środa, 30 listopada 2016

Jesiennie

Właściwie to raczej już przedzimowo. Skończyły się złota, czerwienie i brązy. Zaokienna szaromokrość coraz częściej ustępuje oszronionej glazurze. Listopad minął nie wiadomo kiedy. A jeszcze tak niedawno...

Przemijanie

Szuranie liści pod stopami, zgniłoleśny zapach jesieni. Znicze, wiązanki i groby. Wspomnienia... Pierwszolistopadowa wszechświętość pomieszana z zaduszkowymi wspominkami całkiem grzesznych żywotów. Kościelne przedmszowe wypominki (zwane u nas wymieniankami). Niekończąca się lista imion, z każdym wiązały się określone przeżycia, radości, smutki i tragedie. Niepokój współczesności coraz częściej każe nam myśleć o tym, co my pozostawimy po sobie. Czy będzie jeszcze komu przychodzić na cmentarze? Czy w ogóle coś takiego jak cmentarze będzie?

Wojna

Pierwsza światowa, z długimi szeregami białych tablic i krzyży. Wojenne cmentarze Flandrii i północnej Francji. Konflikt, gdzie nikt nie był w stanie powiedzieć "dość, dogadajmy się". Czerwień żołnierskiej krwi, maków na Flanders Fields a potem także czerwonych, rewolucyjnych sztandarów. Rewolucja kończąca tamtą wojnę i właściwie zaczynająca kolejną, jeszcze gorszą. Krótkowzroczność polityków, dociskających zwycięskimi buciorami pokonane Niemcy. Odskoczą one za 20 lat naoliwioną upokorzeniem sprężyną narodowego socjalizmu. I znów pytanie, jak urządzić powojenny świat. Na szczęście znaleźli się wizjonerzy w rodzaju Marshalla, Schumana, Monneta i di Gasperiego. Plan odbudowy gospodarek Europejskich a następnie poddanie ich międzynarodowej kontroli. Wspólnota węgla i stali, gospodarcza, energii atomowej a później Unia Europejska. Po 50-paru latach mamy Farage'a, Le Pen, Brexit i Trumpa. Naprawdę musimy znów zaznać u siebie wojny, głodu i biedy aby ponownie zacząć budować coś sensownego?


Jesień życia

Pogrążeni w beznadziei czterdziestoletni staruszkowie, wgapieni w telewizor i wiecznie narzekający. 60-, 70 latkowie myślący już tylko o trumnie i stroju do niej. Czy tak musi wyglądać starość? W kolejce na badania i latach złożonych z tego samego dnia, powtórzonego setki razy? Przecież może być inaczej: kilkudziesięcioletnie wolontariuszki, sprzedające produkty fairtrade. Aktywnie udzielający się w swoich społecznościach, chodzący, biegający i ćwiczący jogę. Podróżujący po świecie. Chyba takimi wolelibyśmy być za lat 20-30, prawda? No pewnie. Ale przygotowania trzeba zacząć już teraz...
Ruch

Święto 11 listopada, lokalny bieg dobroczynny. Z dwie-trzy setki uczestników. Malownicza trasa przez jesienny park. Dużo odcinków w zupełnej samotności - jakże odmiennie od brukselskiego czy warszawsko-praskiego półmaratonu. Chłodno, ale i tak można się spocić. Z trudem, ale kończymy. Świeci słońce; ładna jest tegoroczna jesień. Długo jeszcze jest ciepło, ale to już ostatnie takie dni. Wkrótce grudzień, długie wieczory, późne poranki. Szron i przymrozek. Adwent i roraty... Nie poddajemy się jednak, biegamy, pływamy, dźwigamy ciężary. Jak się nie da na dworze, to na rowerku w domu. Nie ma że zima! W końcu w styczniu kolejny półmaraton.

wtorek, 8 listopada 2016

One lubią to...

Był kiedyś (jest? Nie wiem, nie mam telewizora) taki program w TVN pod nazwą "Rozmowy w toku". Potwierdzał on w całej rozciągłości tezę, że w każdym, nawet najbardziej wyrównanym i nudnym społeczeństwie, znaleźć można większe lub mniejsze oryginały. Prowadząca program wynalazła pewnego dnia nastolatka szalenie pewnego swojego powodzenia u płci przeciwnej. Do tego stopnia, że wydawał się on być przekonany, iż dziewczyny lubią gdy się je łapie za tyłek. Niezrównany Cezik zrobił potem z tego przebój. Być może są dziewczyny, które rzeczywiście lubią, gdy ktoś zupełnie obcy łapie je za tyłek. Nie wiem, nie spotkałem takiej (broń Boże, nie próbowałęm też "łapać"!). A może po prostu zadaję się tylko z tymi porządnymi?

Czy przypuszczalibyśmy wtedy, kilka lat temu, że kwestia podejścia do kobiet, ich traktowania i mówienia o nich, stanie się jednym z tematów debaty wyborczej w Stanach Zjednoczonych? Jeden z kandydatów specjalnie nie zaprzecza, że w podobny sposób się wypowiadał (wypowiada?). Nie tylko zresztą o kobietach. Dostało się (i dostaje) dziennikarzom zadającym niewygodne pytania, imigrantom, przeciwnikom politycznym... Poza na potrzeby kampanii i głównej części elektoratu czy rzeczywista twarz Donalda Trumpa?

Nie mam ambicji dociekać tutaj jak to się mogło stać. Jak doszło do tego, że człowiek o takim obyciu (czy też jego braku) i rynsztokowym języku mógł zostać poważnym kandydatem do objęcia najważniejszego urzędu na Ziemii. Tak, przyznajmy to: chyba tylko pozycja przywódcy Chin wydaje się powoli zrównywać z rangą prezydenta USA. W filmie Mike'a Judge'a "Idiokracja" (jest w internecie) mamy przerażającą wizję społeczeństwa kompletnie zidiociałego (nie bez wpływu mediów, zwłaszcza telewizji). Nikt nie umie czytać i pisać, każda informacja jest w obrazkach, ulubioną rozrywką są debilne programy w stylu "Kto kogo mocniej kopnie w d...". Swoją drogą, chyba telewizja którą znamy szybko zmierza w tym kierunku... W owej idiokracji każdy mniej głupi i sprytniejszy od innych ma szansę zostać prezydentem. Nie bardzo ten obraz pasuje do amerykańskiej rzeczywistości, bo inteligencji i sprytu trudno Trumpowi odmówić. Ale już stereotyp przeciętnego Amerykanina (nie tylko zresztą Amerykanina...) w niebezpieczny sposób zmierza ku osobnikom z "idiokracji"...

To, że Trump wyraża się językiem budowlańca z rusztowania, to jedno. To, że jego interesy nie zawsze były przejrzyste i uczciwe (nawiasem mówiąc: czy ktokolwiek, kto odniósł sukces w biznesie może z czystym sumieniem zapewnić, że nie było po drodze żadnych przewałów?), to drugie. Ale dla mnie najbardziej uderzający jest właśnie sposób traktowania innych - kobiety są tu najlepszym przykładem. Niewątpliwie, władza i bogactwo zawsze sprawiały, że nawet ktoś niespecjalnie atrakcyjny fizycznie czy pociągający intelektualnie przyciąga do siebie płeć przeciwną. Zazwyczaj miało to formę lgnięcia młodych, atrakcyjnych dziewczyn do dzianych facetów dwa-, trzy razy starszych. Pamiętamy przecież tzw. seksaferę w "Samoobronie" czy rechot Andrzeja Leppera przy słowach "No dajcie spokój, jak można zgwałcić prostytutkę. Hue, hue, hue!" Czy jednak takie doświadczenia, miłego korzystania ze swej władzy i pozycji, usprawiedliwiają takie a nie inne postrzeganie kobiety? Najlepszą odpowiedź dała tutaj Michelle Obama, w emocjonalnym przemówieniu reagując na obrzydliwe teksty Trumpa.

Nie jestem amerykanistą ani specjalnie nie śledzę głębiej tamtejszych mediów i wydarzeń politycznych. Jednak wobec tegorocznych wyborów i sylwetek kandydatów trudno pozostać obojętnym. W końcu o wybranej dzisiaj osobie głośno będzie przez kolejne minimum cztery lata a jej/jego decyzje będą dotyczyć nie tylko mieszkańców USA. Uprzedzając pytania i zarzuty: moja negatywna ocena Trumpa (na podstawie dotychczasowych wypowiedzi i zachowań) nie sprawia, że Hillary jest w moich oczach krystalicznie czysta. I w drugą stronę: to, że Trump deklaruje się jako pro-life wcale nie czyni go w tej sprawie wiarygodnym. Jak można bowiem być pro-life z taką pogardą traktując innych? Poza tym, moim zdaniem, ani wybór Hillary sytuacji nienarodzonych nie pogorszy ani wybór Trumpa jej nie polepszy. Koniec okołoaborcyjnej dygresji.

Na szczęście nie jestem Amerykaninem i nie muszę dzisiaj dokonywać wyboru między dżumą a cholerą. Swój stosunek do kobiet i kobiecości już kiedyś na tym blogu wyraziłem, nie będę się powtarzał. Czy obecna sytuacja, wyboru między nadzianym gburem a oderwaną od życia aferzystką jest wyjątkowa i dojdzie do jakiegoś przesilenia? Czy też to dopiero początek pewnego trendu, prowadzącego nas nieuchronnie do Judge'owskiej idiokracji? Niestety, co by jutro nie przyniosło, przyjdzie nam tego doświadczyć. Mimo wszystko God bless America. Jak nigdy ona teraz tego potrzebuje...


niedziela, 6 listopada 2016

Mysz-Akceleracja

Jachtem mocniej zakołysało i Skipper przebudził się z popołudniowej drzemki. To już nie była długa, atlantycka fala. "Chyba już jesteśmy blisko Gomery i Teneryfy... Tutaj zawsze wieje mocniej", pomyślał. Strefa przyspieszenia - zona de acelarecion. Osławiona akceleracja, z których słynie ten archipelag. Podobnie było kilka dni temu, gdy wchodzili do San Sebastian de la Gomera. Ostatnie 2-3 mile do portu, nie więcej. Już widać falochron, prawie u celu. A tu jak nie dmuchnie! I rzuca, i wyje, i chlapie. Za falochronem też nie lepiej - San Sebastian znane jest z wieczornych szkwałów, zimną lawiną zwalających się w dół z otaczających miasto gór.


"Uaaaau!" zawyło coś na górze. A, to tylko chłopaki na górze. Za sterem mała, biedna Mysz. Dzielnie się trzyma dziewczynka. Za nią, oparci o pałąk od bimini, stoją Zenon i Piotrek. To oni tak reagują na każdą większą falę. Co parę minut zatem gromkie "Uaaaau!" i cieniutkie, samotne "O Boże!". Jak pisk wystraszonej myszki.

Było coś fajnego w tym San Sebastian? Skipper próbował sobie przypomnieć pierwszy port w tym rejsie. Miasteczko sympatyczne, nieduże. Knajpka, do której trafili też całkiem przyjemna, jedzenie smakowało. Na drugi dzień była wycieczka w interior. Wspinająca się serpentyna, coraz wyżej i wyżej, wulkaniczne krajobrazy i lasy wawrzynowe. Szare i pachnące spalenizną po niedawnym pożarze, ale i tak jakby z innego świata. Białe, spieczone słońcem miasteczka i plaże o palącym, czarnym piasku. Valle Gran Rey z widokiem, od którego kręci się w głowie.



"Jebuuuud!" Głowę mogło nie tyle zakręcić, co urwać. Nie krajobrazy Gomery a urwana półka znad nawigacyjnego. Rachityczne gwoździki nie wytrzymały akceleracyjnych przechyłów i obciążenia almanachem. Półkę urwało i rzuciło w poprzek mesy, prosto na koję na której rozmyślał Skipper. Instynktownie jednak zakrył się ramieniem. Zsinieje i będzie boleć, ale za to głowa pozostanie na miejscu. Tak, głowę się ochrania, nie to co nogi. Te, pozbawione ochrony bimini, spaliły się w sierpniowym, kanaryjskim słońcu. Dlatego Skipper nie wychodzi na pokład, gdzie dzielna trójka wytrwale przebija się przez wyjący wiatr i spienione fale w kierunku Teneryfy. Chłopaki ciągle nakręceni ("Uaaaau!"); Mysz już tylko wydaje z siebie żałosne "Mmmmmmiiiiii...."


Słońce... Pełno go tutaj. Wyspy wiecznej wiosny. Pełne spalonej ziemi i popielnych pustkowi ale też zielonych ogrodów i pachnącego kwiecia. Będzie go sporo po północnej stronie Teneryfy, gdzie wyruszą już po rejsie. Ale zachodnia La Palma też była piękna. Kwiaty, palmy i banany. I te desery z migdałami i miodem... Na koniec zaś południowy cypel wyspy, z geologicznym niemowlęciem (bo powstałym zaledwie niecałe 400 lat temu) - wulkanem San Antonio. Oraz z całkiem nowonarodzoną Tenguią, która wypluwała snopy rozżarzonych iskier, popiołu i żużla w roku 1971. O dziwo, to nie tam, na La Palmie, można do dziś zaobserwować aktywność wulkaniczną, ale na położonej na drugim krańcu archipelagu Lanzarote. Geologicznie najstarszej, ale ciągle gorącej wskutek skalnej anomalii zatrzymującej na małej głębokości wrzącą lawę. Tak, że kiełbaski i steki można piec na ruszcie nad studnią, w naturalnym, wulkanicznym żarze. Wrzucone w dwumetrowy dół gałęzie zajmują się ogniem a wlana nieco głębiej woda wytryskuje parowym gejzerem.



"Sssssszuuu!" Pióropusz wodnego obłoku i syk wody. Skąd tu, na oceanie gejzer? A nie, to tylko większa fala, która tym razem wdarła się na pokład, zmaczając naszą dzielną trójkę. "Jak dobrze, że zostałem pod pokładem", pomyślał Skipper. Ale chyba zaraz trzeba będzie wyjść, pokierować wejściem do Los Gigantes. Powinno już być widać światła wejściowe do portu. Całe szczęście, że nie wieje z północnego zachodu lub z zachodu - wtedy wchodzić tam, pod niebotyczne klify, byłoby niebezpiecznie. A na reszcie zachodniego wybrzeża Teneryfy portów przyjaznych jachtom jak na lekarstwo. Dobra, zakładamy sztormiak, uprząż i na górę. Czas zmienić Mysz; dość już się namęczyła i zestresowała.


Kolejne bujnięcie (Skipper odruchowo złapał się poręczy) i kolejna fala. "Uaaaau!", zawołali chłopaki. "Mmmmmmiiiiii...", zapiszczała z przerażeniem Mysz. Skipper uśmiechnął się pod nosem. "W sumie dzielna ta Mysz. Nawet bardzo." Mysz-Akceleracja.



środa, 2 listopada 2016

Wsiąść do pociągu...

Światem zaczęła rządzić jesień,
Topi go w żółci i czerwieni,
A ja tak pragnę czemu nie wiem,
Uciec pociągiem od jesieni. 

Maryla Rodowicz, "Remedium"


Wsiąść do pociągu, byle jakiego... Marzenie Maryli Rodowicz i pewnie niejednego z nas. Po prostu, pójść na dworzec, wsiąść do tego pociągu, który najszybciej odchodzi (albo do innego, bo n.p. podoba nam się kolor wagonów :-) i pojechać. Do stacji końcowej lub wysiąść po drodze, gdzie nam przyjdzie ochota. Wizyta dwa tygodnie temu w znakomitym muzeum Train World, urządzonym na stacji Bruksela-Schaarbeek, na nowo obudziła kolejowe wspomnienia.

Dlaczego kolej tak pociąga i fascynuje? Już kiedyś o tym pisałem, w kontekście mikrokolejek i ich transoceanicznych podróży (tak, tak - transatlantyckich! Kto nie wierzy, niech tu zajrzy). Trudno tę fascynację wytłumaczyć: sapiące i buchające dymem parowozy, jakby żywe stworzenia. Prostolinijność toru, nie pozwalającego zabłądzić. Mnogość powiedzeń, które ze świata kolei przeniknęły do potocznego języka ("być pod parą", "para w gwizdek", "być na właściwym torze", "odstawić na boczny tor", "przestawić zwrotnicę", "wykoleić się" i wiele, wiele innych). Moja wiedza oraz objętość tego bloga nie pozwalają jednak na szerszą i bardziej dogłębną analizę tego zjawiska. Może więc skupię się na swoich przeżyciach i doznaniach.

Koniec lat 70-tych i lata 80-te XX wieku. Dziecięcy świat coraz bardziej się rozszerza, z podwórka na ulicę, miejscowość, także na lokalną stacyjkę. Podróże, które wtedy wydają się taaakie duże: do Gniezna, do Skoków, do Poznania przez Sławę Wielkopolską. Późniejsze wyjazdy z ciocią nad morze i w góry, wyjazd do podgorczańskiego sanatorium na kilkumiesięczną terapię. Późna podstawówka i założony z kumplami Kościół Baniorzy Dnia Drugiego. Drugiego, bo we wtorek mieliśmy mało lekcji i można było zdążyć na południową Banę, ścigać się z nią przez boisko, oddać pokłon i czekać na błogosławieństwo gwizdem :-) Nie, normalni to my nie byliśmy... Później samodzielne wyjazdy do Gniezna czy Poznania oraz sporadyczne powroty z gnieźnieńskiego liceum (autobus był jednak szybszy i jeździł częściej). Wyjazdy na Śląsk i do Berlina Zachodniego.

Żaden nie był spektakularny, ale każda podróż pociagiem miała i ma w sobie coś więcej, niż samochód czy autobus. Z lepiej zapamiętanych wspomnieć należy o tej w lipcu 1991 roku, gdy wybrałem się samotnie autostopem do Paryża. Po drodze były Niemcy i próba wydostania się z Kolonii i póxniej z Euskirchen. Z braku funduszy bilet kupiony tylko na jedną strefę - gdy minęła jej granica, zabarykadowałem się w wc. Słysząc nadchodzącego konduktora dałem dyla na najbliższej stacji: godzina 23, nic do rana już nie pojedzie, wokół tylko las... 

Wcześniej były powroty z Gniezna w towarzystwie kolegów bawiących się w bardzo zbuntowanych punków. Siedząc przy otwartych drzwiach, niemalże muskani porastającym tory zielskiem, darliśmy się na całe gardło "śpiewając" Rozszumiały się wierzby płaczące po łacinie...

Parę lat później był niemiecki ICE, gdzie wyświetlacz momentami pokazywał 250 km/h. Za kolejnych parę lat: japoński Shinkansen, z podobną prędkością mknący przez krajobraz z majestatyczną Fudżi-San na horyzoncie. Codzienne dojazdy z Pruszkowa do Warszawy, do szkoły i do pracy. Najpierw WKD-ką, połączeniem tramwaju z pociągiem. Potem dużą koleją, wprost na dworzec Warszawa-Powiśle. Nawet taka codzienna rutyna i monotonia nie obrzydziła mi pociągów, do których zawsze chętnie wracam. A, był jeszcze kameruński, nocny "ekspres" do Ngaoundere :-)

Podróż jest najczęściej koniecznością, czasem wyborem, hobbistycznym odpałem lub przemieszczaniem się dla przyjemności. Pociąg, który w XIX wieku zrewolucjonizował sposoby przemieszczania się i skrócił odległości, nadal ma w światowym transporcie swoje miejsce. Ba, można powiedzieć, że przyszłośc do niego należy: do czystego, punktualnego i wydajnego systemu transportu szynowego. Miejskiego, podmiejskiego czy międzymiastowego. Kolej dużych prędkości przezywa ogromny boom w Europie czy Azji, skutecznie konkurując na małych i średnich odległościach z samochodem czy samolotem. Jednak cały czas brzmi w tle głowy stara piosenka Maryli Rodowicz, aby wsiąść do byle jakiego pociągu, o nic nie dbać i patrzeć jak wszystko zostaje w tyle. Podróż jako ucieczka? Hm, tylko czy można uciec od samego siebie?


środa, 26 października 2016

Smak owsianki

W ubiegłą sobotę odbył się kolejny mecz polskiej, piłkarskiej Ekstraklasy pomiędzy Legią Warszawa i Lechem Poznań. Wiem, zdaję sobie sprawę, że oglądanie meczów w krajowym wydaniu zakrawa na masochizm, gdy wciąż mamy świeżo w pamięci Euro 2016 we Francji oraz prawie co tydzień Ligę Mistrzów, Ligę Europy czy też rozgrywki czołowych lig europejskich. Telewizora nie mam, więc i tak meczów nie oglądam, po prostu się interesuję i śledzę. Także nieco pozapiłkarskimi aspektami rywalizacji, a te - jak wiadomo - bliższe są sercu i umysłowi na krajowym podwórku.

O co konkretnie chodzi? Zacząć należałoby od tego, czym KKS Lech Poznań jest dla Poznania i Wielkopolski. Najpierw oddajmy głos redaktorowi Radosławowi Nawrotowi (cały tekst tutaj):

Tymczasem wielkie podniety piłkarskie w Poznaniu skutkujące potężnymi frekwencjami są zjawiskiem znacznie szerszym i znacznie starszym niż jakiekolwiek animozje między kibicami Lecha i Legii. Żeby znaleźć ich źródło, trzeba by się cofnąć aż do czasów przedwojennych, kiedy to w Poznaniu obowiązywał mocno archaiczny już dzisiaj podział na dzielnice. Nie, nie administracyjny, ale faktyczny, społeczny. (...) Związany z Dębcem kolejowy klub KPW już wtedy wyróżniał się frekwencją na tle reszty Poznania. (...)
Gdzieś od lat 50. frekwencja na Lechu zaczęła się wymykać wszelkiej logice, ostro skręcając od frazesu w stronę fenomenu. Gdy w 1950 roku Kolejorz był trzecią drużyną w kraju, jego spotkania oglądało po około 10 tysięcy osób. Jednakże kiedy siedem lat później chylił się ku spadkowi, przyjmując w Poznaniu baty niemal od każdego, frekwencja raptownie wzrosła: 20 tysięcy na 0:1 z Wisłą Kraków, równie wypełniony stadion na meczach z Górnikiem Radlin czy przegranym 3:4 spotkaniu z Lechią Gdańsk. To był pierwszy sygnał wskazujący na to, że liczba widzów na meczach Lecha jest zjawiskiem już czysto abstrakcyjnym. To liczba wierutnie niefiguratywna w odniesieniu do autentyczności do tego, co przynosiło boisko. Tak pozostało do dzisiaj.

W latach 60. na przykład Lech był kompletnie do niczego. W ekstraklasie grał okazjonalnie, po raz ostatni w tej dekadzie w 1963 roku. Później czekała go tułaczka, aż z trzecią liga włącznie (były to czasy, gdy nazwa ligi oznaczała rzeczywiście to, co oznaczała – trzecia liga była trzecim poziomem rozgrywkowym). I wtedy właśnie, w 1965 roku zupełnie nie liczący się wówczas w polskim futbolu Lech walczył o awans do drugiej ligi ze Starem Starachowice. Pełna egzotyka z dala od starć wielkich polskich klubów o tytuły mistrzowskie. A jednak na baraż Lecha ze Starem pojechało do Warszawy kilkanaście tysięcy widzów. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, powtórzę – na wyjazdowy mecz o awans do drugiej ligi (sic!) z tak elektryzującym rywalem jak Star Starachowice. Znacznie więcej niż przyszło dwa miesiące później chociażby na mecz z Legią Warszawa, na którą Kolejorz trafił w Pucharze Polski. (...)

 Lech jest więc dla Poznania i Wielkopolski czymś więcej niż klubem sportowym. Jest elementem regionalnej tożsamości, wyrażonej chociażby w popularnym, gwarowym określeniu "Kolejorz" czy "kibol" - które wbrew temu, co próbują niektóre (warszawskie ;-) media sprzedać, nie oznacza stadionowego bandyty. Takim ponadmiejskim, regionalnym elementem tożsamościowym w Polsce jest chyba jeszcze tylko białostocka Jagiellonia czy (w mniejszej skali) szczecińska Pogoń. Na Sląsku sympatia kibiców podzielona jest na kilka rywalizujących ze sobą klubów. Podobnie ma się sprawa w Trójmieście, na Dolnym Śląsku, w Bydgoszczy, Łodzi czy Krakowie. Przy słabości warszawskiej Polonii (nie mówiąc o Gwardii, która najlepsze lata ma definitywnie za sobą), porównywalną rolę mogłaby w Warszawie i na Mazowszu pełnić Legia. Ale nie pełni, o tym jednak później.

Sierpień 1988 roku, druga kolejka ówczesnej pierwszej ligi, już wtedy zwanej Ekstraklasą. Poznańska Olimpia podejmuje na malowniczym, golęcińskim stadionie warszawską Legię. Klub, który zawsze (no, prawie...) lokował się w czołówce rozgrywek. Patrzyłem wtedy ze zdumieniem na kilkudziesięcioosobową grupę kibiców z Warszawy, nie mogąc uwierzyć, jak ktos normalny może kibicowac Legii. Nie, nie jestem z tym "wychowanym na nienawiści", jak zwykli śpiewać niektórzy koledzy po szalu. Po prostu, odkąd zacząłem interesować się ligowymi rozgrywkami w Polsce, Legia była ucieleśnieniem wszystkiego co najgorsze. Klub wojskowy, w dodatku centralny. Wtedy była to coś więcej niż nazwa: pułkownicy i generałowie Ludowego Wojska Polskiego byli prezesami Legii a jej wojskowy status pozwalał zagarniać utalentowanych, młodych piłkarzy z całej Polski w drodze powołania do służby wojskowej. Taka opinia - usankcjonowanego przez socjalistyczne państwo złodziejstwa - ciągnie się za Legią do dziś. Niesłusznie, uczciwie trzeba przyznać. Podobnie jak nie można nie zauważać faktu, że przez 44 sezony rozgrywek w czasie PRL-u, Legia zdobyła... 4 (tak, cztery) tytuły mistrzowskie. Dla porównania: w latach 1946-1989 Ruch Chorzów wygrywał ligę 9 razy a jego arcyrywal zza miedzy, Górnik Zabrze - 14! (NB, są to wszystkie mistrzostwa Górnika, w tym 9 z nich w seriach po 5 (w latach 1963-1967) i po 4 (lata 1985-1988)). Dokładając do tego dwa tytuły Polonii Bytom i jeden Szombierek, dominacja Śląska w tamtym okresie wydaje się absolutna. Legia nie została więc polską Steauą Bukareszt (13 mistrzostw Rumunii w analogicznym okresie, 1946-1989) czy Crveną Zvezdą Belgrad (16 mistrzostw Jugosławii).

Wtedy, w latach 80-tych, kibice Legii nie trzymali z nikim (albo nikt z nimi); nawet ze swoją wieloletnią zgodą, Pogonią Szczecin. Oprócz wyżej opisanych działań, na niekorzyść Legii przemawiała jej warszawskość i wszystko, co się nam z nią kojarzyło: zarozumiałość, bylejakość, wykorzystywanie owoców pracy zaradniejszych regionów (na czele, oczywiście, z moją Wielkopolską). Opinię taką zdaja się nadal potwierdzać niektórzy kibice Legii, na każdym kroku podkreślając, że "jesteśmy waszą stolicą" czy "przyszliście chamy, dlatego że my tu gramy".

No właśnie, zatrzymajmy się przy tym ostatnim haśle. Czy rzeczywiście tak jest? Parę akapitów powyżej przytoczyłem kilka faktów z historii, które takim zarzutom przeczą. Doskonale też pamiętam lata 2000-2002, gdy Lech grał w II lidze. Wtedy też na meczach bywał komplet, mimo iż rywalami były m.in. tak atrakcyjne jak egzotyczne drużyny typu Tłoki Gorzyce (z całym szacunkiem). Wracając do ostatniego meczu w Warszawie, to zgromadził on również niemal komplet publiczności - ponad 28 tysięcy widzów (dla porównania, dwa tygodnie wcześniej, na meczu z liderem Ekstraklasy - Lechią Gdańsk - było ich o 10 tysięcy mniej). Czy zatem faktycznie, drodzy warszawiacy, Lech dla Was znaczy tyle samo co każdy inny rywal, nie umniejszając Bruk-Betowi Termalice Nieciecza czy Górnikowi Łęczna? Znów oddam głos redaktorowi Nawrotowi, który to bardzo celnie ujął (cały tekst tutaj):

Piłka nożna nie jest bowiem stworzona dla ludzi trzeźwo myślących. Jest po to, by wzniecać emocje. Sądzę wręcz, że patrzenie na nią bez nich jest swego rodzaju (proszę się nie gniewać) patologią. Sam obserwuję to u siebie, gdy jakiś mecz dreszczy u mnie nie wywołuje. Wtedy pytam siebie – to po jaką cholerę go oglądasz?

Widzi pan, z meczami między Lechem a Legią sytuację mamy szczególną. Nie dlatego, że jakieś wyjątkowe napięcia, chociaż dla mocno zaangażowanych w kibicowanie osób z Wielkopolski i Mazowsza – owszem. Bardziej jednak dlatego, że nad tymi meczami ciąży pewien określony kontekst.
Pamiętamy dobrze finał Pucharu Polski z 2004 roku, gdy fani Legii zostali wpuszczeni na stadion przy Bułgarskiej incognito, a na trybunach kibice Lecha rozpięli transparent „Legio, ze wszystkich naszych wrogów, Ciebie szanujemy najbardziej”. Zostawiając na boku rozważania, czy w ogóle należy przy okazji piłki nożnej stosować określenie „wróg”, ów transparent jes dobrym przyczynkiem do dalszych rozważań.

Lansuje pan tezę, iż od dawna znane jest powiedzenie, że kibica Legii i Lecha łączy jedno: dla obu najważniejsza jest Legia. Otóż jest to teza … niemal prawdziwa. Niemal, gdyż naudużyciem jest twierdzenie, że Legia dla kibica Lecha jest najważniejsza. Jest natomiast ważna. Tak przynajmniej wynika z mojej przeszło 30-letniej obserwacji zachowań publiki na meczach Kolejorza. Jestem przekonany, że zarówno pan, jak i inni czytelnicy dostrzegają różnicę. (...)

Legia Warszawa ma w sobie dużo z Bayernu Monachium – mam na myśli zdolność do budowania elektoratu negatywnego w całym kraju. Bayern też ma w Niemczech swoich pojedynczych wasali typu VfL Bochum, jednakże nie jest zbyt lubiany, od Mönchengladbach po Berlin i Lipsk. Czy z Legią jest podobnie?

Z punktu widzenia warszawskich kibiców wszystko jedno, kto ich nie trawi. Lech Poznań jest dla nich tak samo (nie)ważny jak Śląsk Wrocław czy Wisła Kraków – nie mylę się, prawda? Nic w tym dziwnego, wszak Legia ma w swoim historycznym dorobku wiele występków przeciwko dziejom każdego z tych klubów. Ot, po prostu, dokuczała wszystkim równo jak leci, więc teraz to dla niej żadna różnica, kto się na jej widok krzywi.

Ja wiem, że fani z Łazienkowskiej wyspecjalizowali się w życiu w tej sytuacji, że ta niechęć zewsząd dodaje im sił, ba, powiedziałbym, że wręcz ich nobilituje. No bo jeśli się kogoś permanetnie nie znosi i co rusz daje się temu wyraz, to znaczy, że ten ktoś jest jednak … ważny. (...)

Pan pisze: w końcu ile warte byłoby zwycięstwo, gdyby nie jednoczesna porażka Legii? A ja się zgodzę. Zwłaszcza, że jedno z drugiego wynika. I rzeczywiście, tak się jakoś poukładało po wojnie w tym kraju, że nie bez powodu zwycięstwo wielu kibicom smakuje bardziej, gdy jest w taki sposób pikantnie przyprawione. Od Poznania po Białystok.

Pozdrawiając pana i życząc, aby i kibice Legii tak smacznie kiedyś pojedli, w pełni to zjawisko rozumiem.


Od owego meczu Olimpii z Legią minęło prawie 30 lat. W tym czasie przyszło mi nawet przez kilka lat mieszkać i pracować w Warszawie, co kiedyś było dla mnie niewyobrażalne. Poznałem też paru jej mieszkańców i mieszkanek i przekonałem się, że to całkiem fajni ludzie. O niektórych (także tych "z eLką na sercu") mogę powiedzieć, iż są moimi przyjaciółmi. Wybaczcie najmilsi, ale sympatia do Was nie wystarczy, aby kibicowac Legii ;-) Moje serce pozostanie niebiesko-białe. Jednak, podobnie jak redaktor Nawrot, życzę Wam, abyście sobie kiedyś tak smacznie pojedli, jak my wygrwywając (prawda, rzadko ostatnio) z Wami. Bo czy faktycznie, jak próbujecie nam wmawiać, każdy mecz i każde zwycięstwo są dla Was takie same? Takie, jak jedzona co rano ta sama owsianka - nie taka wypasiona, na mleku z miodem i owocami, ale na wodzie i bez dodatków, o konsystencji i smaku rozgotowanego papieru? A może jednak sobie w zeszłą sobotę poucztowaliście, na pierogach, homarach czy innym schabowym, tylko nie chcecie się przyznać? ;-)



czwartek, 20 października 2016

Morskie boogie-woogie

Wiosną 2012 roku zapragnęliśmy powtórzyć zeszłoroczny rejs do Anglii. W tym samym terminie, ale inną łódką i z innego portu. Wybór padł na prywatną s/y "Boogie", stacjonującą w Ostendzie. Dotarliśmy tam w czwartek wieczorem, zaparkowaliśmy samochód i odebraliśmy jacht od Barta, jego właściciela. Przeprowadził nam on go jeszcze przez śluzę, zamykaną o 20:00. Potem trzeba by czekać do rana a tu ani pływ, ani nasze plany na to nie pozwalały. Bart ze zdziwieniem przyjął nasz zamiar wyjścia w morze na noc, bo wiatru było jak na lekarstwo. Ale cóż, jeśli chcemy zrobić zaplanowaną trasę (Ostenda-Woolverstone-Ramsgate-Dunkierka-Ostenda), to nie możemy przesiedzieć pierwszej nocy w porcie.

Port w Ostendzie mniejszy jest znacznie od tego w Zeebrugge, wyjście - chociaż trochę "tricky" - z basenu jachtowego do głównego kanału i na pełne morze jest dość bezproblemowe. Później trzeba będzie kilka razy zmieniać kurs, ze względu na ciągnące się równolegle do belgijskiego wybrzeża płycizny. W końcu otwarte wody i już w ciemnościach obieramy kurs na ujście rzeki Orwell. Znów statki, najpierw z lewej, potem z prawej. Jeden z nich całkiem blisko, oświetlony jak choinka, tak że nie widać świateł nawigacyjnych i trudno zgadnąć, w którą stronę płynie. W końcu zauważamy, że jednak w naszą. Błyska aldisem: krótkie-krótkie-długie. Czyli "U", oznaczające "Kierujecie się ku niebezpieczeństwu". Zwrot, odejście, przepuszczamy go. Potem będzie już spokojnie, chociaż kawałek we mgle. Nie ustąpi ona do następnego popołudnia, ale trochę się rozrzedzi. Tak jak poprzednio, cały czas na silniku. Może jutro pojawi się wiatr?


Znajomy widok. Dźwigi Harwich i Felixtowe, potężne kontenerowce i nabrzeża pełne stalowych pudeł. W kontraście do tego spokój wiejskiej rzeki i mariny w Woolverstone. Tym razem cumowanie bez przygód, prawie podręcznikowo, rufą do kei. Krótki odpoczynek, prysznic i spacer do Pin Mill, do wiadomego pubu. Tym razem jest nas siedmioro: dwa małżeństwa (w tym jedno z sześcioletnim synkiem, który okaże się bardzo odporny na trudniejsze warunki i nudę długich przebiegów), "Drugi" z poprzednich rejsów oraz Aga. Ta ostatnia pierwszy (i jak się okaże, ostatni) raz na morzu. Choroba morska złożyła ją poważnie, na szczęście ma siły na spacer i kolację.


Nazajutrz uzupełniamy paliwo i wychodzimy z odpływem. Wiatr się zmienił, dmucha z południa. Bez sensu mu się stawiać i płynąć zgodnie z planem. Postanawiamy iść na północ, wzdłuż wybrzeży Suffolk i Norfolk, do Lowestoft. Byliśmy tam już z chłopakami trzy lata wcześniej. Sympatyczne miasteczko i marina. Odpływ w tej okolicy wraca też na północ, w stronę Atlantyku. Zatem wiatr i prąd mamy w tę samą stronę, fala spłaszczona, wieje od rufy. Po krótkim pomyślunku mocujemy róg szotowy foka do spinakerbomu i żeglujemy fordewindem na pięknym motylu. W porywach do 10 węzłów, co na 10 metrową łódkę jest naprawdę niezłym osiągnięciem. Szkoda, że po przypadkowym zwrocie tak nam się ta konstrukcja zamotała, że odpadło okucie tegoż spinakerbomu i musieliśmy zakończyć żeglugę z wiatrem.

Wejście do portu w Lowestoft, jak ostrzega locja, może być "confused". Faktycznie, trochę buja, ale dajemy radę. Obowiązkowy meldunek na UKF i wchodzimy do mariny po lewej stronie, zarządzanej przez Royal Norfolk and Suffolk Yacht Club. Jak brzmi, tak też wygląda (budynek klubowy). Szacowne, dębowe meble, zdjęcia sprzed kilkudziesięciu lat. Ogólnie mówiąc - kawał żeglarskiej historii. Czyli to, czego się spodziewamy po Anglii. Jest już późno, nawet puby zamknięte. A chcieliśmy z Drugim oblać dzień fajnego żeglowania i udane cumowanie...


Na drugi dzień odpoczywamy i robimy mały wypad na miasto, na obiad. Żonka upatrzy sobie buciki, które później zamówi przez internet. Służą do dzisiaj - marka "Clarks", jakby się ktoś pytał :-) Powrót na jacht i przygotowania do kolejnej nocki. Tak, zmiana planów i odwiedzenie Lowestoft skutkują tym, że musimy ponownie płynąć w nocy. Rok wcześniej, o tej samej porze, paradowaliśmy w T-shirtach. Teraz jest piekielnie (to chyba nie za dobre słowo ;-)) zimno. W nocy temperatura spada do 5 stopni, odczuwalne zero. Mamy na sobie bieliznę termiczną, dres, polar, spodnie żeglarskie i sztormiak. Nie mówiąc o czapce i rękawiczkach. Mimo to zimno, dobrze że jest termos z herbatą. Na szczęście nie wieje, więc jest całkiem znośnie. Noc jasna, statki widoczne, fajnie się rozmawia. Ciekawe, gdzie trafimy w wybrzeże po drugiej stronie. Do wyboru jest holenderskie Vlissingen i belgijskie Zeebrugge. Wybieramy to drugie. Raz, że znajome, dwa - Aga będzie mogła wcześniej wrócić do domu.

W Zeebrugge bardziej wypoczęta część załogi wybrała się na zwiedzanie. Wbrew pozorom, jest co oglądać: na lądzie, "na sucho", ustawiono stary latarniowiec "Westhinder". Obok niego, przy pomoście, stoi były radziecki okręt podwodny. Wizyta na obydwu pozwala chociaż przez chwilę poczuć ciasnotę i trudy życia i służby, czy to w marynarce wojennej, czy w służbach nawigacyjnych. do kompletu ekspozycja o tematyce morsko-rybackiej. Po powrocie na jacht miła niespodzianka: placki ziemniaczane! To podobno tradycja taty jednej z załogantek. Jak wszystko z jej kuchni, okazują się pyszne!


Ostatni dzień, już całkiem znośny i słoneczny. Zostało nam kilkanaście mil powrotu do Ostendy. Leniwie pokonujemy je na silniku, blisko plaży. Mimo zimna, braku wiatru i zmienionych planów - warto było. Jak zawsze. Morze to morze, nawet gdy wyczynia swoje boogie-woogie. Ale w końcu czego się po nim innego spodziewać, jak nie owej permanentnej niestałości?

sobota, 8 października 2016

Znowu...

...to zrobiłem. Tym razem zrobiliśmy, bo biegliśmy razem z Jackiem a NUK-i dzielnie nas wspomagały. Zaczęło sie zaś prawie tydzień temu... Chociaż nie. Zaczęło się znacznie wcześniej. Chyba wtedy, gdy dowiedziałem się o starcie mojego brata w maratonie poznańskim. Fakt, chłopak jest o 6 lat młodszy, ale skoro on mógł to dlaczego nie ja? Zapisałem się więc na doroczny bieg na 20 km w Brukseli, w 2014 roku. Przygotowania trwały 3 miesiące (a wcześniej praktycznie wcale nie biegałem), lecz niestety moja niedyspozycja oraz śmierć ojca nie pozwoliły mi wystartować.

Za drugim razem już odwrotu nie było. Rzut oka na wagę, dziewiątka z przodu, oj, nie było za dobrze... Dieta, samodyscyplina i ruch. Poranne wstawanie, ciągle do przodu i wbrew sobie. Celem było ukończenie tej dwudziestki, której nie dane mi było przebiec dwa lata wcześniej. Udało się! Motywacją była nie tylko walka z samym sobą, ale przede wszystkim nasze dzieciaki. Tam, w Kamerunie. Zwłaszcza te poranione i pozbawione dzieciństwa w normalnej, kochającej rodzinie...

Ledwo z Bartkiem wróciliśmy z biegu to już zapisaliśmy się na kolejny. Właściwie to tylko ja sam, bo młody okazał się... za młody. Później dołączył Jacek, ale po drodze była jeszcze dziesiąteczka u nas w gminie oraz zupełnie nieplanowany półmaraton na warszawskiej Pradze. W międzyczasie trening: krótkie, niezbyt szybkie po 45 minut, podbiegi i interwały, BNP i tempówki oraz dłuższe, sobotnie wycieczki po 1,5-2 godziny. W Belgii, Polsce, Norwegii, Walii i Grecji.

Niedziela, 2 października. O wiele chłodniej niż w maju, nie mówiąc o warszawskiej patelni. Ale okaże się, że w taką pogodę biegnie się znacznie lepiej. Trasa prawie ta sama co wtedy, z paroma zmianami: czas zacznie byś mierzony jakieś 500m za linią startu (to przez dokładne pomiary trasy), meta również gdzie indziej. Trzeba będzie pamiętać, że długi podbieg na Avenue de Tervuren i łuk triumfalny Parku Cinquantenaire nie będą oznaczać dziś mety. Ta umiejscowiona jest na starówce, prawie 2 km dalej. Ale o tym później.
 
 
Rano, przed 10. Zaskakująco łatwo i blisko znajdujemy miejsce parkingowe, zdajemy torbę z rzeczami do przebrania i zaczynamy rozgrzewkę. Potem ustawienie się w swojej strefie startowej, buziaki od NUK-ów i oczekiwanie. Powolne przemieszczanie się w kierunku linii startu, piateczka przybita z jakąś laską na platformie i biegniemy. Nie dać się ponieść tłumowi, oszczędzać siły na dalsze kilometry i wspomniany, morderczy podbieg na km 14-16. Trochę na początku pokropiło, ale później będzie już sucho. Peleton się rozciąga, my trzymamy tempo ok. 6:30/km. Avenue Louise, pierwsza woda i izotonik. Na początku, jak zwykle, było trochę ciężko i sztywno ale potem coraz lepiej i bardziej machinalnie. Atmosfera jak zwykle super, dużo kibicujących oraz rytmicznie przygrywające zespoły (furorę robi pan z głosem Louisa Armstronga). Kolejna woda i banan - przyda się porcja energii przed wspomnianym już podbiegiem.
 
 

Długa, płaska prosta Boulevard du Souverain. Trzymamy się dzielnie, tempo czasami podchodzi nawet do 5:00/km! W końcu osławiona górka, zwalniamy. Idzie dobrze, chyba damy radę. Daliśmy! Teraz rura do parku i na starówkę. Rynek prawie sprintem, podobnie meta. Skąd mam jeszcze siły? Kurde, powinienem padać z nóg a tu jeszcze bym z 5-10km przebiegł. Może rzeczywiście ten maraton za rok nie jest taki nierealny?
 
 
Meta, medale, woda, ciastka. Torba, przebranie i szczęśliwe, dumne NUK-i. Hm, chyba jest z czego. Czas dobry (2:11), znacznie poniżej oczekiwań. Następnym razem atakujemy 2 godziny, a co! Czy będzie następny raz? No pewnie! Już w listopadzie, a potem w styczniu, maju, lipcu, sierpniu i październiku przyszłego roku. Ale o tym w swoim czasie. Ty zaś, drogi czytelniku, jeśli możesz to wynagrodź nam ten wysiłek. Jak? Najlepiej wspierając naszą akcję: pomóżmy Poupinie wyjechac na studia! Dane do przelewu (z dopiskiem "Poupina-studia") znajdziecie tutaj. Dziękujemy!