wielkiej wyspy, całe w namorzynowych lasach, z nielicznymi plażami i koralowymi wysepkami. Białymi grzywaczami na oceanie zaznaczają swoją obecność groźne, podwodne rafy. W końcu Cieśnina Torresa tuż, tuż. Skręcamy w prawo, w głąb lądu. Namorzynowe zarośla ustępują miejsca gęstej, równikowej dżungli, poprzecinanej gdzieniegdzie wijącymi się rzekami. O ludzkiej obecności przypominają nieliczne wioski, ukryte w lesie. Teren się podnosi i różnicuje, pojawiają się wyżyny i góry. Schodzimy do lądowania. Mount Hagen leży na wysokości prawie 1700 m n.p.m., co zapewnia okolicy przyjemny klimat: nadal ciepły, ale nie tak duszny i wilgotny jak na wybrzeżu. Odbieramy bagaże, wychodzimy przed dość spory i ładny (oddany do użytku w 2015 roku) budynek terminala. Czekamy na nasz transport - ambulans ze szpitala w Kundiawie, gdzie spędzimy najbliższy tydzień.


Po jakimś kwadransie podjeżdża: znajoma (z afrykańskich dróg) Toyota Landcruiser z logo szpitala na drzwiach. Fizjoterapeutka Marie opowiada nam po drodze o mijanej okolicy i o tym, czego możemy tu oczekiwać. Jedziemy słynną Highlands Highway - główną arterią komunikacyjną wnętrza PNG, prowadzącą z portu morskiego w Lae aż do kopalń, hen za Mount Hagen. Droga na razie jest niezła - równy asfalt bez dziur, ruch mniej niż umiarkowany. Mijamy ukryte w przydrożnym gąszczu wioski, plantacje herbaty, kawy, palm i warzyw. Grupki ludzi koczujące pod drzewami, stragany z towarem (głównie warzywami) na sprzedaż. Momentami, tam gdzie z gór schodzą lawiny błotne, asfalt jest zdarty a droga zamienia się w kamienne rumowisko, przypominające świętokrzyskie gołoborza. Autem trzęsie, ale nasz kierowca pewnie je prowadzi. Dojeżdżamy do Kundiawy w mniej niż zapowiadane dwie godziny (z lotniska to ponad 80 km) i przedzieramy się przez pełne pieszych, samochodów i autobusów miasteczko. "Boże, tu jest wszędzie pod górę!", szepcze przerażona Żonka. Pocieszającym faktem jest to, że jak jest pod górę - to jest też z góry. Wjeżdżamy przez bramę na teren szpitala i rozlokowujemy się w przyznanym nam domku dla gości: jego parter to przytulne mieszkanko, z salonem, sypialnią, łazienką i kuchnią. Odświeżamy się po podróży i czekamy na naszego gospodarza. Czekanie się przedłuży, ale o tym innym razem. Idziemy spać, wsłuchani w cykanie świerszczy i cykad. Noc w górach będzie chłodniejsza, ale tak przecież lepiej się śpi. Dobranoc!


piątek, 18 maja 2018

Paradisaea apoda

Nad suchymi, żółto-czerwonymi połaciami Australii, jak złowrogi pterodaktyl, zawisa ptasio-smoczy, dżunglą pokryty kontur Nowej Gwinei. Wyspy, gdzie jeszcze dziś odkrywane są plemiona żyjące w zupełnej izolacji od świata zewnętrznego. Wierne swym wierzeniom i tradycjom, używające narzędzi rodem z epoki kamienia gładzonego i mówiące jednym z ponad 820 języków stwierdzonych na wielkiej wyspie (tylko jej wschodnia część, zajmowana przez Niezależne Państwo Papua-Nowa Gwinea, jest półtora raza wieksza od Polski, zamieszkiwana przez niecałe 9 milionów ludzi). Kraj niezwykłej różnorodności przyrodniczej (storczyki, rajskie ptaki i endemiczne torbacze), gdzie w bardzo trudnych czasami warunkach pracuje ponad 60 misjonarzy z Polski. Właśnie polscy misjonarze, konkretnie jeden z nich, są powodem, dla którego tam się udajemy.

Nowa Gwinea, z podanych wyżej powodów, jest chyba marzeniem każdego podróżnika. Dostać się tam nie jest tak trudno - stolica, Port Moresby, ma regularne połączenia lotnicze z kilkoma miastami w Australii a także z Tokio, Manilą, Hongkongiem i Singapurem; jakby się postarać, można dolecieć z Polski z jedną tylko przesiadką. Jednak prawdziwym wyzwaniem jest podróżowanie wewnątrz kraju. Samoloty nie wszędzie docierają, nie są też tanie. Spławne rzeki tylko na nizinach. Dróg asfaltowych jest tylko niecałe 700 km; reszta jest albo kamiennym rumowiskiem albo spływającą po deszczach błotnistą mazią. Jakoś nas to nie przeraża, potrzebowaliśmy tylko pretekstu oraz kontaktu na miejscu, aby tu przybyć. Z kilku zapytanych odpowiedział jeden - ksiądz Jan Jaworski, kapłan i lekarz w jednej osobie, od ponad 30 lat posługujący w Papui-Nowej Gwinei. Zaoferowaliśmy miejsce w hojnym limicie bagażowym Air China, on miał określone potrzeby, więc wyprawa stała się faktem.

Najpierw jednak pobudka w poniedziałkowy poranek i jazda wypożyczonym Hyundaiem na lotnisko w Sydney. Mimo wczesnej pory (szósta rano), ruch jest całkiem spory. Na szczęście autostrada zapycha się na zjeździe na terminal krajowy - my skręcamy w lewo, na międzynarodowy. Po małym błądzeniu (ech, te oznaczenia!) oddajemy samochód i w chłodzie i deszczu poranka idziemy się odprawić. Tęskno nam już do cieplejszych okolic, dlatego lecimy na północ (tam, w dole globusa, wszystko jest na odwrót: w maju turlają się pod nogami pożółkłe liście a powietrze z południa zapowiada zimno i deszcze). Odprawa na lot Air Niugini (bo tak słodko, w języku tok pisin, nazywają swój kraj Papuasi) przechodzi sprawnie, podobnie wszelkie kontrole (jednak można z uśmiechem i życzliwością, panie i panowie z Okęcia?) Kawa w lotniskowym barze jest niepijalna, ale podobno dobrą uprawiają w PNG. Wymieniamy zatem trochę australijskich dolarów na papuaskie kina i śmiesznym autobusem (drzwi ma na środku przedniej ściany) podjeżdżamy do naszego samolotu - rzadko już dziś spotykanego Boeinga 767. Jak zwykle kolorowa mieszanka pasażerów, ale chyba tym razem większość stanowią biali. Lot mija bez większych wrażeń - może poza niezwykle ostrym smakiem wołowiny, zaserwowanej na lunch ("Będę tam głodować!", biadoli Żonka). Pod nami przesuwają się pola i pastwiska Nowej Południowej Walii i Queenslandu, potem dzikie okolice tego drugiego a wreszcie błękitny Pacyfik i wysepki Wielkiej Rafy Koralowej. Steward proponuje coś do picia. Na uwagę, że być może za wcześnie jeszcze na piwo (jest około południa) dowcipnie odpowiada, że "Panie! Przecież w każdej chwili gdzieś na świecie jest piąta po południu!".

Lądujemy przed czasem. Nooo, wreszcie jest nam ciepło! Może nawet trochę za bardzo, bo jak przystało na podrównikowe miasto na wybrzeżu duchota wręcz obkleja. Ustawiamy się w dość długiej kolejce po wizy, wydawane na lotnisku. "O, z Polski! Tak daleko!" Pani ze zrozumieniem i podziwem słucha o naszych podróżniczych planach i bez problemu wkleja żółte naklejki z rajskim ptakiem do naszych paszportów. Możemy tu zostać nawet dwa miesiące! Będziemy jednak tylko nieco ponad tydzień, na początek w stołecznym Port Moresby.

Z lotniska odbiera nas polski werbista, ksiądz Zdzisław ("To Ty jesteś Rafał? Witaj! Zdzichu jestem") i obwożąc nieco po mieście zawozi na kwaterę. Gości w prowadzonym przez werbistów domu jest sporo, ale znajduje się dla nas przytulny pokoik z wiatrakiem u sufitu. Odświeżamy się nieco i zachęceni przez Zdzicha jedziemy z nim do ogrodu botanicznego. Oprócz przepięknych storczyków i orchidei (to chyba nawet to samo?) można tam też obejrzeć rajskie ptaki, z których Nowa Gwinea zasłynęła zanim jeszcze dotarli na nią Europejczycy. Piórami tych barwnych stworzeń handlowano w postaci całych skórek, które Papuasi pozbawiali bezwartościowych w handlu nóg. Stąd wzięło się w Europie przekonanie, że ptaki te, o barwach przekraczających wyobraźnię, musiały pochodzić prosto z Raju. Słońce je malowało na złoto i czerwono a one same nigdy nie brukały się kontaktem z ziemią. Nawet Karol Linneusz, wprowadzając powszechną klasyfikację organizmów, nazwał je Paradisaea apoda, czyli beznogie rajskie ptaki. Oficjalna polska nazwa jest równie wdzięczna co melodyjna: cudowronki (na czele z krasnopiórą, która znalazła miejsce w godle PNG).




Obejrzawszy kwiaty, ptaki (także piękne korońce) i kangury drzewne, wracamy do domu księży werbistów. Po drodze oglądamy miasto, intensywnie modernizowane i sprzątane na tegoroczny szczyt APEC. Trochę nam przypomina Yaounde, z zatłoczonymi pojazdami (tutejsze jednak nie są tak rozklekotane) i ciemnoskórymi ludźmi przesiadującymi w większych i mniejszych grupkach pod drzewami. W domu już poznajemy innych ciekawych ludzi: brata Radża, Radka (nie brata), księdza Janusza i biskupa diecezji Wewak ("Cześć! Józek jestem.") Na ciekawych, jak zawsze w misjonarskim gronie, rozmowach upływa nam popołudnie a Żonka może się wykazać smażąc schabowe na kolację. Zmrok, jak przez cały rok, zapada około 18-tej. Czas się przepakować i wypocząć przed jutrzejszą podróżą. Koniec żartów, zaczną się góry. I to dosłownie.

czwartek, 17 maja 2018

Mulgoa


Niedziela, 13 maja. Od rana bez zmian. Czyli pada i wieje, z przyjemniejszych niezmienności - obfite śniadanie w angielskim stylu. Żonka w nienajlepszym humorze, nie daje się namówić na kolejowo-taksówkową wyprawę do ośrodka szensztackiego w Mulgoa [link]. Kilka minut poszukiwań, kilka kliknięć i mamy zarezerwowane auto w Hertzu. Trzeba będzie tylko przejść kilkaset metrów z katedry, gdzie wybieramy się na - jak to zapowiadają - "solenną i śpiewaną Mszę". Drogę do katedry obadaliśmy już wczoraj wieczorem; gdyby ktoś zabłądził to wystarczy iść za dźwiękiem dzwonów. Katolicka katedra p.w. Najświętszej Marii Panny urzeka czystością neogotyckich form. Wszystko zdaje sie wystrzeliwać w górę, do nieba. Także wspaniałym śpiewem niewielkiego, dziewięcioosobowego chóru męskiego, wkraczającego główną nawą w uroczystej procesji z krzyżem i sztandarem. Nawet ta ich łacina nie brzmi tak straszliwie jak zazwyczaj u anglojęzycznych. Lud w większości azjatycki z wyglądu - ale do tego zdążyliśmy się już w australijskim Kościele przyzwyczaić. najważniejsze, że Chrystus ten sam co wszędzie.



Rozpocząwszy jak należy niedzielę idziemy do miejskiego biura Hertza po zarezerwowane rano auto. Krótkie formalności ("No worries, mate!") i odbieramy Hyundaia i10, którego oddamy jutro rano na lotnisku, przed odlotem do Papui-Nowej Gwinei. Samochód ma wbudowana nawigację, więc z wyjazdem z miasta nie będzie problemu. Niestety, nie przyszło nam do głowy sprawdzić ustawienia drogi (były "Minimalizuj drogi płatne"). Zatem prowadzi nas elektroniczna suka jakimiś uliczkami i przedmieściami, które wydają się nie mieć końca. A przecież Google Maps pokazywało, że dość łatwo będzie się wydostać z centrum... Mijane okolice i zabudowę można określić trzema "B": byle jakie, badziewne i brzydkie. W końcu jednak zabudowa rzednie, pojawiają się farmy z pasącym się bydłem oraz drogowskazy do Mulgoa. W samym miasteczku tablica kierująca do "Schoenstatt shrine". Jeszcze tylko parę kilometrów i jest: kilka niskich budynków, położonych miedzy drogą a łagodnym zboczem, schodzącym do lasu, parking i znajoma sylwetka maryjnej kapliczki. Jesteśmy u siebie.


W środku jak to w środku - tak, jak wszędzie. Tyle, że "Nic bez Ciebie - nic bez nas" tym razem po angielsku oraz ciemna karnacja modlących się wiernych. To Hindusi, chociaż pewnie już uważający się za "dinkum Aussie". Pytamy o siostrę Thomasine, o której pisał nam Josef. Jest akurat zajęta; honory gospodyni pełni młoda i pełna werwy siostra Emilyne z Filipin. Okazuje się, że jest kursową współsiostrą naszych kochanych Emiliany, Joasi, Ines i Sary. Świat jest jednak mały - a nie spotkaliśmy jeszcze tej, z którą mamy wspólnych znajomych. Siostra Thomasine okazuje się być pełną empatii, serdeczną starszą panią, która słucha zanim sama coś powie. Jest pełna podziwu dla naszych poczynań, na nowogwinejskim i afrykańskim kierunku, chociaż nie uważamy, abyśmy robili coś szczególnego. Miała być krótka rozmowa w przerwie ważnego spotkania a zrobiła się z tego prawie godzina. "Idźcie na dół, drogą do lasu. Właśnie byłam tam na różańcu i spotkałam kangury".



Nie trzeba nam dwa razy tego powtarzać. W końcu po to między innymi przyjeżdża się do Australii aby te fascynujące zwierzęta zobaczyć - najlepiej na wolności. Są, tam, w wysokiej trawie. Cztery osobniki. Podchodzimy bliżej i widzimy, że dwójka z nich to zapewne mama z małym. No tak, w końcu dzisiaj w Australii (i paru innych krajach też, np. w Belgii) świętuje się Dzień Matki. Chwilę przyglądają się nam z zaciekawieniem ale zapewne nie wyczuwając wrogów wracają do zajęć: oklepywania się łapkami, skubania trawy lub leżenia w niej. Wrażenie obcowanie z naturą jest nie do opisania. Wracamy pomału pod górę, do sanktuarium. Chwila z Mamą i czas wracać. Ale przecież gdzie Mama - tam i Ojciec! Statua o znajomym, dobrotliwym obliczu brodatego staruszka. Parę chwil zadumy (rozmowy?) i naprawdę czas wracać. Niedługo będzie ciemno a w samym Sydney pewnie korki.





Tym razem wybieramy opcję z autostradą. Trzypasmowa, ale i tak nie da się rozpędzić. Bliżej centrum zatory, które jeszcze bardziej upodabniają Sydney do jakiegokolwiek innego dużego miasta w rozwiniętym świecie. Cóż, mimo kilku fajnych widoków i przemiłych ludzi  nie zachwyciło nas. Pewnie kiedyś tu jeszcze wrócimy, ale chyba tylko tranzytem. Klucząc nieco po drodze do Woolloomoolloo docieramy w końcu do naszego hotelu. Kolacja (tradycyjnie: paje z mięsem i frytki z ulicznej budki, za kilkanaście dolarów), pakowanie (musimy zmniejszyć ilość walizek; za to każda z nadawanych może mieć 7 kg więcej) i idziemy spać. Trzeba jutro wstać przed 6, aby zdążyć dojechać na lotnisko, oddać samochód i odprawić się na lot do Port Moresby. Zaczyna się prawdziwa wyprawa w nieznane.



środa, 16 maja 2018

Dinkum Aussie

Dinkum Aussie - czyli "prawdziwy Australijczyk" lub "prawdziwie australijskie". Z czym nam się najczęściej kojarzy? Chyba z ogorzałym typem (Krokodyl Dundee), w spodniach do kolan i w koszuli w kratę, oczywiście w znoszonym kapeluszu ze skóry krokodyla lub kangura.  Tymczasem znakomita większość Australijczyków to mieszczuchy, w dodatku z wielkich miast południowego i wschodniego wybrzeża (Sydney, Melbourne, Brisbane, Adelaide). Często ze sporą nadwagą, wynikającą z siedzącego trybu życia (chociaż w telewizji najchętniej oglądaliby sport - w tym specyficznie australijskie dyscypliny, jak miejscowy futbol (połączenie futbolu irlandzkiego z rugby i zwyczajną nawalanką - w wynikach meczów uwzględniana jest np. liczba rannych z każdej drużyny), krykiet czy rugby. Taki "dinkum Aussie" zazwyczaj nigdy nie wyjechał poza granice swojego stanu (chyba, że na Bali - często taniej to wyjdzie niż na drugi kraniec Australii) i ma pojęcie o świecie zbliżone do średniej amerykańskiej. Coraz częściej też Aussie ma wygląd Chińczyka, Indonezyjczyka czy Filipińczyka. Nie oznacza to, że nie ma już dziś owych "typowych" Aussie, mieszkańców Outbacku, hodowców bydła czy poszukiwaczy opali. Są oni jednak mniejszością.


Dinkum Aussie to w naszych wyobrażeniach eukaliptusowy busz, czerwony piasek centralnych pustyń czy pełne krokodyli rozlewiska na północy. Ale czy miejska dżungla Sydney jest mniej dinkum? Duże miasto, ładnie położone nad brzegami doskonałego nawigacyjnie Port Jackson, im dalej od wody tym jednak brzydsze i mniej ciekawe. Nowoczesne budynki bez wyrazu (to w centrum), gdzieniegdzie otaczające jakiś "pomnik historii" (w Australii jest nim wszystko starsze niż 50 lat). Niska zabudowa przedmieść, byle jakie domy, centra handlowe. Jak w każdym rozwiniętym kraju. Za to dalej już robi się ładniej. Małe miasteczka (bo wieś w naszym, europejskim znaczeniu, w Australii raczej nie występuje), świetliste lasy i rozległe łąki trawy spinifex. Można na niej spotkać pasące się kangury. Czerwone pustynie i busz też będą, za jakiś miesiąc :-)


Podróżowanie "dinkum Aussie" to właśnie ów słabo zaludniony Outback: busz, pustynia lub eukaliptusowe lasy. Ale Australia to przecież również jej wielkie metropolie, ze wspomnianym wyżej Sydney na czele. Docieramy tam w piątkowe popołudnie po dość męczącym locie z Pekinu. Mariners' Court Hotel mieści się w dzielnicy o tyleż dziwacznej co wdzięcznej nazwie Woolloomoolloo. Podobno tak krajowcy wymawiali "windmill" - bo właśnie wiatrak miał tu kiedyś stać. Z hotelu w kilka minut dochodzi się do jednej z odnóg Port Jackson - zatoki, nad którą położone jest Sydney. Znakomity i dobrze osłonięty naturalny port, gdzie dotarł ze swoją ekspedycją James Cook w 1770 roku. Zanim odkryli Port Jackson, wylądowali w położonej bardziej na południe Zatoce Botanicznej. Dziś jej okolice mało mają wspólnego z botaniką: z jednej strony terminal kontenerowy i rafineria, z drugiej międzynarodowe lotnisko. Odespawszy międzykontynentalny lot, posiliwszy się solidnym śniadaniem (w stylu brytyjskim, czyli bekon, jajka, pieczarki i fasola w sosie pomidorowym), wychodzimy na spacer.


Pogoda "dinkum Aussie" to - w naszym wyobrażeniu - kobaltowy błękit nieba i temperatury w okolicach trzydziestki. Tymczasem Sydney powitało nas deszczem i antarktycznym chłodem (14-16 stopni; silny wiatr powodował, że odczuwalna temperatura była jeszcze niższa). Południowa Australia leży wprawdzie na szerokości geograficznej Hiszpanii (oczywiście, licząc w każdą stronę od równika), ale nie ma szczęścia korzystać z ocieplającego europejski klimat Prądu Zatokowego (Golfsztromu). Wręcz przeciwnie, większość australijskiego wybrzeża obmywają zimne prądy morskie, niosące chłodne powietrze znad Bieguna Południowego. Prognozy dla Nowej Południowej Walii (stan, którego stolicą jest Sydney) zapowiadały nawet mróz i śnieg w wyżej położonych miejscowościach (np. w okolicach Góry Kościuszki). Akurat jednak nie pada, więc można nawet zrobić parę zdjęć. Na przykład zacumowanym w Woolloomoolloo okrętom australijskiej floty (dwie fregaty klasy Adelaide oraz dwa olbrzymie okręty desantowe) lub przyrodzie w Parku Macquarie i ogrodzie botanicznym (stada białych kakadu, śmieszne brodzące ptaki z długim, czarnym dziobem oraz różnokolorowe kwiaty). Bliżej cypla park rzednie i otwiera widok na najbardziej chyba znany kadr kojarzony z tym miastem: majestatyczny Harbour Bridge i awangardowy gmach opery. Strzelamy selfie i idziemy dalej.




"Dinkum Aussie" to także góra mięcha na talerzu. Zgłodnieliśmy, jest już popołudnie. Zachęceni ceną zestawów obiadowych wchodzimy do jednej z restauracji przy Circular Quay. Steki są rzeczywiście przepyszne - takie, jakie pamiętamy z Australii A.D. 2007. Jednak coś może być "fair dinkum", bez "ale". Podobnie jak napotykani po drodze ludzie, ale o tym innym razem.

niedziela, 13 maja 2018

Z wizytą u Nocnej Straży

Dawno, dawno temu, królowie Północy, wznieśli na krańcu swych ziem potężny Mur, który miał ich chronić przed dzikimi i Innymi. W ogóle, przed wszystkim złem, które z północnych pustkowi nadejść by miało. Murem opiekowała się i baczenie na północne rubieże miała Nocna Straż - zakon facetów w czerni. Z biegiem czasu Mur podupadł, czarnych braci (przez złośliwych wronami zwanych) coraz mniej było i wszystkich strażnic obsadzić nie byli w stanie. A tu nadchodzi zima i mrożące krew w żyłach wieści zza Muru, z krainy wiecznego lodu i zimna. Kto ochroni krainę ludzi gdy Nocna Straż padnie?

Tak mniej więcej Mur i jego strażników opisuje George R.R. Martin w swojej "Pieśni lodu i ognia" (bardziej znanej pod tytułem swego pierwszego tronu - "Gra o tron"). To oczywiście fikcja, chociaż o fakty historyczne oparta (pierwowzorem Muru był Wał Hadriana - mur i ziemne umocnienia na granicy Anglii i Szkocji, na krańcach Imperium Rzymskiego). O wiele bardziej znanym i imponującym jest jednak inny Mur - ten w Chinach. Potężny, kilkumetrowy w wysokości i szerokości, ciągnący się prawie przez całe Państwo Środka. Również wzniesiony przez dawnych władców dla obrony przed barbarzyńcami z północy. Docieramy tam w przerwie naszej podróży do Australii i Oceanii, korzystając z 20-godzinnej przesiadki w Pekinie i elastycznej polityki wizowej Chin. Mianowicie, posiadając bilet na przelot (rzadziej przejazd) dalej, z przesiadką w jednym z wyznaczonych portów (np. lotniska w Pekinie, Szanghaju czy Kantonie), można uzyskać tymczasowe zezwolenie na pobyt, na 24 lub 144 godziny, pod warunkiem nieopuszczania prowincji lub regionu, do którego się przyleciało. Akurat mamy przelot dalej i bardziej niż wystarczająco czasu. Przylatujemy jednak o nieludzkiej porze - 4:30 czasu lokalnego. Nasze organizmy, zmęczone dziewięciogodzinnym lotem, są mentalnie i fizycznie jeszcze w godzinach wieczornych dnia poprzedniego. Przeszedłszy kontrolę bezpieczeństwa i poszukawszy odpowiedniego przejścia (z przylotów międzynarodowych na międzynarodowy transfer), szukamy upatrzonego wcześniej "hotelu na godziny" (jakkolwiek podejrzanie by to nie brzmiało), meldujemy się i uiszczamy (1000 juanów, czyli ok. 135 euro...) Przywracający siły prysznic i hipnotyzująca biel i miękkość pościeli. Próbujemy się zdrzemnąć, chyba nawet się udaje.

O 11 uznajemy, że nic więcej z tego odpoczynku nie wyciśniemy. Wychodzimy i próbujemy wyjść na zewnątrz - gdzie ta kontrola paszportowa i schowki na bagaże? O ile pracownicy lotniska nie zawsze są uprzejmi i posługują się zbliżonym do zrozumiałego angielskim, to mundurowi wszystkich służb okazują niespotykaną troskę. Nie całkiem legalnie przechodzimy przejściem służbowym, uzyskujemy wreszcie wszystkie potrzebne papiery i pieczątki i możemy wyjść. Na razie tylko ze strefy tranzytowej, bo Terminal 3 lotniska w Pekinie to tak naprawdę trzy osobne, olbrzymie terminale, pomiędzy którymi kursuje automatyczna kolejka. Jedziemy na krajowe przyloty, gdzie można w przechowalni zostawić bagaż (a mamy dwie spore i ciężkie kabinówki) i szukamy transportu na Wielki Mur. Podobno można taksówką, uzgodniwszy przedtem cenę. Taksówki tu, na pekińskim lotnisku, mają swoją poczekalnię i obsługę "naziemną". Zaczepia nas rezolutna dziewczyna, pyta dokąd i oferuje transport tam i z powrotem (kierowca poczeka na nas na miejscu trzy godziny) w rozsądnej cenie. Bierzemy!

Lotnisko z zewnątrz też jest ogromne; sam wyjazd z niego to prawie kwadrans. Potem mkniemy już dobrymi, chińskimi autostradami na północ, do Mutianyu. To jeden z odrestaurowanych fragmentów Wielkiego Muru, mniej oblężony przez turystów niż Badaliang. Jedzie się dobrą godzinę a muru nadal nie widać ("Nie, Kochanie. To jest wiadukt kolejowy nad doliną"). W "Visitor Center", odegnawszy się od handlarzy "pamiątkami" i przekąskami, kupujemy bilet łączony: na autobus dojazdowy (okazuje się, że jedzie od dobre 15 minut pod górę - pieszo byłoby dość męczące), wstęp na Mur i kolejkę linową na jego szczyt (Żonka nie daje się namówić na wjazd otwartym wyciągiem i powrót toboganem - wózkiem w metalowej rynnie). Wjeżdżamy na górę, gdzie trzeba jeszcze pokonać kilkanaście stromych stopni - i jesteśmy. Na Murze właśnie, przez jego blanki i ambrazury patrząc na północną dzicz. Dziś, w Jednych Chinach, po obydwu stronach Muru widać to samo. Sam mur zaś rozdeptują turyści - z Chin i zagranicy (słychać niemiecki, arabski i włoski; później dołączy francuski i rosyjski). Chiński zaś słychać już wszędzie na świecie - to skutek polityki jakże odwrotnej od tej, która stała u podstaw budowy Muru. Dzisiejsze Chiny są otwarte na świat, chcą go współtworzyć, otwarte są też na gości (wspomniana wyżej polityka wizowa). Siedząc sobie pod jedną z wież snujemy refleksje o tego typu gigantycznych budowlach, które pochłonęły setki tysięcy ludzkich istnień... Porównanie z piramidami egipskimi samo przychodzi do głowy. Tylko że tam to są pomniki pychy jednego człowieka i pod tegoż człowieka imieniem są dzisiaj znane. Mur zaś jest,,, po prostu chiński. Mało kto pamięta imiona cesarzy, którzy nakazali i kontynuowali jego budowę. Za to każdy wie, że jest on chiński - czyli jakby do całego narodu należący i jakby nie patrząc, na pożytek całego narodu wzniesiony.

Otacza nas spokój i piękno chińskiej przyrody - prawie jak rok temu w Longji. Jest ciepło, ale nie upalnie. Mogłoby być trochę więcej słońca - Żonka narzeka nieco na niedoświetlenie zdjęć. Nie możemy tu jednak zostać dłużej, aby np. przejść chociażby po kilometrze w każdą stronę. Trzeba wracać na lotnisko - ta podróż dopiero się rozkręca :-)