niedziela, 15 stycznia 2017

Historie do napisania

Mam na imię Vantiane i mam, o - tyle! Tyle lat! To jest pięć? No to mam pięć. Byłam bardzo mała, jak trafiłam do tego domu. Ciocia Marianne mówi, że przywiozła mnie z wioski, bardzo daleko stąd. Jeszcze za Bertoua. Nie pamiętam mojej mamy. Pewnego dnia ciocia ładnie mnie ubrała i pojechaliśmy, hen, daleko. Było tam bardzo dużo ludzi. Płakali i mnie przytulali. Potem mi kazali płakać i kłaść się na taką długą skrzynkę, która stała na ziemi. Później kazali nam nie patrzeć a jak znów mogliśmy się odwrócić, to skrzyni już nie było. Wszyscy kładli kwiaty na kupie świeżej ziemi. Powiedzieli mi, że w skrzyni była moja mama. Ale ja nawet nie wiem, kto to jest mama. Chociaż... Może jednak wiem. Tak! To ta piękna, biała kobieta z długimi włosami. Ma na imię Jagoda i mówią mi, że jest teraz dla mnie mamą. Stała za mną, gdy miałam na sobie śliczną, białą sukienkę. A potem ojciec Darek (wiesz, boję się go trochę...) wylał mi na głowę miskę wody i kazał trzymać w rączce zapaloną świeczkę. To chyba było bardzo ważne i wiedziałam, że muszę tę świeczkę trzymać. Kapało mi czymś gorącym na paluszki ale bałam się ją puścić. A potem wszyscy się cieszyli, tańczyli, przytulali mnie i całowali. A najbardziej Jagoda. Ona była u mnie już trzeci raz. Od samego początku ją lubię. Nie mogę się teraz doczekać, kiedy znowu do mnie przyjedzie. Jak to dlaczego? Jeszcze pytasz? Przecież to moja mama!


Jestem Pipiripi. Hi hi! Wiem, że śmieszne. Ale wszyscy na mnie tak mówią. Pipiripi. Chociaż ojciec Darek powiedział, że wtedy, kiedy wylewał na nas wodę nie mogę tak mieć na imię. Powiedział jakoś inaczej... Oban, Obin... Aubin! Tak, Aubin! Moje nowe imię! Dostałem je razem z wodą i świeczką, wiesz? Bardzo mi się tu podoba. Jestem najmłodszy i wszyscy się mną opiekują. Ciocia Marianne, ciocia Alida, wujek Achille, wujek Boris. Pilnują, żebym zjadł śniadanie i był czysto ubrany. Bardzo lubię tu być. Mówią, że jak byłem mały, taki bardzo malutki, to przywiozła mnie tu ciocia wujka Achille'a. Moja mama jest chora i nie mogła się mną zaopiekować. Nie wiem, jak wyglądała. Nie wiem nawet co to dokładnie jest mama. Może to taka ciocia, która stale jest przy tobie, przytula cię i się tobą opiekuje? Tak? Ja jestem jeszcze bardzo mały i nie wszystko mi się udaje. Czasem też płaczę, chociaż wiem, że w tym domu tak nie wolno. Ale przecież jestem jeszcze malutki...


Mam na imię Marisol. Wujek Rafał mówi na mnie Tournesol. Mówi, że to taki kwiatek, który u nich rośnie. Cały dzień obraca się za słońcem. Wujek Rafał  mówi, że ja sama jestem takie słoneczko. Śmieszne! Przecież nie ma czarnych słoneczek! Jestem tu od niedawna. Przywiozła mnie ciocia Marianne, z bardzo daleka. Moi rodzice są bardzo biedni. Mieszkają na wsi, daleko od miasta i szkoły. Nikt z nas do szkoły nie chodził, chociaż ja jestem najmłodsza i mam już 6 lat. Gdy ciocia mnie tu przywiozła miałam taki duży brzuszek. Mówili, że to dlatego, że nie jadłam dobrze. Tutaj ciocie i starsze dziewczynki robią bardzo dobre jedzonko. Specjalnie dla mnie gotują plantany, bo wiedzą, że nie lubię i nie mogę jeść kuskusu. Są dla mnie bardzo dobrzy. Dostałam nowy, piękny mundurek. O, zobacz! Pomarańczowa bluzka i granatowa spódniczka. Razem z Vantiane, Cerole, Patricią, Teddym i innymi chodzę do szkoły. Mamy kolorowe książeczki i nowe, śliczne plecaki. Dziękowaliśmy za nie jednemu panu, który nam je przywiózł z pewnej dalekiej wyspy. Wszystko jest tam takie zielone! Może kiedyś będę mogła o tej wyspie trochę przeczytać. Dopiero się uczymy pisać i czytać. Jak już będę duża, chciałabym napisać swoją historię. Pomożesz mi?




piątek, 13 stycznia 2017

Nie wracamy!

Był pierwszy wyjazd do Kamerunu, w marcu 2015 roku. Pierwsze dni, spotkania, wrażenia. Ojciec Darek, dzieciaki, Mańka, Artiom i Marta. Podróż na północ i safari. Był też oczywiście powrót - powrót z Afryki do Europy, do swojego miejsca i codzienności. Za drugim razem ta Afryka była jakby już mniej egzotyczna, za to bardziej swojska. Przylecieliśmy do miejsca, którego już nie nazywaliśmy ośrodkiem, foyer czy sierocińcem, ale po prostu domem. Tym drugim, trzecim, kolejnym. Z którego jednak wracało się do tego właściwego. Wracało się nie wyjeżdżając.

Do trzech razy sztuka... Jeśli po pierwszym razie wróciło się do Afryki to chyba jednak należy się do tej grupy ludzi, która ją po pierwszym zetknięciu pokochała. Polubić się nie dało, znienawidzić wcale. Miłość wybacza wszystko. Brud, dziurawe drogi, mentalną przepaść. Miłość to tęsknota, która nie daje wytrzymać dłużej niż kilkanaście miesięcy. Czy wytrzymamy do wiosny przyszłego roku?

Nie, nie wracamy! Nie tym razem. No bo jak można wracać z własnego domu, od własnych dzieci? Tych dopiero ochrzczonych, które się dopiero z tobą oswajają? Tych maluchów, potrzebujących chwili czułości i tych trochę starszych, rysujących obrazki z tobą jako tatą? Nie da się, po prostu się nie da. Zostajemy! Na zawsze. A przynajmniej na tak długo, jak długo będziemy tu potrzebni.

Foyer Saint Dominique w Yaounde to nasz dom. Nie drugi, trzeci czy kolejny. Po prostu dom, w którym czujemy się bezpieczni i potrzebni. Którego mieszkańcy to nasze dzieci, rodzeństwo, przyjaciele i duchowy ojciec. Za który czujemy się współodpowiedzialni. Dom, nasz dom. Być może kiedyś na dłużej niż na dwa, trzy tygodnie. Może na zawsze?

Na zawsze przynajmniej w sercu, myśli i działaniach. Bo bez naszych i Waszych działań nie może on funkcjonować. Chcecie coś dla niego zrobić? Chcecie swym działaniem sprawić, aby i dla Was miejsce to stało się domem, pełnym przyjaznych, radosnych i znajomych twarzy? Zapraszamy! Przyda się każde Chwała Ojcu, Zdrowaśka czy Msza. Złotówka, euro, dolar czy funt. Dzieciaki Wam tego nie zapomną. My też nie. W końcu tam mieszkamy i nigdzie się nie wybieramy.


piątek, 6 stycznia 2017

Egzorcyzmy nad Rzeką Krzyża

Na szczęście opuszczamy już jutro to ohydne,
skorumpowane do granic możliwości i wyobraźni o tym zjawisku… 
państwo Nigeria!

Demon zalągł się w naszych głowach i sercach. Demon korupcji, przemocy, bandytyzmu i religijnych waśni. Wykrzywiający nienawistną, czarną twarz, ciągle żądający nowych ofiar. Z pieniędzy, zdrowia, czasu a nawet życia. Odziany w smród śmieci i naftowych wyziewów, pojawiający się znikąd w setkach oficjalnych i nieoficjalnych kontroli. Dobrowolnie zmierzamy w jego kierunku, aby się z nim zmierzyć i spojrzeć mu w przekrwione oczy. Aby go z siebie i z Afryki wyrzucić. Demon, który podszywa się pod imię "Nigeria".


Pomoc Elvisa jest nieoceniona. Okazuje się być synem miejscowego króla wioski, po kameruńskiej stronie. Z mieszanego, kameruńsko-nigeryjskiego małżeństwa. Dysponujący kontaktami po obydwu stronach granicy. Uspokaja i wyjaśnia, nie podaje ceny za swoje usługi ("Co mi dacie, to mnie zadowoli"). Z mostu granicznego w Ekok-Mfum do Ikom, naszego celu na dziś (jest 3 stycznia 2017 roku) jest jakieś 20 km.  Most nad szeroką na jakieś 100 m, zamkniętą między skalnymi brzegami Rzeką Krzyża (Cross River). Mimo kilku kontroli, droga mija szybko. Niezły asfalt, nie tak dobry jak po tamtej stronie. No, ale ten tutaj jest trochę starszy - jeszcze parę lat temu, odcinek drogi z Ekok do Mamfe wyglądał tak.


Ikom, miasto typowe dla tej części świata. Kilka głównych, asfaltowych dróg, krzyżujących się w centrum i plątanina gliniano-piaszczystych ulic i uliczek. Eleganckie budynki banków i przytargowe budy z desek, kryte wszechobecną blachą falistą. Trudno uwierzyć, że miasto ma ponad 160 tysięcy mieszkańców. Elvis proponuje nam jeden z dwóch hoteli: spokojniejszy, nieco na uboczu, i centralny, z klubem nocnym. Wybór jest oczywisty. Hotel Ebenezer czystością łazienki i elegancją wnętrza nie grzeszy, ale jak na Afrykę standard jest w porządku. Ważne, że łóżko czyste, jest prąd, woda i internet. Odświeżamy się po podróży i idziemy coś zjeść. "Coś lokalnego? Może spróbujesz beef boga. To taki kawałek wołowiny, z warzywami i przyprawami. Tak, z ryżem też. To co, beef boga raz?" Dałem się skusić. Dostałem... beefburgera. Tutejszy angielski jest tyleż poprawny w ortografii co nowatorski w wymowie (copyright takiego określenia: Tomek Michniewicz). Często słychać też miejscowe języki - w Nigerii używa się ich około 500. Największe z nich, igbo, yoruba czy hausa, mają po 20-30 milionów mówiących, z własną literaturą i filmografią.


Po co jednak pchamy się w łapy nigeryjskiego demona? Dla samego się z nim zmierzenia? Nie do końca. Wieziemy dwa plecaki ubranek dziecięcych, zabawek, lekarstw, środków opatrunkowych, trochę kulinarnych specyfików w puszkach i słoikach oraz 200 euro w gotówce. Mieliśmy je zawieźć do Uburuahiara w stanie Imo (jakieś 300 km na południowy wschód stąd). Collins - mąż naszej brukselskiej koleżanki - prowadzi tam wiejską klinikę. Ewa przekonała (?) Żonkę, że nie taka Nigeria straszna, jak ją malują. Uburuahiara jednak leży bardziej na południe; bliżej tam mieliśmy z Calabaru, do którego rzekomo pływają statki z Kamerunu. Okazało się, że statku nie było, zatem jedziemy trasą przez Ekok. Najbliższym lądowym połączeniem Kamerunu z Nigerią. Na tyle oddalamy się od Uburuahiara, że z 2-3 dni w Nigerii zrobi się niecały dzień.


Ikom, centrum. Banki pilnowane przez ochroniarzy, czasem nawet w eleganckich mundurach. W ręce kałasznikow, w kieszeni proca. Bankomaty wypłacają maksymalnie 20.000 naira (około 60 euro). Najwyższy nominał tej waluty to banknot 1000 naira. A myślałem, że środkowoafrykańskie 10.000 franków (ok. 15 euro) to mało... Potrzebujemy gotówki, na własne wydatki i na wpłatę na konto polskiej ambasady w Abudży. Po co - o tym przy innej okazji, jak już się sprawa wykrystalizuje.

Nigeryjski demon jakby słabnie. Słabnie z każdym uśmiechem miejscowych chłopaków i dziewczyn. Zagadujących, życzących szczęśliwego nowego roku czy po prostu pytających o samopoczucie. Na pewno dobrze mu nie robi miejscowe piwo: niezłe, w brytyjskich butelkach o pojemności pół pinty, przyprawione korzeniami i owocami. Demona osłabia, nas rozwesela. Oprócz beef boga można zjeść pies. Bynajmniej nie czworonoga, lecz pierożki z różnego rodzaju nadzieniem. Oraz pewnie miejscowe specjały na targu, ale tam nie mamy chęci się zapuszczać. Zbliża się wieczór, czekamy na Collinsa.

Collins, kolejny pogromca demona. Zmęczony całodniową podróżą, ale uśmiechnięty. Zasmuca go nasza decyzja o jutrzejszym powrocie do Kamerunu. No, ale żeby dotrzeć do Uburuahiara musielibyśmy jechać cały dzień a nazajutrz rano wracać tą samą trasą. Dobre 10 godzin w lokalnych busach, ściśnięci w pięciu na trzyosobowych ławkach. Nie tym razem, Collins. Na pewno się jeszcze zobaczymy, w Belgii lub Nigerii. Ale następnym razem postaramy się przylecieć samolotem.


Noc w Hotelu Ebenezer. Demon leży i kwiczy. Wizyta w banku, kolejna wypłata z bankomatu i wspomniana operacja w kasie. Idziemy do baru na śniadanie, dołącza Collins. Dzwonimy po Elvisa, aby nas odebrał z hotelu i odwiózł: Collinsa na autobus a nas na granicę. Poranek w Ikom, zaledwie 11 stopni. Około 10 rozgrzeje się do 17. Przyjemnie rześko, chociaż jadąc tutejszym moto-taxi jest trochę chłodno.

Nie jest jednak chłodno w towarzystwie naszych nigeryjskich przyjaciół. Na pewno tu wrócimy, tym bardziej że w okolicach Ikom można zobaczyć monolity sprzed tysiąca lat oraz wodospady na rzece Cross. "Dworzec" autobusowy. W odróżnieniu do Kamerunu, poszczególne busy są oznaczone: skąd i dokąd jadą. Collins znajduje miejsce dla siebie i dla "naszych" dwóch plecaków. I tak będzie musiał się przesiadać. Gdy on się pakuje, my obserwujemy lokalny koloryt. Ot, na przykład sprzedawczyni bananów w klapkach z napisem "Gucci" z leżącą tuż obok łupiną od arbuza...


Collins pojechał. Oddalił się jak demon, który pod Nigerię się podszywa i ją nam w Europie obrzydza. Z pewnym żalem wracamy w stronę granicy i "naszego" Kamerunu. Dwadzieścia kilometrów trasy, trzynaście barierek z nadzianych gwoździami belek i tyleż kontroli. Wojsko, służby imigracyjne, Policja i nie wiadomo co. Policja Mobilna, celnicy, Patrol Antyprzemytniczy, strażnicy wioski. Policja, ponownie Policja i Federalna Służba Imigracyjna. Wreszcie granica. Posterunek nigeryjski. Nad biurkiem kalendarze. Jeden wydany przez Młodzieżową Ligę Muzułmańską z okazji "100-lecia pokojowej propagacji islamu w Nigerii". Zaraz obok, z innego kalendarza, uśmiecha się katolicki biskup, świętujący rocznicę swej ordynacji. To jest prawdziwa Nigeria, a nie szaleństwo Boko Haram. Wpisy do kolejnych ksiąg, pieczątki w paszportach. Most, spinający dwa brzegi Krzyżowej Rzeki.

Demonie, który podajesz się za Nigerię! Spadaj z naszych oczu! Spadnij z tego mostu, w odmęty rzeki, i spłyń do morza! Roztrzaskaj się o skały i niech cię pożrą krokodyle! W imię międzyludzkiej życzliwości, międzyreligijnego współistnienia i międzynarodowej współpracy - mówię ci zgiń, przepadnij!




czwartek, 5 stycznia 2017

Nie tak wszystko miało wyglądać

Z rana, 2. stycznia 2017 roku, na początku jednak wyglądało. Tak, jak zaplanowaliśmy, wyruszamy po śniadaniu na dworzec, podwożeni przez Achille'a. Miasto nadal senne po noworocznym świętowaniu, ulice rozkosznie puste. Docieramy do centrum w niecałe pół godziny, po to tylko aby się dowiedzieć, że pociągu do Douali na razie nie będzie. Nic to, zaraz obok jest terminal Touristique Express. Firmy przewozowej dysponującej chyba najlepszą flotą autokarów w Kamerunie. Nie ma tu dworców w naszym rozumieniu; każda firma ma swój "terminal", najczęściej w części miasta położonej na wylocie obsługiwanych przez nią kierunków. W mniejszych miastach i na wioskach przystanek lub plac pełniący rolę dworca już jest jeden, co znacznie ułatwia podróżowanie. My jednak wciąż jesteśmy w Yaounde.

Touristique Express ma bardzo porządną, wręcz luksusową poczekalnię jak na Kamerun. Klimatyzowana, z barem, telewizja i wi-fi. Mamy dwie godziny do odjazdu ale mówią nam, że jak będą miejsca to wsadzą nas we wcześniejszy. Ta też się dzieje i hiperpunktualnie (o 11:03) ruszamy w trasę. Zapowiedzi jak w samolocie, zapiąć pasy i tym podobne. Urocza stewardessa zdaje się uśmiechać całą sobą, nie tylko ustami i oczyma. Pyta każdego o samopoczucie i wita na pokładzie. Później będzie catering: do wyboru kanapka z jajkiem lub wołowiną oraz woda lub sok. Czterogodzinna podróż mija szybko; nawet na zwykłej w tym miejscu kontroli policyjnej nas nie zatrzymują (poprzednio musieliśmy wszyscy wyjść i się wylegitymować). Na trasie ruch też poświąteczny, nie za duży. Targ na wjeździe do Douali pracuje na pół gwizdka; przejazd ułatwia ukończona trasa szybkiego ruchu na pomiędzy jezdniami do ruchu lokalnego. Centrum jakby mniej odpychające niż poprzednio. Dojeżdżamy. Dziewczyna-uśmiech każdego pyta jeszcze o wrażenia i życzy miłego pobytu.


Terminal, bierzemy bagaż i dajemy się porwać taksówkarzom, którzy wręcz wyrywają nas sobie z rąk. Pierwszy z nich zażądał 45000 franków (prawie 70 euro) za godzinną jazdę; twardo obstajemy przy 15. Widząc napierającą konkurencję, zrezygnowany się zgadza. Wyjeżdżamy z Douali, obok największego portu Kamerunu, handlowej do niego bramy. Most na rzece Wouri, obok powstaje druga nitka. Lubi tu się zakorkować, ale jest 2 stycznia i przejeżdżamy bez zatrzymania. Drugi brzeg, przedmieście Bonaberi. Jakoś mniej paskudnie niż od strony Yaounde. Wkrótce mijamy granicę Regionu Nadmorskiego (Littoral) i Południowo-Zachodniego. To już anglojęzyczna część Kamerunu, co widać po napisach. Dojeżdżamy do Tiko i szukamy portu, z którego rzekomo dziś wieczorem odpływa statek do nigeryjskiego Calabaru. Drogę w pewnym momencie zagradza wojskowa placówka, z wartownikiem na wieżyczce celującym w nas z karabin maszynowego. Dowódca nie puszcza dalej; czekamy na kogoś, kto pojedzie od strony portu i potwierdzi (lub nie...), że statek dziś wypływa. Przejeżdża sam agent firmy żeglugowej i potwierdza: statku nie ma, będzie w czwartek. Nie tak to miało wyglądać...


Trzeba jednak znaleźć jakieś rozwiązanie. Wracamy do głównej szosy i łapiemy lokalną taksówkę. Jej kierowca mówi nam, że w tym miejscu nie znajdziemy nic w pożądanym przez nas kierunku i oferuje się podwieźć nas we właściwe miejsce. Jest nim skrzyżowanie w Mutengene: droga na wprost (i większość ruchu) zmierza do leżącego nad Atlantykiem Limbe. Droga w prawo: do Buei, Kumby i dalej na północ. Taksówkarz przekazuje nas kierowcy busa, który jedzie do Kumby. Tam ma nas przekazać temu, który pojedzie na północ, w stronę granicy z Nigerią. Plecaki wędrują na dach, my dostajemy miejsca z przodu, obok kierowcy. Chyba ze względu na kolor skóry. Jedziemy. Po lewej masyw potężnego wulkany Mount Cameroon (prawie 4100 m n.p.m.), niewidoczny zza nisko zalegających chmur. Okolica słynie z opadów, góra zastrzymuje chmury nadciągające znad Atlantyku. Ciepło i wilgoć sprzyjają uprawie herbaty i kwiatów, których plantacje biją po oczach różnorodnością kształtów i kolorów. Ale tylko przez godzinę; jest już późno, do Kumba docieramy po zmroku (czyli ok. 19:00).



Rzeczywiście, natychmiast znajdują się miejsca w busie do Ekok, na granicy. Według zapewnień kierowcy, podróż potrwa 4 godziny, czyli zapewne z 5-6. Dotarlibyśmy na miejsce po północy, co nie byłoby za fajne. Decydujemy się zostać na noc w Kumba, tym bardziej, że z drogi widzieliśmy już neon hotelu Macklord's. Duży, 9-piętrowy. Nie za tani, ale czysty i wygodny. Tak wygodny, że budzimy się dość późno. Mimo zapowiedzi, o 7:30 nie widać nikogo w restauracji, więc chyba możemy zapomnieć o śniadaniu. Ruszamy na "dworzec". "Aj, jesteście za późno... Busy do Ekok odjeżdżają rano, około szóstej. Teraz musicie poczekać do wieczora. No, chyba że Wam się spieszy. Wtedy trzeba wynająć samochód z kierowcą, ale to Was będzie kosztowało fortunę..." Nie tak to miało wyglądać, ale nie mamy innego wyjścia. Przepłacamy słono za auto, ale za to mamy je tylko dla siebie. Kierowca tankuje z kanistra (pewnie przemycone, tańsze paliwo z Nigerii) i szybko pomyka dobrą drogą na północ. Dobry asfalt momentami ustępuje miejsca kiepskiemu a nawet żwirowej nawierzchni. Droga cały czas w budowie; wrażenie robi długi wiadukt nad górską doliną. Zbudowany przez... A nie, tym razem nie przez Chińczyków! Według kierowcy, zbudowali go Belgowie.


Już prawie Mamfe, gdzie droga z Limbe i Kumba łączy się z trasą wschód-zachód, Bamenda-Enugu. Kierowca jednak skręca w bok, w żółtą, gruntową dróżkę. "To skrót do Ekok", tłumaczy. "Asfaltem byłoby za daleko". Może i krócej, ale czy szybciej? Wioski, przy głównej trasie porządne, z drewnianymi domami, tu znów biednieją i chylą się ku ziemi żółcią glinianych ścian.W końcu dojeżdżamy do nowiutkiego asfaltu. Ech, zbuduj Murzynom drogę a ci ją na 15 kilometrach przegrodzą w pięciu miejscach barierkami policyjnych, żandarmeryjnych i celnych kontroli. Nie doceniamy jeszcze Nigeryjczyków, którzy takich kontroli ustawią 13 - z czego 10 na odcinku kilkuset metrów. Mija południe, my nadal jesteśmy w Kamerunie. Nie tak to miało wyglądać, ale nie jest źle. Przed nami Ekok, atmosfera jak w Świecku lub Kostrzynie nad Odrą w latach 90-tych. Cinkciarze, bary,busy w różne strony. Graniczny posterunek kameruńskiej policji. Wpisują nas chyba do trzech różnych ksiąg, wszystko ręcznie. Dane z paszportu, cel podróży, zawód etc. Żegnamy naszego kierowcę i przejmuje nas Elvis. Przed nami most na granicznej Cross River. Wjeżdżamy do Nigerii - afrykańskiej przygody rozdział kolejny.


wtorek, 3 stycznia 2017

Nowy rok wśród dzieci słońca

Ostatni dzień starego roku. Zaczynamy bez mszy, będzie wieczorem. Za to po śniadaniu jedziemy na targ. Szlachtowanie i sprawianie świni na rowie już nas nie dziwi, chociaż kwik jest przejmujący. Na stoiskach to, co zwykle: cebula, czosnek, maniok, kukurydza, owoce. Miejscowa zielenina i chiński plastik: miski, kubki, torby. Zrewolucjonizowały i ułatwiły życie w Afryce, ale też kompletnie wyrzuciły z rynku miejscowe, naturalne wyroby z drewna i liści. To, co kiedyś można było wyrzucić po zużyciu w ciągu roku zgniło. Teraz zalega strumieniem śmieci wzdłuż dróg. Parę lat temu Yaoude ze śmieciami radziło sobie spalając je na kupach. Miasto spowijały wtedy kłęby gryzącego dymu. Obecny strajk służb oczyszczania miasta jakby te czasy przywrócił. Jest jakoś gorzej, niż poprzednio.

Wracamy z targu. Kupimy jeszcze po drodze ryby i napoje dla dzieciaków, na święto. Niech mają,chociaż świństwo. Dla zdrowia zaś zabieram dwóch chłopaków na trening. Pobiegniemy po okolicy, pętlą na jakieś 8 km. Biały, pieszo i biegnie za Murzynami - tego tu jeszcze nie widzieli. Odprowadzają wzrokiem, pozdrowią ale wody nie podadzą. A przydałoby się, bo upał i podbiegi wysuszają. Nie daję rady i ze 2 razy muszę przejść do spaceru. Ale w domu i tak witają nas jak bohaterów. A to tylko godzinka i 8,5 km. Ciekawe przeżycie, mimo wszystko.

Teraz tylko się ogarnąć, ogolić i czekać na przyjście nowego roku. Najpierw msza, na której ojciec Darek podsumowuje mijający rok: kto zmarł, kto się urodził, kto zdał egzamin a kto go oblał. Wszystkie ważne wydarzenia, radosne i smutne, osobiste i publiczne. Wszystkie składamy na ołtarzu i za wszystkie dziękujemy Bogu.

Potem uczta, już przy imprezowej muzyce. Jest maniok w dwóch postaciach, nyan i plantany. Z konkretów kurczak, ryby, pancernik i jeżozwierz. Wyżerkę trzeba wytańczyć; dzieciaki nas wyciągają na środek. Wspólne odliczanie i gromkie "Bonne année!!!" Są chwile, kiedy jakby się zapomina o tym, co nieprzyjemne i smutne a daje się ponieść radości i nadziei. Impreza potrwa gdzieś do trzeciej, my wymiękamy około pierwszej.

Pierwszy stycznia, jak co roku senny i leniwy. Na szczęście bez kaca. Jednak porządek dnia jest zachowany, bo Epi serwuje śniadanie już o ósmej. Dzień ten jednak będzie dla nas szczególny, bo zostaniemy chrzestnymi trójki maluchów: Mariesol, Vantianne (która na tę okazję zostanie Samuelą) i Pipiripi (Aubin). Ubrane na biało i przejęte bardziej od nas. "O chrzest. Wyrzekam się. Wierzę." Obfite polanie wodą i wręczenie światła wiary. Kochane dzieciaki. Dzielnie trzymają świece, mimo kapiącego po palcach wosku. Dumni i szczęśliwi, dzielimy się radością z rodziną w Polsce, pokazując nasz drugi dom i jego mieszkańców.

Wieczorem kolejna impreza. Na stole, oprócz zwyczajnych plantanów, ryb na ostro i wieprzowiny, także antylopa i pyton. Same rarytasy. Muzycznie też wykwintnie, bo imprezę animuje Bobby - najlepszy DJ w mieście i wychowanek Foyer St. Dominique. Jest konkurs taneczny z nagrodami pieniężnymi, który bezapelacyjnie wygrywają Elsa i Baby, zwany Wielką Stopą. Znów się nie wyśpimy, a jutro wyjazd i perspektywa nocy w podróży. No ale kto przyjeżdża do Afryki się wyspać? ;-)

niedziela, 1 stycznia 2017

Rok z Afryką w tle

Ostatnie chwile 2015 i pierwsze 2016. Parafia w Ntoum, polscy kapucyni i miejscowa Odnowa w Duchu świętym, żywiołowo "czuwająca" aż do rana. Razem z tegorocznym to już czwarty Nowy Rok, witany przez nas w Afryce. Przynajmniej tej geograficznej, do której zaliczamy też Wyspy Kanaryjskie. Rok 2016, od Ntoum do Yaounde. Rok rozpoczęty i zakończony Afryką... Chociaż właściwie bardziej "afrykański" był 2015, z naszym pierwszym tu przyjazdem i posmakowaniem trochę dzikiej Afryki. Nowość afrykańskiej rzeczywistości uderzała wtedy do głowy, biła po oczach i nozdrzach. Drugi raz był już przyjazdem w znane miejsce, do domu, przyjaciół i naszych dzieci. Wybraliśmy się wtedy dalej i na dłużej, na trzy dni do Gabonu i prawie tydzień w Kribi.

To już rok, który wczoraj minął (dla wielu "na szczęście"). Rok kryzysu, niepokojów i obaw o przyszłość. Czy rzeczywiście był tak straszny, jak zwykliśmy go teraz malować? Dla nas nie był taki zły, chyba nawet dość udany. No po popatrzmy. Zaczął się duszną, równikową nocą, by mieć swoją kontynuację na atlantyckiej plaży. Potem było bezwarunkowe zawierzenie Tej, bez której nie byłoby Bożego Narodzenia. Później krótki pobyt w Londynie, u dawno niewidzianych przyjaciół. Kurs pierwszej pomocy na morzu i upragniona lustrzanka dla żonki. Urodzinowa niespodzianka w Irlandii i Wielkanoc w stronach rodzinnych, z tradycyjną wielkosobotnią agapą w wiadomym domu :-) Przedtem było wprowadzenie do życia biegowych nowości a później afrykańska we wspomnieniach wizyta na Północy. Majowe rekolekcje w podtoruńskim zamku i ślub młodych przyjaciół. Ślubów w sumie było trzy (na których byliśmy), było też parę chrztów i pogrzebów. Życie... Czasem w biegu, zwłaszcza na ulicy, czasem w podróży, na przykład do walijskiego smoka. Pierwsza komunia Ani i prezent z niej samej, w postaci pobytu u nas. Oprócz Ani parę osób się przez nasz dom przewinęło, na przykład Andrzej i Szyszylce (wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi). Był też nieplanowany półmaraton w Warszawie i planowany w Brukseli. Wrześniowy rejs na Cykladach i ostatnia tego roku, listopadowa dwudziestka. I tak nadszedł grudzień i kolejny rok zatoczył koło.

źródło: trojca.waw.pl

sobota, 31 grudnia 2016

Kameruński przedsylwester

Przyjechali, przywitali się, piwo wypili. Były też krewetki w fajnym sosie ze smażonymi plantanami. Czego chcieć więcej? Nic, tylko się przyłożyć i zażyć sjesty po mało przespanej nocy w samolocie. Wieczór, kolejne piwo, zameldować się rodzinie. I przychodzi noc. Afrykańska, ciepła. Ale nie parna. Harmattan wszystko osuszył i wychłodził. Do tego stopnia, że poranne słońce, bladoróżowe, z trudem przebija się przez pustynne opary.

Przedostatni dzień roku. Ze względu na trwające wakacje szkolne, msza jest przesunięta o godzinę. Później śniadanie (jajecznica z wkładką, pomidory z czerwoną cebulą, awokado, czosnek, imbir, chleb i kawa). Potem wszyscy rozchodzą się do swoich prac. Chłopaki z Jackiem na budowę, dziewczyny do kuchni. Obierają z igieł jeżozwierza – tego jeszcze nie jedliśmy. Ale to chyba dopiero na jutro lub pojutrze. Podobnie jak żywy jeszcze pancernik, który popołudnia nie doczeka. Afryka to nie jest miejsce dla walczących o prawa zwierząt. Tutaj zwierzę ma prawo jedynie do życia dopóty, dopóki człowiek nie zdecyduje o jego przeznaczeniu. Najczęściej w garnku lub na ognisku a ostatecznie w żołądkach. Owo krótkie życie hodowlanego zwierzaka jest niestety godne pożałowania... Dopóki jednak będą ten kontynent trapić poważniejsze problemy społeczne, zdrowotne i środowiskowe mało kto będzie przejmował się ginącymi gatunkami. W parę dni czy lat tego nie zmienimy...

Próbujemy zająć dzieciaki rysowaniem, co zazwyczaj się udaje. Będzie wprawdzie lawina próśb, a to o słonia, a to o węża, a to o psa lub krokodyla. Furorę jednak zrobią chińskie napisy do pokolorowania. Tak zleci prawie pół dnia, aż padnie hasło wyjazdu do miasta, na coroczny festyn „Ya-Fe” (od „Yaounde en fete”). Pojadą tylko wybrani; nie wnikamy w kryteria. Maluchy i parę starszych dziewczyn. Toyota Land Cruiser będzie przez godzinę prawdziwym wesołym autobusem, ćwiczącym śpiewy na Sylweestra. Jak zwykle przed jakimś świętem, dojazd do centrum to masakra. Kilka kilometrów jedzie się godzinę. Mimo szumnych zapowiedzi (na niektórych mapach droga z Yaounde do Douali jest oznaczona jako autostrada), wydaje się przybywać jedynie pojazdów a ubywać asfaltu. Ale czego oczekiwać w kraju, którego prezydent większość roku przebywa w szwajcarskich klinikach i hotelach. Po drodze typowe, afrykańskie widoczki: kilkunastoletnia Toyota klepana na nówkę („Szpachla, szpachla i jeszcze raz szpachla!”) Ślady po młotku zapełniają całe drzwi, obok, w rynsztoku czekają czyjeś kozy. Tu i ówdzie zapraszają protestanckie wspólnoty, o tak charakterystycznych nazwach jak „Przebudzenie narodów”, „Centrum odpuszczenia grzechów”, „Ośrodek prawdziwej Ewangelii” czy „Kościół ostatniej trąby”. Dojeżdżamy w końcu na miejsce o estetyce wiejskiego odpustu. Konie przybrane w pseudoorientalne szaty, na których można sobie zrobić zdjęcie. Stoiska i namioty z tak czasami absurdalnymi (jak na Afrykę) ofertami, jak środki na odchudzanie czy narzędzia do wymyślnego obierania warzyw. Każde oczywiście z ogromnymi głośnikami, bo przecież afrykańska impreza bez decybeli się nie obejdzie. Krążymy z dzieciakami po tłumie przedstawiającym wszystkie grupy etniczne Kamerunu. Od czekoladowych, okrągłych twarzy z Południa, po wysmukłe i ciemne mieszkanki Północy. Kolejki do karuzeli i dmuchanych zamków na dwie godziny; szukamy czegoś do jedzenia. Wypadło na szwajcarską restaurację, tuż pod ogromnym głośnikiem. Ale dla tej ryby z grilla i szaszłyczków, popitych Mützigiem, warto było. Po powrocie do domu już niewiele nam się chce. Jest prawie 22, ciemno od czterech godzin. Trzeba się wyspać przed jutrzejszą imprezą.