Etykiety

środa, 13 grudnia 2017

Bramy Zatoki, czyli z tyłu starej szafy

Tym razem wstajemy na czas i ze spokojem docieramy przetartą już trasą na dworzec Kanton Południowy. Jest wcześnie rano, ale nawet bez kawy orientujemy się na olbrzymiej stacji. Sporo podróżnych lecz bez przeszkód przechodzimy wszystkie kontrole i mamy jeszcze czas na kawę i małe co nieco na śniadanie. Jak zwykle w Chinach, dobra kawa droższa od kanapek...


Nasz pociąg to wprawdzie taki zwykły, regionalny (trasa ma niecałe 200 km), ale i tak prędkość podróżna oscyluje wokół 160-195 km/h. Mijamy podmiejskie stawy rybne, pola, sady, plantacje i fabryki. Właściwie cała trasa to jakieś miasta i podmiejskie okolice - delta Rzeki Perłowej należy do najgęściej zaludnionych obszarów w Chinach. Sporo nowych budynków mieszkalnych - na oko 30-piętrowych, ale przeważają niższe, o 3-5 piętrach. Czasami o architekturze nadającej się na "makabryłę". Linia kolejowa jest nowiutka. Na stacjach pośrednich peron odgradza od toru ściana z pleksi, z zaznaczonymi wejściami do wagonów. Obserwujemy zachowanie podróżnych. Oj, niby prawie taki sam (z europejskiej perspektywy) naród, jak Japończycy ale zwyczaje totalnie różne. Czasami stoją grzecznie w kolejce do wejścia, ale zazwyczaj pchają się iście po włosku, nie czekając na wysiadających. I tak na kolejach jest nieco większy porządek niż w metrze, może ze względu na wszechobecnych, umundurowanych funkcjonariuszy. Niekoniecznie z policji - to raczej coś w rodzaju straży kolejowej czy agencji ochrony - ale i tak ich obecność wnosi nieco porządku. Z innych obserwacji wychwytujemy niedokończone budowy: drogi i wiadukty urywające się w środku niczego. Błąd w planowaniu czy wręcz przeciwnie? ("A gdyby tu było przedszkole... W przyszłości!") Na drugim biegunie: plantacje drzew w wielkich donicach. Zostaną one posadzone później np. w strefach rozdzielających pasy ruchu na drogach. Chiny jakby ze zdwojonym tempem chciały teraz nadgonić dekady chaotycznego rozwoju i obłąkańczych czasem planów komunistycznych dyktatorów. Czasy, kiedy totalnie nie liczono się ze środowiskiem i jakością życia mieszkańców. Cóż, najpierw pełna micha (to już jest), teraz można postawić na szybki transport i smartfony. Wszędzie i u wszystkich - jakby "przedłużenie chińskiej ręki" (copyright: Joanna Skoczek :-)


Celem naszej dzisiejszej podróży jest Makau - była portugalska kolonia. Bliźniak brytyjskiego Hongkongu i jeden z dwóch Specjalnych Regionów Administracyjnych Chińskiej Republiki Ludowej. Specjalnych, bo pozostawiono im odrębny od reszty kraju system gospodarczy i (częściowo) polityczny, de facto jednak wcielając je do reszty ChRL (ostateczne zjednoczenie ma nastąpić w latach 2047-2049). Do samego Makau pociąg jednak nie dociera; wysiadamy w leżącym po drugiej stronie granicy Zhuhai. Tak, granicy, bo wjeżdżając do Hongkongu czy Makau trzeba przejść pełną odprawę graniczną i paszportową. Ustawiamy się w sporej, ale szybko postępującej kolejce. Zresztą dla nie-Chińczyków (z ChRL) i nie-Makauczyków (?) jest odrębna ścieżka. Wypełnienie małego formularza, pieczątka i wchodzimy do kapitalistycznej oazy. A tam... Normalnie, syf i malaria. Manuela Gretkowska napisała kiedyś, że w dzieciństwie Tatry po słowackiej stronie kojarzyły jej się jakby z tyłem starej szafy - szara, brudna dykta, pokryta pajęczynami. Podobne wrażenie sprawiają dzielnice Makau graniczące z Chinami. Odrapane, zaniedbane budynki, kupy śmieci, ogólnie nieciekawie. Idziemy w kierunku portugalskiej starówki i wybrzeża - owego frontu szafy. Po drodze wypłacamy nieco miejscowej waluty (pataki, nieco tańszej od dolara Hongkongu i o połowę tańszej od chińskiego juana). Niepotrzebnie, jak się potem okazało, bo sklepy i punkty usługowe przyjmują wszystkie trzy waluty (a pewnie również dolary i euro, jakby dobrze poszukać). Makau jest zakupową i hazardową mekką, celem istnych pielgrzymek złaknionych zakupów i kasynowej rozrywki Chińczyków. Jednak sklepowy asortyment na kolana nie powala, cenami tym bardziej.




Docieramy w końcu spacerkiem do starówki. Tu już jest ciekawiej, w końcu Żonka znajduje obiekty do fotografowania. Wąskie i kręte, brukowane uliczki, kościoły jakby żywcem przeniesione z Lagos lub Sines. W środku obrazy Matki Bożej Nieustającej Pomocy i "polskiego" Jezusa Miłosiernego, z "Jezu ufam Tobie" zapisanym tradycyjnym chińskim (zapis sprzed reformy w latach 1950-tych, używany w Hongkongu, Makau i na Tajwanie, czasami w firmie pionowej, od prawej do lewej; w Chinach ludowych stosuje się zreformowany zapis, tzw. "uproszczony" - pisany w poziomie, od lewej do prawej). Również sporo modlących się wiernych, także przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Oglądamy fasadę kościoła Św.Pawła, jedyną pozostałą część świątyni zniszczonej w trzęsieniu ziemi. Brukowany Praca do Senado i uliczki pełne knajpek. Wybieramy lokal z kuchnią portugalską: zupa z czerwoną fasolą, zapiekanka z dorsza, ziemniaków, śmietany i cebuli (bacalhao especial) oraz stek w sosie śmietanowym z pieczarkami i frytkami. Do tego kawa i oczywiście pasteis de nata, wszystko za 400 pataka, czyli ok. 50 euro. Tak, ceny tu już znacznie bardziej kapitalistyczne - za to jest niecenzurowany internet! Jak wygłodniali wilcy rzucamy się na nieużywanego od tygodnia Facebooka (w ChRL jest niedostępny) i informujemy świat, że żyjemy!




Dochodzimy do wybrzeża nad zatoką, zdecydowanie bardziej reprezentacyjnej części Makau. Las wieżowców, niektóre w wymyślnych formach, głównie hotele i kasyna. Ładna promenada z rzeźbami leniwych kotów, rezydencja portugalskiego konsula i długie mosty i groble prowadzące do leżących w głębi zatoki dalszych dzielnic Makau. Położonych na wyspach - naturalnych i sztucznych. Podobno ładnie tam i jeszcze bardziej portugalsko, ale stwierdzamy że starczy na dzisiaj tego Makau. Wsiadamy w miejski autobus (tani, bilety po 3,2 pataka, czyli jakieś 40 eurocentów) i wracamy do przejścia granicznego. W sklepach wolnocłowych zwalają z nóg ceny kosmetyków i używek - nawet dwa razy więcej, niż w Europie! Jednak ludzie to kupują - pewnie nowobogaccy snobi. Wracamy do Chin Ludowych.








Dziesięć lat temu, lecąc do Australii, mieliśmy długie międzylądowanie w Hongkongu. Praktycznie cały dzień wolny, który wykorzystaliśmy na zwiedzenie miasta. Może i ciekawe, ale jakoś nas nie urzekło. Enklawy brudu i bałaganu zaś sprawiły, że pomyśleliśmy: "Skoro kapitalistyczny Hongkong tak wygląda, to jaki syf musi być w czerwonych Chinach!" Jakże się wtedy myliliśmy! Wracając z Makau do Zhuhai wchodzi się jakby do innego świata. Czyste, szerokie ulice. Eleganckie sklepy z ładnymi towarami, zwłaszcza odzieżowymi (bluzeczka musi być). Ciekawie zaplanowana urbanistyka i budynki. Coś jednak pozytywnego jest w centralnym planowaniu i planach rozwojowych rozpisanych na dziesięciolecia a nie tylko na najbliższą kadencję. Jest już późne popołudnie, coś by się zjadło. Wchodzimy do może niezbyt atrakcyjnie wyglądającej knajpki, za to pełnej lokalesów. W menu jakieś żaby i fish demolition (sic!), ale jest też kurczak z ryżem oraz wołowina z makaronem i wodorosty. Oczywiście też herbata. Wszystko za jedyne 59 juanów (nieco ponad 8 euro za dwie osoby). Pomału zmierzamy z powrotem na dworzec i powrotny pociąg do Kantonu.






Rozczarowani? Nie do końca. Nie po to przecież się podróżuje, żeby zawsze podziwiać piękną przyrodę i perełki architektury. Zawsze warto - nawet do takiego Makau. Czy polecamy? Tylko, jak ktoś ma sporo czasu i był już w Hongkongu. Ale warto zobaczyć kawałek starych Chin, z postkolonialną portugalską domieszką i dynamicznie pokrywającą wszystko nowoczesną powłoką. Tydzień to jednak zdecydowanie za krótko na taki kraj jak Chiny - na pewno tu jeszcze wrócimy. Może do tego czasu odnowią starą szafę i brudna dykta nie będzie już zasłaniać Bram Zatoki*?

* Bramy Zatoki - czyli Aomen (澳門); tak po chińsku nazywa się Makau



sobota, 9 grudnia 2017

Goniąc kormorany

Wróciwszy z przepięknych tarasów ryżowych w Longji do Gulin przedłużamy estetyczne doznania wieczornym spacerem po mieście. Nieco ponad milion mieszkańców - jak na Chiny to taki Inowrocław - podobnie równie mało interesujące. Wyjątkiem są zabytkowe pagody - wieże właściwie - pięknie oświetlone po zmroku na różne kolory. Wieczór psuje nieco nasz wybór miejsca na kolację - głośno, dym papierosowy, wdzięk GS-owskiej jadłodajni. Wołowina na ostro z zieloną papryką jeszcze ujdzie, ale "wieprzowina z taro" okazała się tłustymi kawałkami boczku (bardziej słoniny), skutkującymi nocną zgagą. Na pocieszenie mieliśmy uroczy kącik do herbaty w hotelowym oknie, z widokiem na rzekę.



Rzeka ta wpada do większej, o nazwie Li. Spływ nią jest jedną z większych atrakcji turystycznych Chin w ogóle, więc korzystamy z oferty całodniowej wycieczki. Tak, to nie za bardzo w naszym stylu, ale dotarcie na własną rękę do przystani i organizowanie spływu samemu byłoby bardziej czasochłonne i droższe. Najpierw jednak wczesne śniadanie (autokar na przystań ma być o 7:30). Cóż, niech oni lepiej serwują chińskie jedzenie i nie biorą się za "zachodnie"... Jajka sadzone ledwo dotknęły patelni (niezbyt gorącej chyba) a za sól i pieprz robi buteleczka Maggi i cukiernica. Przydałoby się też więcej tostów (będzie konkretna uwaga na booking.com).



Autokar przyjeżdża z lekkim opóźnieniem (w końcu zbiera wycieczkowiczów z kilku hoteli). Do przystani, dobre 30-40 kilometrów za miastem, jedziemy godzinę. Ludzi pełno, statków kilkadziesiąt i międzynarodowe towarzystwo. Jednak sprawnie zostajemy "zaokrętowani" - miejsca są numerowane, więc nie ma przepychanek. Naprzeciwko para miłych Niemców z powiatu Westerwald (dla wtajemniczonych: to tam, gdzie Hillscheid :-) ale rozmowę w dawno nieużywanym niemieckim utrudnia naparzająca z głośników muzyka. Wychodzimy na górny pokład - tu jest ciszej, chociaż na razie widoki nie zachwycają tak jak w Longji. Wioski, pasące się bawoły. Pewnie za jakiś czas zaczną się zachwalane formacje skalne o wymyślnych formach. Schodzimy na dolny pokład na lunch, który jest w cenie biletu.



Pan z naprzeciwka (nie, nie ten z Westerwald) częstuje nas przekąskami ze swojego zestawu: smażone małe krabiki, ślimaczki, rybki, krewetki i grzybki. Po przejściach ze wczorajszą słoniną grzybki wydają się najmniej ryzykowne. Ktoś dzieli się pringlesami i śliwkami w lukrecji. Herbata bez ograniczeń - jak to w Chinach. Właściwy lunch to gotowy zestaw z ryżem, tłustym mięchem (może to tutejsza specjalność?) i marchewką z groszkiem. Smacznie i dosyć, do tego stopnia, że robi się nieco sennie.



Uciekamy zatem z powrotem na górny pokład, tym bardziej że przestało padać. Za chwilę przyjdą tu wszyscy, bo przewodniczka wyjęła z portfela... banknot 20-juanowy. Tu tutaj, za zakrętem rzeki, można podziwiać widok umieszczony na rewersie tego banknotu. Oczywiście, selfie z rzeczonym banknotem musi być. Tu i ówdzie na rzece widać tratwy z rybakami w spiczastych, słomianych kapeluszach. Na ramionach - jak na szondrach poznańskiej Bamberki - siedzą kormorany, specjalnie szkolone do połowów. Oszukiwanie swych panów i zjadanie złapanych rybek uniemożliwiają im założone na szyjach obręcze. Dziś to już nie tyle sposób na rybołowstwo, co bardziej turystyczna atrakcja.


Dopływamy do Yangshuo, celu naszej podróży, pięknie opisanym (wraz z Guilin i Longji) przez Asię na jej blogu. Tu już komercja na całego, chociaż w 99% skierowana do chińskiego turysty. Zatem nikt nas nachalnie nie zaczepia gdy pomału pniemy się nadrzeczną skarpą do słynnej West Street. Sklep na sklepie i knajpki - jedyny plus to taki, że nikt nie robi problemu przy robieniu zdjęć. Dlatego mamy sporo ujęć życia codziennego a nie tylko typowo turystycznych "ustawek". Zaciekawia nas jakiś miejscowy minerał, jako żywo przypominający kawałki tłustego boczku (obsesja jakaś?) No i Panda Shop. Żonka nie mogła go darować - wychodzimy z paroma drobiazgami i półszlafrokiem. Wszystko oczywiście biało-czarne z rozkosznym, futrzanym misim pysiem.




Jeszcze na statku zdecydowaliśmy się na fakultatywną, dwugodzinną wycieczkę do skansenu, w którym prezentowana jest architektura, kultura i historia mniejszości narodowych zamieszkujących region Guangxi (Yao, Zhang, Miao i Dong). Kultura ta, oprócz muzealnych ekspozycji i rekonstrukcji ludowego budownictwa, prezentowana jest też na żywo. No, dużo powiedziane... Wygląda to tak, że płynie się łódką po jeziorku, przepływając obok domów lub całych osiedli zbudowanych w stylu jednej z wymienionych grup etnicznych. Gdy łódź się zbliża, z domu wychodzi np. chłopak-dobosz i dwie tancerki z wachlarzami, by odtańczyć półminutowy kawałek. Ludzie robią zdjęcia, łódka płynie dalej, a młodzi odpoczywają. W innym miejscu pani gra na czymś w rodzaju banjo a pan na czymś wyglądającym jak tatrzańska fujara. W jeszcze innym miejscu, do dźwięków bębna przypominającym obrzędy Indian północnoamerykańskich, tańczą odziane w skóry dziewczyny, potrząchając rytmicznie rozpuszczonymi włosami. Opuściwszy "wioski", łódka wpływa do jaskini, zapewnię wypłukanej przez wodę w wapiennej skale. Wracamy do centrum skansenu; zdążymy jeszcze zobaczyć ekspozycję stałą.










Wracamy autobusem już do samego Guilin, wysiadając na polecanym przez przewodniczkę nocnym targu. Zdecydowanie przereklamowany - tak sam targ, jak wszystkie inne, z taką samą tandetą, tyle że wieczorem. Po wczorajszej słoninie ostrożnie szukamy miejsca na kolację, decydując się w końcu na restaurację w hotelu Memory Shanghai Inn. Wbrew lokalizacji nie jest droga (za kolację dla dwóch osób zapłacimy 99 juanów, czyli niecałe 13 euro). Dostaliśmy w tej cenie okrę na parze, jajecznicę z pomidorami, żeberka na słodko-kwaśno, tofu z groszkiem, grzybkami i chili na ostro oraz ryż. Wszystko bardzo smaczne, popite później herbatką w hotelowym kąciku.

Następnego dnia w końcu możemy się wyspać. Ani nie jedziemy na jakąś poranną wycieczkę, ani nie pieje od świtu wioskowy kogut. Jedynym plusem śniadania (też "Western style"...) jest porządna kawa, co bardzo cieszy Żonkę. Czasu do powrotnego pociągu mamy sporo, więc na dworzec pojedziemy miejskim, piętrowym autobusem. Przed samym dworcem Guilin North zagaduje nas miły staruszek, pytając skąd jesteśmy. Usłyszawszy odpowiedź uśmiecha się, podnosi kciuk w górę i mówi: 波兰?很 好!"Polska? Bardzo dobrze!"

Na dworcu jak to na dworcu (w Chinach): kontrola biletów przed wejściem, kontrola bagażu i można wejść do poczekalni. Takowa przypada na każdy peron i - co za tym idzie - na każdy odjeżdżający pociąg. Nie sposób wsiąść do niewłaściwego pociągu. Tym razem pojedziemy nieco droższą pierwszą klasą (na drugą nie było już miejsc), która ma nieco szersze fotele. Obok nas podróżuje para, na oko 60-plus, cały czas zajęta... swoimi smartfonami. Cóż, postęp technologiczny w tym kraju nie zna ograniczeń wieku.

Za oknami najpierw skalne, lekko górzyste krajobrazy Guanxi (cały czas jedziemy prawie 250 km/h), które powoli ustępują uprawnym polom bliżej Kantonu. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem typowe, zapowiadające zbliżanie się do wielkiego miasta, widoki: sady, fabryki, osiedla, drogi, kanały, węzły kolejowe. Wreszcie nasz, Guangzhou South (Kanton Południowy). Wychodzimy, odbieramy bilety na jutrzejszy pociąg do Zhuhai i Makau, i jedziemy metrem na Shamian. Jeszcze trochę dnia zostało, więc wychodzimy na kolejną przechadzkę po Kantonie.




czwartek, 30 listopada 2017

Listopadowo

Przemijanie

Początek listopada - czas śmierci... Śmierci w przyrodzie, szepczącej szelestem opadłych liści i werblem zimnego deszczu o dach. Śmierci częściej obecnej w ludzkiej świadomości, poprzez wizyty na cmentarzach i porządkowanie grobów. Niby nieuchronnej, ale jakby odsuwanej na później. Nie teraz, na starość. Odsuwanej przez niepogodzonych z nią. Budujących wielkie i zdobne grobowce czy nagrobki. Stoją potem jakieś góra kilkanaście, może nawet dwadzieścia lat i nikt już do nich nie przychodzi, nikt na pierwszego listopada nie sprząta... Nie wszystek umrę... Zgoda, ale dlaczego akurat ma zostać po mnie jedynie omszały kamień i wytarte imię na tablicy?

Chwała

Czy widzisz ten rząd białych krzyży? To Polak z honorem brał ślub... Rzędy białych krzyży z odznakami jednostek. Polegli w obydwu wielkich wojnach. Wśród nich szpiczaste tablice z orzełkami. Nasi, ale polegli za obcą sprawę, na obcej ziemi. Gdzie krew i kości nasze - ona już nie cudza... Co jest chwalebnego w śmierci? Zwłaszcza takiej gwałtownej, wojennej? Zabierającej chłopaków przed dwudziestką i dziewczyny, które być może nigdy jeszcze się nie zakochały? Krzyże i tablice nagrobne - jak dukaty wyznaczające cenę wolności i pokoju. Naprawdę muszą one tyle kosztować? Po to tylko, żeby za dwa-trzy pokolenia znów za nie tak drogo zapłacić?

Przyszłość

Esy-floresy z wosku na wodzie, o których jutro się nie będzie pamiętać. Zaglądanie do studni i korowody butów. Polskie Andrzejki powoli przemijają, ulegając komercji Halloween czy Walentynek. Jakieś takie mało medialne a przecież - tak jak przy Halloween - ostro można byłoby drzeć łacha z chrześcijan i ich wrażliwości. Może już nie chcemy poznawać przyszłości? Liczy się tylko tu i teraz?

Koniec i początek

Niedziela Chrystusa Króla, koniec roku liturgicznego. Nastało nad światem królowanie Pana naszego i Jego Pomazańca (Ap 11, 15 i 12,10). Tak to się ma zakończyć i zapoczątkować nową jakość. Najpierw jednak mroczne oczekiwanie. Czterotygodniowe, nawiązujące do tamtego, czterdziestowiekowego. Może pod znakiem ciemności poranka, pary oddechu, chrzęstu śniegu pod stopami i blasku roratniej świecy? Oczekiwanie na Jego przyjście w betlejemskiej grocie. Ale tak właściwie to na ten moment, gdy otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie (Ap 8,4) Bądźmy wtedy gotowi.




czwartek, 23 listopada 2017

Dziewięć smoków, siedem gwiazd, pięć tygrysów i księżyc

"Kochanie, czy my nie zaspaliśmy?" Zaniepokojona Żonka wskazuje na zegarek: 6:35. Coś pogrzebałem w komórce i budzik (ustawiony na godzinę wcześniej) nie zadzwonił. O ósmej mamy pociąg a do metra dobre 15 minut pieszo i dalej metrem, z przesiadką, jakieś 20-kilka stacji... Poranny sprint, do Huangsha a potem na dworzec południowy (Guangzhou Nan). Olbrzymi, jak lotniskowy terminal. Musimy przejść cały wszerz (ze 200 metrów), bilety można odebrać w kasach, do których dostęp jest z zewnątrz. Odbieramy i szukamy peronu. To nie takie proste: dworzec, jak większe lotniska, ma osobne poziomy przyjazdów i odjazdów. Aby wejść na odjazdy trzeba przejść kontrolę biletów i dokumentów. Dla miejscowych automatyczna, w bramkach z czytnikami. My, z paszportami, musimy przejść przez bramkę z obsługą. Mała kolejka, wyżej kolejna - do kontroli bagażu. Uff, przydało się nauczyć tych paru znaków po chińsku - przynajmniej można odczytać nazwę stacji docelowej bez czekania na wersję po angielsku. Na peron wpadamy równo z wjeżdżającym pociągiem. Znajdujemy swoje miejsca, wypraszamy chińską parkę, która się na nich rozsiadła (no wiem, każdy chce siedzieć razem, ale niektórzy bardziej) i zmęczeni padamy na siedzenia.



To wprawdzie druga klasa (czyli pięć siedzeń w rzędzie), ale i tak bardzo komfortowa. Jedziemy jedną z najnowszych linii sieci kolei dużych prędkości (CRH, China Rail High Speed). Miejscami pociąg rozpędza się do 245 km/h; prawie 500 km pokonamy w dwie i pół godziny. Co chwila przechodzą panie sprzątające, nieco rzadziej obsługa z cateringiem. Za kawę przegięli! Kosztuje 5 euro, za to jest lurowata. O czasie dojeżdżamy do Guilin, największego miasta autonomicznego regionu Guangxi. Trzeba się rozejrzeć za dalszym transportem - samo Guilin zwiedzimy w drodze powrotnej.


W hali dworca zaczepia nas dziewczynka z kolejowego biura podróży. Tłumaczymy, że nie interesuje nas zorganizowana wycieczka w pakiecie. Potrzebujemy jedynie transportu do położonego kilkadziesiąt kilometrów na północ Longji z jego słynnymi tarasami ryżowymi. Idziemy zatem poszukać autobusu, ale z tego dworca nic tam nie jedzie. Za to uczepił się nas namolny taksówkarz, oferujący podwiezienie za 600 juanów (prawie 90 euro). Nauczeni afrykańskimi doświadczeniami stanowczo odmawiamy - sam opuszcza cenę. W końcu staje na 350. No dobra, jedziemy.



Infrastruktura drogowa w Chinach powoli nadąża za kolejową. Droga do Longji jest zwykła, jednopasmowa, ale obok na ukończeniu jest autostrada, wiaduktami przerzucona nad niełatwym terenem. 130 kilometrów pokonujemy w półtorej godziny, czyli nienajgorzej. Do parku narodowego Longji wiedzie droga zamknięta imponującą bramą w lokalnym stylu architektonicznym. Właściwie to nie brama, ale zespół budynków. Kasy, świetlica (klimat trochę jak w górskim schronisku), restauracja i sklepik. Nikt z obsługi nie potrafi nam wytłumaczyć, o której będzie autobus do położonej wyżej wioski, gdzie mieści się nasz hotel. A tych busików na parkingu stoi kilkadziesiąt. Okaże się (za kolejne półtorej godziny...), że to zwykły, lokalny "pekaes" - taki z kurami, warzywami i opałem. Oraz pasażerami w barwnych, ludowych strojach grup etnicznych Yao oraz Zhuang (czerń z różem oraz tkane wariacje z niebieskim w tle). Pani konduktor wysadza nas po drodze, w wiosce przy strumyku. Podobno podjedzie kolejny bus, tym razem już jadący tam, gdzie chcemy dzisiaj dotrzeć. Chwilę na niego czekamy i kupujemy od przemiłej staruszki coś z dzwoneczkami - ni to zabawka, ni ozdoba. Jest i nasz autobus - pani konduktor potwierdza, że właśnie tam jadą, gdzie my chcielibyśmy. No, może nie do końca: autobus dojeżdża tylko do parkingu, gdzie kończy się wiodąca z głębi doliny droga. Dalej już tylko wyłożone kamiennymi płytami ścieżki - co najwyżej można skorzystac z niesionej przez dwóch kulisów lektyki. Po drodze stragany z kolorowymi strojami, ozdobami i biżuterią. Tłumaczymy natrętnej pani, że sposobniej nam będzie kupić coś wracając. Trzyma nas za słowo. Idziemy jeszcze z piętnaście minut dalej, szukając naszego hotelu. Niełatwo go znaleźć, ale w końcu doń docieramy.


Hotelikiem zarządza miły Jim, który studiował niedawno we Francji. Cieszy się, że może z nami pogadac po francusku, chociaż jego angielski też jest bardzo przyzwoity. Jego mama przyrządza nam kolację: kurczaka z orzeszkami i wędzoną wieprzowiną z jakąś kapustą. To wszystko z ryżem, miejscowym sposobem zapiekanym na palenisku w bambusowej rurze. Jest jeszcze dość wcześnie, zatem wychodzimy na spacer aby obejrzeć słynne tarasy ryżowe. Podobno widziane z góry wyglądają jak księżyc (bo takie łukowato wygięte) oraz siedem gwiazd (najwyższe, położone na szczytach wzgórz pola ryżowe - takie nieregularnego kształtu jeziorka). Jest przyjemnie cicho, pieknie i wiejsko-autentycznie, chociaż trochę chłodno i z chmurami kotłującymi się w dolinie poniżej. Nie-chińskich turystów nie ma wcale, chińscy zaś bez wyjątku chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. Po drodze spotykamy kota, który przybija nam piątkę i kolejną nachalną straganiarkę. Chce nam wcisnąć bransoletkę za 100 juanów (14 euro), widząc nasz upór schodzi na 30... Zaglądamy też do sklepiku sympatycznego pana Huanga, z herbatami i biżuterią z miejscowych kamieni. Częstuje nas po kolei czerwoną i zieloną herbatą. Trochę rozmawiamy, chociaż Huang po angielsku ani w ząb. Robi się ciemno, wracamy więc na nocleg. Cisza i spokój, szmer strumyka... oraz kogut już od świtu.



Rano każde z nas bierze inny zestaw śniadaniowy: w zachodnim są tosty, jajka sadzone, dżem , masło i kawa (z saszetki, oczywiście...), w chińskim zaś makaron z wieprzowiną, czymś zielonym i pomidorami. Posiliwszy się idziemy na drugą stronę wioski, skąd widać inne ryżowe tarasy. Te ktoś z wyobraźnią nazwał "Dziewięć smoków i pięć tygrysów", ponieważ... tak! Ponieważ te stworzenia one maja przypominać. Nie możemy się tego podobieństwa doszukać, ale i tak jest pięknie. Idąc na szlak, w wiosce po drodze zachodzimy do schroniska młodzieżowego (Żonka dostrzegła przez okno ekspres do kawy). Kawę rzeczywiście mają, całkiem niezłą oraz w przyzwoitej cenie (jak na kawę w Chinach), bo za 18 juanów (2,5 euro). Przy recepcji karteczki z imionami gości - wśród nich "Michał i Sylwia, 2013". Wdrapujemy się na szczyt góry, do punktu widokowego. Dzisiaj jest słonecznie, zalane wodą ryżowiska przypominają fantazyjnie powykrzywiane lustra. Dobrze nam tu. Jak w każdej podróży, nie tylko oglądamy nowe miejsca i gadamy z lokalesami, ale też gadamy ze sobą (w końcu nic nam nie przeszkodzi). Dzisiaj głównie są to refleksje o Chinach (bo oprócz wielkiego miasta, jakim jest Kanton, właśnie oglądamy wiejską stronę tego kraju; może nieco odpicowaną pod turystów, ale nadal ze sporą dozą autentyczności).



Czas wracać, najpierw do hotelu. Rozmowa z kolejną straganiarką. Młoda i piękna kobieta, w kolorowym stroju ludowym. Zachwyca się urodą Żonki, jak laleczkę ubierając ją w kolorowe, wełniane zawoje. Niewiele od niej kupujemy, bo nigdzie tu nie ma bankomatów a i terminali niewiele (w całym zamieszaniu na początku tej podróży nie zdążyliśmy wypłacić gotówki). Okaże się później, że w Chinach komórkowe aplikacje (np. WeChat) powoli wypierają zarówno gotówkę jak i karty płatnicze. Korzystając po powrocie do Kantonu z Asi WeChata zapłacimy zarówno Jimowi za kolację jak i pani Peng za koszulki :-) Teraz zaś trzeba wracać na parking i poszukać autobusu do Longji. Odjeżdża za 20 minut, zdążymy więc zjeść jakąś zupę w miejscowym, przydrożnym barze. Zupa jest jedna dla wszystkich, z pokaźną porcją makaronu i pikantnymi przyprawami. Pojadłszy wsiadamy do busa, zjeżdżamy w dolinę i dalej, do Longji i głównej szosy do Guilin. Tam łapiemy autobus (półtoragodzinna podróż na odcinku 75 km wyniesie 28 juanów od osoby - następnym razem nie damy się żadnemu taksówkarzowi tylko poszukamy właściwego dworca!). Po południu docieramy do Guilin, meldujemy się w hotelu położonym przy przepływającej przez miasto rzece i udajemy na spoczynek. Jutro kolejny etap chińskiej przygody - tym razem w  wydaniu rzecznym.