środa, 14 września 2016

Słodkie małmazyje

"Oj spijałeś Ty w niebie, spijałeś
słodkie małmazyje..."
pastorałka "Oj, maluśki, maluśki"

Tak jak było planowane, w kolejną żeglarską przygodę ruszamy do Grecji. No, może nie do końca zgodnie z planami. Pierwotnie miały to być Sporady, ze Skiathos i Skopelos. Tam nakręcono film "Mamma mia!" z  Meryl Streep, Pierce'm Brosnanem i Colinem Firthem. Jednakże pomysłodawcy się z planów wycofali i pozostało knuć bardziej klasyczne kierunki, z bazą w Atenach. Od Michała (kapitana tego rejsu), mamy namiary na rodzinną firmę czarterową, która zachowała się jak należy gdy inna dała ciała. Już pierwsze kontakty z Giannisem potwierdzają zasłużoną, doskonałą opinię o nim i jego firmie. "Jeśli chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć, to tu masz namiary na polskich skipperów, którzy u mnie pracują. Niech Ci opowiedzą co i jak." No to się dowiadujemy, opinia się jak najbardziej potwierdza. Załoga zebrana, tylko jechać.
Późnowrześniowe Ateny witają nas słońcem i ciepłem, chociaż w olinowaniu trochę wyje. Oj, musiało się meltemi rozwiać na Egejskim... Giannis odradza żeglugę na Cyklady. Aż tak ambitni nie jesteśmy, chociaż chcemy płynąć w nocy, żeby za pierwszym etapem przebyć jak najdłuższą drogę. Sobota wieczór, udajemy się na Mszę. Naszą, katolicką. Niby zwyczajny ryt łaciński, ale i tak Ο λογος του Κυριου robi wrażenie. Oddajemy cumy i wychodzimy z tłocznej Alimos Marina na równie tłoczne wody Zatoki Sarońskiej. Przejście TSS-a (ruch prawie jak w Cieśninie Kaletańskiej) i już po zmroku pomału posuwamy się wzdłuż brzegów Peloponezu. Mijamy Aeginę, Methanę, Poros i Hydrę - nasze przystanki w drodze powrotnej. Wraz z nadejściem dnia wiatr słabnie, i potężna skała Monemwazji zdaje się wcale nie przybliżać. Docieramy tam po południu, próbując stanąć w marinie. Jednakże grecki skipper rosyjskiej załogi wita nas taką wiązanką, że nie rozumiejąc słów (później się dowiemy, że malakka nie ma bynajmniej nic wspólnego z mlekiem...) wiemy, że nie jesteśmy tu mile widziani. Chyba zahaczyliśmy o jego kotwicę... Odchodzimy na drugą stronę skały, do starej kei promowej. Trochę będzie w nocy bujać, ale z dodatkowymi cumami powinniśmy wytrzymać.


Monemwazja zwana jest czasem Gibraltarem Wschodu. Potężna skała, połączona wąskim przesmykiem z lądem stałym. Na szczycie ruiny miasta bizantyjskiego, po południowej stronie - wąskie uliczki miasta z czasów weneckich. Samochody zostają przed murem, w samym miasteczku jest miejsce tylko dla pieszych i osiołków. Kiedyś było to bardzo ważne miejsce na mapie śródziemnomorskiego handlu. Stąd wywożono dalej ciężkie, słodkie wino, od nazwy tego miejsca nazwane małmazją. To były owe słodkie małmazyje, które zamiast łez mógł Jezus pijać w Niebie - jeśli wierzyć ludowej pastorałce... My też nieźle się najedliśmy i napili.


Nazajutrz kolejny etap. Płyniemy na północ, wzdłuż brzegu Peloponezu, w głąb Zatoki Argolidzkiej. Na noc chcemy stanąć w zatoce Kiparissi. Niestety, keja zajęta... a jakże, przez Rosjan. Spod salingów powiewa czerwony sztandar oraz bandera Krasnowo Fłota. "Zainspirowani" tym widokiem, dołożymy potem w wysłuchiwanej piosence "Na niebie księżyca sierp" słówko "...i młot". Próba stanięcia longside przy malutkiej kei opodal kapliczki o mały włos nie kończy się uszkodzeniem łódki. Rozkołys jest silny i fala jak nie łupnie jachtem o beton... Na szczęście uderzenie przyjęły na siebie odbijacze i listwa odbojowa (Giannis powie później że od tego ona jest i nie potrąci nam za to z kaucji). Rzucamy kotwicę i robimy kolację. No, chcieliśmy zrobić, ale... nie mamy wody. Niby jest jeszcze jeden pełen zbiornik, ponad 200 litrów, ale nie przełączyliśmy w porę zaworu i rury się zapowietrzyły. Cóż, jakoś przetrwamy do rana, kiedy ruszymy pontonem po chociaż 5-10 litrów...


Woda zdobyta, śniadanie zjedzone, humory dopisują. Ruszamy na drugą stronę zatoki, na wyspę Spetses. Po drodze pierwsza kąpiel na pełnym morzu, z asekuracją koła ratunkowego na linie. Prawie wszyscy się odważają, ha! Spetses słynie z tradycyjnie wykonywanych łodzi, które odegrały ważną rolę w walce o wyzwolenie spod tureckiej okupacji w XIX wieku. Mała Spetses wystawiła nieproporcjonalnie dużą w stosunku do swej wielkości flotę, o czym dzisiaj przypominają stare armaty na murach i duma mieszkańców. Udaje nam się znaleźć wolne miejsce w głębi portu, stajemy rufą za pierwszym razem, mimo bocznego wiatru. Niestety, oficer kotwiczny zapomniał włączyć windę a i skipper mu o tym nie przypomniał, stajemy zatem bez kotwicy z dziobu. Unieruchamiamy go podwiązując się do sąsiedniej łódki, z załogą... a jakże, rosyjską! Odnajduje nas właściciel restauracji, zaprasza na kolację obiecując darmowe wino i darmowe goszczenie kapitana. No, jak tu nie skorzystać! Fajny lokal, nad samą wodą. Ryba w stylu Spetses okazuje się być ciepłą wersją naszej ryby po grecku. Dobre, ale nic specjalnego. Furorę robi za to saganaki - smażony ser feta z miodem. Mmmmmm!!!


Rosjanie już popłynęli, więc bez cum dziobowych nie ma co dłużej tu stać. Wychodzimy z zatoki, w cieśninę, i kierujemy się na Hydrę (o której już kiedyś pisałem). Po drodze krótka nauka (lub powtórzenie, dla niektórych) podstawowych węzłów: wyblinki, ratowniczego, szotowego. Jest trochę plątaniny i zabawy, zwłaszcza przy próbie symulacji warunków sztormowych. Trasa tego dnia była krótka, więc jesteśmy w malowniczym porcie Hydra dość wcześnie. Na tyle, że zajmujemy ostatnie wolne miejsce przy kei miejskiej, wciśnięci między łódki wycieczkowe, rybackie i zaopatrzeniowe. Większość jachtów cumuje do falochronu naprzeciwko, kolejne rufą do ich dziobów, kolejne... tak samo. Każdy rzuca z dziobu kotwicę, więc można sobie wyobrazić, jakie złożone wzory łańcuchy tworzą na mulistym dnie. Na szczęście Hydra ma Pantelisa - żywą legendę tego miejsca, faceta jakby żywcem wziętego z zespołu ZZ Top. Leci malakka za malakką, ale pomaga każdemu. Później, przy piwie, każdemu też opowie inną historię swego życia.


Hydra jest specyficzna - jedynymi pojazdami są tu trzy śmieciarki, nie ma nawet wszechobecnych w basenie Morza Śródziemnego motocykli czy skuterów. Cały transport odbywa się na osłach, które cierpliwie noszą cegły, dywany, oliwę czy okna. Przyglądają się temu stada leniwych kotów, czekających przy sprawiających nocny połów rybakach. Na pewno jakieś resztki zostaną, warto zaczekać. My niestety nie czekamy, powoli nasz rejs dobiega końca. Czas kierować się ku Atenom.



Po drodze jednak będzie jeszcze kolejna kąpiel w morzu i postój na Poros, oddzielonej wąską i płytką cieśniną od stałego lądu. Stajemy (teraz już prawidłowo, z kotwicą) rufą do kei, jednak z.. pozostawionym grotem. "Macie postawiony żagiel, tak nie zacumujecie" - mówią stojący na brzegu Niemcy. Uniesieni dumą mówimy półgębkiem "Co??? My nie zacumujemy? MY??" No to zacumowaliśmy. Przyszedł pan, pobrał opłatę i dał kod do prądu i wody. W międzyczasie odwiedza nas Michail, proponując kolację w swojej restauracji. "Widzę", mówi, "że płyną Polacy łódką od Giannisa. Ale jakąś taką dziwną banderę mają..." Tym razem pod salingiem z dumą podnosimy miniaturową flagę Wielkopolski, w kształcie średniowiecznej chorągwi, z orłem króla Przemysła II. Na kolację pójdziemy, a jakże! Tym bardziej, że wino gratis, kapitan nie płaci i tak dalej. Kolejny udany wieczór w Grecji.




Przedostatni dzień rejsu, chcemy stanąć na nocleg w zatoczce u południowego brzegu Eginy. Niestety, za mocno wieje i faluje, miejscowi odradzają to kotwicowisko. Rzut oka w locję i płyniemy kilka mil dalej, pod zawietrzny, północny brzeg. Piszą, że można zakotwiczyć u wejścia do płytkiego (niecałe 2 metry!) portu, chociaż wydaje się ciasno. Ale nic to, stajemy, robimy kolację, jemy, pijemy, śpiewamy i tańczymy. Mała udowodniła, że nawet na stoliku w kokpicie się da. 


Rano, jeszcze przed wschodem słońca, po raz ostatni podnosimy kotwicę i wracamy do Aten. Wschód słońca nad wzgórzami Attyki i dodatkowa godzina u wejścia do portu - akurat na śniadanie. Giannis nie ma jeszcze dla nas miejsca, musimy poczekać. Już po dopłynięciu czas na pamiątkowe zdjęcie na trapie. Skipper chce szybko to załatwić, za szybko... Poślizgnąwszy się na omszałym betonie wpada do wody, na szczęście o cumy i muringi nie zawadzając. Na powierzchni został tylko jego kapelusz. Cóż, jak na bardzo udany i bezpieczny rejs, to chyba niewielkie wydarzenie, które trudno nazwać nieszczęśliwym, prawda? Rozjeżdżamy się do domów, umawiając na kolejne morskie przygody. Może tym razem na zimniejszych, pływowych wodach? Norweskie fiordy i Lofoty czekają!

niedziela, 11 września 2016

Bokrijk, czyli niedziela w Atomicach

"Trochę nam trudno było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce jakoś szczególnie licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz też któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świergotem swoim słowa nasze tłumił."
 
Sławomir Mrożek, "Wesele w Atomicach"
 
Miał być niedzielny wypad na wrzosy niedaleko Houthalen, w belgijskiej Limburgii. Zmienna, atlantycka pogoda jednak nie zawiodła i deszczem oraz szarugą od rana nas obdarzyła. Zatem plany skorygować trzeba było i na drugą stronę autostrady się udaliśmy, do skansenu w Bokrijk. Bardzo ładnie położony, wśród pól, lasów, strumyków i sztucznych stawów. Jest gdzie urządzić ekspozycję złożoną z budynków charakterystycznych dla niderlandzkojęzycznych regionów Belgii: Kampiny, Flandrii Zachodniej i Wschodniej oraz Hesbanii. Sama Belgia jest niewielka, Flandria to jej połowa, jednakże nawet na tak małym terenie widać zróżnicowanie wiejskiej architektury. Poza tym skansen żyje: tu i ówdzie przechadzają się zwierzęta (świnie, owce, kozy, osły, krowy, króliki i kury), zatem do wrażeń wizualnych dochodzą słuchowe i zapachowe. Tak, tak pachniała wieś, jaką pamiętamy z dzieciństwa. Ten nieokreślony, domowo-stodołowy zapach, złamany nutą ziela i sadu, z towarzyszącym mu brzęczeniem pszczół. Dla nas to część naszego doświadczenia, naszego życia. Prawdopodobnie dla większości zwiedzających, w naszym wieku i młodszych, jest to coś równie odległego jak XVII-wieczne manufaktury.
 
Mijane zagrody żyją. Odziani w tradycyjne stroje pracownicy (wolontariusze?) prezentują wymierające zawody i rzemiosła: przędzenie wełny na kołowrotku, tkanie na krośnie, kowalstwo, rymarstwo czy stolarkę. Przy ścieżkach stoją też wiejskie, maryjne kapliczki, jakich ciągle pełno na belgijskiej wsi. Mapka wskazuje też, że w centrum odtworzonej wioski jest też kościół. Przychodzi mi do głowy, czy i tam prezentowane jest wymierające rzemiosło kapłaństwa... Odpowiedź przyjdzie za parę godzin, ale o tym za chwilę.
 

Spokój wiejskiej sielanki przerywa narastający grzmot. Burza? Nie, samoloty. Klucz wojskowych F-16 Komponentu Powietrznego Sił Zbrojnych Belgii. Lecą piękną taflą, widoczne Sidewindery i inne JASSM-y. Robi się jakoś nieswojo, chociaż właśnie wakacje na wsi, w dzieciństwie, też pełne były tych odgłosów. Żeby tylko takich: do dziś pamiętam huk, towarzyszący przekraczaniu bariery dźwięku przez poczciwe MiG-i 21. Przypomina się przerabiane w szkole, znakomite opowiadanie Mrożka. Tam, w Atomicach, odrzutowce zalęgły się za stodołą i znacznie życie hukiem swym utrudniały. Podobnie jak tutaj. Również zwiedzający, w letnich strojach i krótkich spodenkach, ze smarfonami i na wskroś współczesnymi umysłami, pasują do odwiedzanej ekspozycji jak owe "patenty z dziedziny biochemii" w malowanym kufrze panny młodej. No ale w końcu po to takie miejsca są. Coraz mniej ludzi będzie widzieć w nich, jak my, echa własnej przeszłości.
 

Dzień ma się ku końcowi, zaraz zamykają. Zaglądamy jeszcze do centrum wsi, gdzie szkoła i kościół. W szkole co godzinę były inscenizacje lekcji w dawnym stylu. W kościele... Dzwoni sygnaturka. Przed urządzony w trydenckim stylu (krucyfiks, tablice ołtarzowe, świece) ołtarz, wychodzi siwy i pomarszczony "ksiądz" (a może rzeczywiście nim jest?), w komży i birecie. Intonuje "Magnificat", a obecni "wierni" spoglądają po sobie z uśmieszkami, jakby chcieli powiedzieć "Ale czad! Jak w starych filmach!" "Ksiądz" wchodzi na ambonę i całuje stułę. Zaczyna "kazanie". "Witajcie! Teraz podnosimy prawą rękę... WSZYSCY! ...i od czoła: "W imię Ojca..." Tak, nabożeństwo, przeżywanie chrześcijaństwa i religijne gesty traktowane są jak obrzędy z przeszłości, część wiejskiego życia na równi z podkuwaniem koni, darciem pierza i warzeniem piwa. Skoro co godzinę odtwarzana jest lekcja w dawnej szkole, kucie podków, tkanie szali lub pieczenie chleba, to czemu nie kazanie w dawnym kościele?
 

Zamykają skansen, zwiedzający opuszczają "wieś". F-16 poszły spać, znów jest cicho i sielsko. Wyjeżdżamy, ostatni gasi światło. Chyba obydwoje myślimy o tym samym. O tym, że tradycja to nie tylko rzemiosło, ubiór czy architektura. Jej nieodłączną częścią, częścią wiejskiej tradycji i kultury w całej Europie, była też (jest?) żywa wiara, o której świadczą chociażby wszechobecne w skansenie krucyfiksy i święte obrazy na ścianach domostw oraz przydrożne kapliczki. Dziś już coraz częściej tylko element krajobrazu, coraz częściej też nieakceptowany, zostawiony na zmarnowanie, zapomniany. Jaka będzie Europa za kolejne 50 lat? Co będą oglądać w skansenach następne pokolenia, jakie rzemiosła i rekonstrukcje obrzędów oglądać? Ciekawe... Chociaż... Czy naprawdę jestem tego ciekaw?

Historie krótkiego życia

"Każdy dzieciak to osobna historia, mówię Ci. O, na przykład ta mała. Jak pewnie zauważyłeś, bardzo lubi się przytulać. Cóż, nigdy nie zaznała tego ze strony swojej matki, która zmarła w zeszłym roku. Nie wiadomo, czy w ogóle ją pamięta i kojarzy. Ojciec zmarł parę miesięcy temu, ale on nigdy się nią nie interesował. Teraz to my jesteśmy jej rodziną."

"Tak, ten mały cwaniak to jej brat, ale oczywiście po innym ojcu. Raczej nie widać u nich obydwojga więzi typowych dla rodzeństwa. Zresztą, gdzie i kiedy miałyby się one wykształcić? On jest zresztą wyjatkowy, niestety w złym tego słowa znaczeniu. Pierwszy do michy, ostatni do miotły, powiedziałabym. Zawsze na uboczu, chociaż nie aż tak bardzo jak tamten..."

"O, ten to dopiero jest element! Nawet nie wiesz, co zdarzyło mi się wyciągać mu z ust. Jak chomik, używa buzi jako kieszeni. A jego ulubionym miejscem są okolice kubła na śmieci - po prostu zawsze tam coś ciekawego dla siebie znajdzie. Taki trochę żyjący w swoim świecie, niepasującym do końca do tego, który go otacza. Co zrobić? Będziemy go ubierać, żywić i kształcić - a co wyjdzie to Bóg jeden wie..."

"Za to ten trochę starszy nam się udał. Wiesz, że w swojej szkole na ponad pięciuset uczniów jest w pierwszej piątce? Naprawdę bardzo inteligentny a przy tym pracowity i grzeczny. Jak go zapytasz, to wymieni Ci wszystkie stolice świata! O, na flagach też się zna? No widzisz. Mamy z niego pociechę, chociaż się tak nie zapowiadało. Gdy do nas dotarł musiał z nami spać, taki był przerażony i wygłodzony. Dosłownie walczyliśmy o jego przeżycie... Mówię Ci, co dzieciak to historia."

"Ten wysoki, co tak zapodaje na bębnach... Uciekł nam kiedyś, myśląc, że w Douali złapie Pana Boga za nogi. A tu życie jest okrutne. Jesteś sam, bez rodziny i wsparcia - giniesz... Jak uciekł, tak wrócił. Wybaczyliśmy mu, bo dokąd ma pójść? Wzięliśmy go jako kilkulatka wprost z ulicy. Nigdy nie miał domu, rodziców nie znał. Ulica i jej mieszkańcy byli dla niego domem i wzorcem życia. Nic dziwnego, że był taki nieufny. Trochę mu to do dzisiaj zostało, ale da się zauważyć postęp. To zresztą całkiem fajny chłopak."

"Podobnie jak tamten. Mówisz, że wygadany i ciekawy? Oj tak, zwłaszcza po nocy w pokojach dziewczyn. Ale co się dziwić, skoro mieszkał z jakąś ciotką, która co noc miała innego. I to wszystko w jednym pomieszczeniu... To są niewyobrażalne rany na psychice i nie wiadomo, czy będzie on mógł nawiązywać normalne relacje. Mamy nadzieję, że tak - w końcu codziennie jemu i innym pokazujemy, że inne, normalne życie jest możliwe."

"Musisz mówić w jej kierunku, niech widzi Twoje usta. Tak, ona nie słyszy. Myśleliśmy, że to wskutek fizycznego urazu po pobiciu przez matkę. Okazało się, że nie słyszała od urodzenia, tylko rodzina jakoś późno to załapała. Od niedawna ma aparat słuchowy, wreszcie dobrany jak należy. Tylko, że teraz słyszy wszystko i nie ma pojęcia co to jest... Czy szelest torby jest odgłosem świerszczy czy upadającego talerza? Co znaczą dźwięki wydawane przez innych? I tak dalej... Musimy ją uczyć prawie jak niemowlę. Przy tym jednak jest zdolna i pracowita. Jak mówi ojciec Darek - jedyna, która na żonę się nadaje."

"Tak, co dzieciak to historia. Najczęściej niewesoła, wręcz tragiczna. Zresztą, gdyby ich życie było normalne i spokojne, to nie trafiliby tutaj. Niektórzy mają rodziców (dużo powiedziane - raczej "mają matki"), ale wolą być tutaj. Z jednej strony to przykre, ale z drugiej jest to dowód na to, że robimy dobrą robotę. Dzięki Wam oczywiście! Dziękuję w ich imieniu - Wasze wsparcie pozwala na nowo pisać ich historię. Życia tutaj, w tym domu, szkoły, studiów i późniejszego dorosłego życia. Przynajmniej ich dzieci nie będą powtarzać tej samej drogi. Taką mamy nadzieję..."




środa, 7 września 2016

Najmniejsza Msza, czyli pierwszy raz na drugą stronę

Trochę doświadczenia jako załoganci, tu i ówdzie, już mamy. Spróbowaliśmy również samodzielnego prowadzenia jachtu, chociaż było to zaledwie kilka godzin. Przyszedł więc czas na poważniejszy sprawdzian: pierwsze samodzielne przejście Morza Północnego. No, może nie całego, ale Kanał Angielski (zwany przez profanów La Manche ;-) też już to nie jest. W każdym razie ląd zniknie nam z oczu a cała nawigacja i odpowiedzialność za jacht i załogę będzie w naszych rękach.


Tym razem portem wyjściowym będzie belgijski Nieuwpoort, w zachodniej części tego niewielkiego (zaledwie 60-parę km) wybrzeża. Port typowo jachtowy (bardzo duża marina) i rybacki, więc tym razem nie grozi nam opóźnienie z powodu ruchu dużych statków. Chcemy wyjść już wieczorem, ale pani z firmy czarterowej mówi: "Hm, właściwie to macie jacht dopiero od jutra rana... Ale spójrzcie, tam, obok budynku klubowego. To jest samochód mojego szefa. Gdy zniknie..." Tutaj wymownie przewraca oczyma i rozkłada ręce. Pojmujemy :-) Dlatego gdy tylko auto znika, oddajemy cumy i zatankowawszy paliwo wychodzimy długim kanałem wyjściowym w morze. Jest niska woda, więc na osuchach mnóstwo ptactwa układającego się do snu. Większość załogi też pójdzie spać, zostanie tylko dwuosobowa wachta. Skład załogi prawie taki sam jak poprzednio. Brakuje jedynie Dominika, którego poprzednio zmarnowało i zmoczyło do tego stopnia, że do dzisiaj zarzeka się, iż na morze to on nigdy w życiu. Może kiedyś, z dziećmi barką po kanałach i rzekach...


Wiatru tyle co nic, więc płyniemy na silniku. Niby otwarte morze, ale świateł pełno: boje, stawy, statki, wiatraki i platformy. Cały czas coś z różnych kierunków w różnych kolorach miga. Jest to na swój sposób uspokajające, bo wiesz, że gdzieś tam, całkiem niedaleko, są ludzie. Na oceaniczną samotność przyjdzie jeszcze czas. Na razie coraz bliżej TSS-a, ruchliwej morskiej autostrady. Najpierw sznur statków z lewej burty. Byle bezpiecznie wpakować się w lukę między nimi. Potem "pas zieleni" i sznur statków w drugą stronę, z Morza Północnego w kierunku Cieśniny Kaletańskiej, Kanału, Biskajów i Atlantyku. Później będzie już spokojniej: tylko rybacy, nieliczne jednostki zmierzające do Londynu lub wzdłuż wschodniego wybrzeża Anglii. Powoli mija noc; pierwsza na morzu pod moim dowództwem. Wraz z kolejnymi godzinami dnia (jest już sobota, 7 maja 2011 roku) robi się coraz płyciej i gęściej: wiatraki, boje, platformy. Wśród nich bliźniacze wieże Roughs Towers - opuszczonej platformy przeciwlotniczej z czasów II wojny światowej. W bliższej nam przeszłości zasłynęły jako terytorium samozwańczego Księstwa Sealandii, ciekawego eksperymentu pewnego wariata.


Zza mgieł wyłaniają się powoli dźwigi portu w Felixtowe, po lewej, na półwyspie, położone jest Harwich. My popłyniemy jeszcze godzinę, korzystając z przypływu, w górę rzeki Orwell. Zbieżność z autorem "1984" nieprzypadkowa - mieszkał on w tej okolicy i zauroczony rzeką przyjął jej nazwę za swój literacki pseudonim. Przy nabrzeżu w Felixtowe ogromne kontenerowce - zapewne rozładowują przybyłe z Chin towary... Przemysłowe krajobrazy szybko znikają, ustępując sielankowym widokom angielskiej prowincji. Mijamy Pin Mill - mekkę tradycyjnych, płaskodennych łodzi używanych niegdyś na Tamizie. Przyjdziemy tu pieszo, wzdłuż rzeki, z mariny w Woolverstone - naszego celu.


Podobno żeglarze dzielą się na tych, co osiedli kiedyś na mieliźnie i na tych, którzy wstydzą się o tym mówić. Ja nie osiadłem (na razie), chociaż raz niewiele brakowało, ale ze wstydem przyznaję się do beznadziejnie wykonanego podejścia do kei w Woolverstone właśnie. Za szybko, za nerwowo, bez pomyślunku, z mnóstwem błędów. Na szczęście nic nie uszkodziliśmy a w cumowaniu pomogli ludzie na kei (zawsze wśród żeglarzy można liczyć na pomocną dłoń). Szybkie odświeżenie się, zameldowanie i możemy wyruszać. Wzdłuż rzeki, malownicza ścieżka, wiedzie przez około 2-3 km do wspomnianego Pin Mill, gdzie mieści się polecany przez wszystkich Butt&Oyster - XVII-wieczny pub. Poza piwem serwuje też znakomitą kuchnię: ryby, owoce morza, steki etc. Obowiązkowy punkt wizyty zawijających tu żeglarzy z "drugiej strony" (Belgii, Holandii czy Francji), dumnych z pokonania "wielkiej wody". Wychylamy oczywiście kilka ale i zamawiamy fish and chips. Bez tego nie ma wizyty w Anglii :-) W doskonałym nastroju wracamy po ciemku na jacht.


Nazajutrz jest niedziela. Mając w załodze księdza nie musimy się martwić o najbliższy katolicki kościół (o który niełatwo w protestanckim kraju). Będziemy mieć Mszę w mesie, najmniejszą w której przyszło mi uczestniczyć (celebrans i pięcioro wiernych). Pomyśleć, że zaledwie tydzień temu byliśmy chyba na największej w życiu - Mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II w Rzymie, w co prawie dwumilionowym tłumie... Oprócz strawy duchowej, nasz kapelan dba także o tę fizyczną, racząc nas iście marynarskimi porcjami sałatek, ziemniaków i marynowanych śledzi w różnych smakach. Tak dobrze jeszcze nie było i chyba długo nie będzie...


Reszta niedzieli schodzi nam na zwiedzaniu Ipswich, w górze rzeki. Nie musząc się przejmować rozkładem jazdy wiejskich autobusów, podpływamy tam naszą "Pintatoe". Miasto całkiem ładne i ciekawe; w miejscowym kościele znajdujemy polonika: obraz Jezusa Miłosiernego i kopię Ikony Jasnogórskiej, zawieszone z inicjatywy stowarzyszeń weteranów II wojny światowej. Czas wracać, zaraz zacznie się odpływ i przydałoby się wykorzystać sprzyjający prąd. Opuszczamy gościnną i malowniczą Orwell, rozszerzającą się w kierunku swego ujścia. Ponownie Harwich, kontenerowce w Felixtowe i kurs na Belgię. Drugi trochę marudził na słaby wiatr ("Ech, przydałby się jakiś sztormik"). No to dostał - jako jedyny miał na swej wachcie... deszcz. Kolejne potwierdzenie starej prawdy, że lepiej nie narzekać na cisze ("Lepszy jeden sztorm niż wielodniowa cisza"). Niejeden tak mówił  a potem żałował... Nam trochę dmuchnie, na tyle aby trochę pożeglować, ale nie na tyle, aby nas na tym dmuchu zawieźć do domu. Nic, odpalamy znowu katarynę.



Kolejna noc na morzu, TSS i statki. Ranek, mielizny belgijskiego wybrzeża, wejście do Nieuwpoort. Łódka (był to Sun Odyssey 37) się sprawdziła, firma (West Coast Sailing) nie bardzo... Dostaliśmy bowiem jacht bez kotwicy i tratwy ratunkowej a na pytanie o banderę, pani dała nam nową, jeszcze zafoliowaną, mówiąc "A, zawieście sobie sami". Dzisiaj chyba bym się nie zgodził wziąć łódki bez tego, podstawowego przecież (tratwa i kotwica), wyposażenia. Ale cóż, człek był kiedyś młody i głupi. Trzeba to leczyć zdobywając nowe doświadczenia. Gdzie? A choćby za pół roku, w Grecji :-) Do zobaczenia zatem na pokładzie!


czwartek, 1 września 2016

Uśmiechnięta twarz stolicy

Parę miesięcy temu pisałem o swoich wrażeniach z majowego pobytu w Polsce. Zauważyłem wtedy, między innymi, pewną ponurość i zindywidualizowanie wśród biegających po Parku Skaryszewskim w Warszawie ludzi. Czy była to prawdziwa twarz Warszawy, Polski i Polaków? Teraz nie jestem już pewien... Może po prostu jesteśmy na tyle złożeni i skomplikowani, że różne maski do nas pasują? Ale do rzeczy.

Zaczęło się niewinnie, od wiszącej na drzwiach do klatki schodowej kartki. Zawarty tam komunikat ostrzegał o czasowym zamknięciu ulic na czas BMW Półmaratonu Praskiego. Pomyślałem "Czemu nie?", chociaż nie miałem teraz takiego startu w planach. Szybkie wejście na stronę internetową, rejestracja (dwa dni przed była jeszcze możliwa!) i... można jechać na wesele. Tak, wesele dwojga młodych znajomych w podwarszawskim hotelu, urządzonym w stylu sienkiewczowskiej Trylogii. To też była uśmiechnięta twarz młodej Polski. Ale wracając do Warszawy...

Z mieszkania przyjaciół, gdzie wspomnianą kartkę przyuważyłem, na linię startu przy Stadionie Narodowym jest około 2 kilometrów. W sam raz na rozgrzewkę. Im bliżej startu tym w parku gęściej i coraz bardziej żółto. Żółto, gdyż taki kolor miały koszulki uczestników biegu, zawarte w pakiecie startowym. Przebieżki, podskoki, wymachy i rozciągania. Przejście do swoich stref startowych, gromkie oklaski dla startujących na wózkach. 8:45, lecimy.

Nie dać się sprowokować do szybkiego biegu, bo to wykończy. Pomału, mamy czas. Pierwsze 8-9 km w cieniu, Grochowską, Aleją Waszyngtona i malowniczymi uliczkami Saskiej Kępy. Pierwsza woda i banan. Przyda się, bo porządnego śniadania nie było. Przy trasie dopingujące rodziny, panie z Urzędu Dzielnicy Praga-Południe, pamiętający Powstanie starsi i młodzi z dwudziestką na początku PESEL-u. Bijący brawo, uśmiechnięci i wcale nie wkurzeni o zamknięte ulice i zmiany w kursowaniu autobusów i tramwajów. To na pewno Warszawa i Polska? Nawet pan z tabliczką "PiS to zło - samo zło" budzi pozytywne odczucia - w końcu może z taką tabliczką sobie stać i nikt go raczej nie będzie za to ścigał. Kurczę, jest lepiej niż w Brukseli. Na pewno pod względem organizacyjnym, ale rzuca się też w oczy inna różnica. Tam w ostatniej chwili zmieniono trasę, pewnie ze względów bezpieczeństwa. Również na mieście pełno policji i wojska w pełnym rynsztunku. Tutaj - jedynie patrole drogówki, pilnujące zamkniętych ulic i cierpliwie tłumaczące białoruskiemu kierowcy, jak ma się wydostać.

Gocław i dwupasmówka Wału Miedzeszyńskiego, koniec cienia. Zaczyna się patelnia, tempo siada. "Kto wygra? MISZCZ!" głosi tabliczka trzymana przez całą, kilkuosobową rodzinę. Ech, nie mnie dzisiaj zostać miszczem... Po cholerę było biec 13 km w piątek? Kryzys przychodzi około 16. kilometra, zwalniam do marszu na czas wypicia wody i izotonika. Po kilkuset metrach biegnę znowu, ale idzie o wiele ciężej. Widoczny od dłuższego czasu Narodowy zdaje się wcale nie przybliżać. Jeszce tylko 3 kilometry, jeszcze dwa. Zaniepokojona Żonka wydzwania, bo zapowiadałem się na mecie około 11:00, a tu czas będzie gorszy niż poprzednio...

Podbieg do Stadionu i Alei Zielenieckiej. Wracający, z medalami na szyki, głośno dopingują. "Dawaj, dawaj! Już prawie jesteś!" Chłód parku, ostatnie metry. Żonka i Ania na mecie - z trudem mnie potem znajdą sączącego "Cisowiankę". Ponad dwie i pół godziny, zatem bez rewelacji. Ale nie o wynik tu chodziło. Chciałem po prostu się przebiec i wziąć udział w zawodach w Polsce. Warto było. Chociażby dla doskonałej organizacji, super atmosfery i pogody oraz wszystkich tych uśmiechów po drodze: współzawodników, kibiców, przechodniów, przyjaciół. Jednak jakoś lubię to miasto. Do zobaczenia za rok na tej samej trasie!





czwartek, 18 sierpnia 2016

Chwała Trójcy, czyli ja wysiadam

Był poranek dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca, Roku Pańskiego dwa tysiące i dziesiątego, gdy dzielna załoga na nabrzeżu przystani w Morskiej Brugii się zameldowała. Kapitan, którego dzień ów świadkiem pierwszego samodzielnie prowadzonego rejsu miał być. Pierwsza, zawsze dzielnie mu towarzysząca, oraz dwie nie mniej dzielne, morskie niewiasty: Mała, imię Rodzicielki Najświętszej Panny nosząca oraz Fotograf, błogosławionym mianem wołana. Duchowe wsparcie Kapelan zacny zgodził się zapewnić, przez co na cześć jego banderę ze znakami kaznodziejskimi na maszcie podniesiono. Dwóch mężów cnych a odważnych skład załogi uzupełniało: Drugi, któren od dawna już o przygodach morskich marzył i Bosman, z nadwiślańskiej krainy królewskiego grodu się wywodzący.

Po korabia żaglowego odbiorze azaliż skrzyń i worków z wiktuałami zasztauowaniu, Kapitan załogę w arkana nawigacyjnej sztuki i przespiecznej żeglugi wprowadzić raczył. Z wypłynięciem jeno problem był wszelako, z powodu mlecznego zawoju, przez profanów mgłą zwanego, gęsto morze i ląd dnia owegoż zaścielającego. Około trzeciej jednak godziny wszystkich już tak na morza bezmiar gnało, iż Bogu swe dusze poleciwszy i cumy oddawszy, przy motoru terkocie ku wyjściu z portu się skierowali.

 

Korab ów żaglowy, "Chicą" zwany (co w mowie Iberów niewiastę młodą oznacza), strażnikom portu okrzyknąć się musiał. Ci jednakowoż dalej puścić go nie mogli, pierwszeństwo nawie ogromnej dając, która do wielkich żelaznych beczek smrodliwe ziemi wydzieliny przywiozła była. Wobec nadal widoczność utrudniającej mlecznej zawiesiny, nawet wytrawne oczęta Pierwszej niczego takiego dojrzeć nie mogły. W końcu przedzierające się przez mgieł woal porannego słońca promienie, lepszy na świat otaczający dały prospekt i załogi oczom zapowiadana nawa się ukazała. Nazwę dumną "Chwała Trójcy" dzierżąc, przez dwa stalowe pociągowe korabie wyciągana, na pełne morze się skierowała. "Chica" niezwłocznie jej kilwaterem podążyła, chcąc na upragnione szerokie wody wreszcie się wydostać.


Borealne Morza "Chicę" i jej załogę błękitem nieba i wody przywitały, do wesołego nawigowania zachęcając. Uśmiechnięta Fotograf wszystko magiczną sztuką obrazu utrwalania dokumentowała, stąd nawet po latach sześciu przebieg wypadków odtworzyć możemy. Mała, na urodę zadbanych dłoni nie zważając, za rudel chwyciła i korab przez fale przeprowadzać jęła. Nie wszystkie jednak z morskich bałwanów okiełznać się jej dały, gdyż jedna z nich, "dziadem" przez koronnych żeglarzy zwana, na pokład się dostała i morską boleścią złożonego Bosmana szpetnie szat suchości pozbawiła. Ów, zdarzeniem tym zrażony, pod pokład się udał, ust kątem "Ja wysiadam!" powiedzieć zdążywszy.

 
Dokąd jednak korab z załogą swą dzielną się udaje? Wszak nawigowanie dnia tego się zakończy, podróżą dłuższą nie będąc. Kapitan przed siebie wskazuje, wysokie kształty na horyzoncie oznajmiając. To wieże wietrznych młynów, na Blajowej Ławicy postawionych, które ramionami obracając w przemyślny sposób moc niewidzialną wytwarzają, wyziewów przy tym żadnych ni popiołów nie pozostawiając. Przed młynami zawróciwszy, "Chica" na powrót ku Morskiej Brugii dziób swój skierowała, gdyż dobrze już po godzinie szóstej było.

 

W ciągu dnia całego przebiegu ptactwo powietrzne pokład korabia odwiedzało, zapewne chcąc odpoczynku po męczącej morskiej podróży zaznać. Zmęczone, nijakiego moresu przed ludźmi nie czując, nawet na głowach i kończynach ich siadali. Załoga takowoż zmęczoną była i z minami tęsknemi widoku lądu wyglądała, na powrót czekając. Kapelan jeden nieumordowanym się wydawał, wyrobów masarskich co i rusz próbując i o chyżości dodaniu napomykając...


 

 

Wrócili wszyscy bezpiecznie, na kolejną wyprawę już się umawiając, bo przecież morze jest od tego, aby je przepłynąć. Ale to już w kolejnym roku nastąpi, gdy zimowych sztormów, wichrów i niepogody sezon minie.

środa, 10 sierpnia 2016

Ma(my) medal!

Flagę z pięcioma kółkami podniesiono, znicz zapłonął i rozpoczęło się miesięczne szaleństwo. Już pierwszego dnia media wielkimi nagłówkami krzyczały: "Mamy medal!" My, czyli kto? Przypomniała mi się karykatura z belgijskiego dziennika "Le Soir" z czasu igrzysk chyba w Pekinie w 2008 roku (a może w Londynie w 2012?) Przedstawiała zwycięską belgijską biegaczkę, robiącą rundę honorową w obstawie statystycznych Belgów: kłapiącego brzuszkiem pana i równie "usportowionej" pani. Obydwoje wysoko dzierżyli swoje "pochodnie", jakże charakterystyczne dla tego kraju: rożek frytek z majonezem i szklankę piwa "Jupiler".

Nie chcę umniejszać tutaj sukcesu Rafała Majki oraz innych polskich medalistów w Rio (chociaż na razie tylko ten jeden brązowy krążek wisi w polskiej skromnej kolekcji...) Zawsze też śledziłem wielkie imprezy sportowe, ceremonie otwarcia i zamknięcia, dekoracje medalami etc. W tym roku jakby mniej. Powodów jest kilka. Pierwszy z nich to brak telewizora. Tak, naprawdę nie mamy takiego sprzętu w naszym domu. Wiem, że to niebywałe w dzisiejszych czasach, ale wiem też, że nie jesteśmy w tym dziwactwie osamotnieni. Pozostaje oczywiście internet, ale jakoś tak nie ciągnie człowieka do oglądania zmagań innych. Powód drugi to niezbyt przyjemne oblicze współczesnego sportu zawodowego. Pogoń za wynikiem, doprowadzająca do zażywania niedozwolonych substancji i wypaczenia ideałów szlachetnej rywalizacji. Niebotycznie wysokie wynagrodzenia niektórych sportowców i sumy transferów. No i wreszcie całą ta komercyjna otoczka.

Jednak powód najważniejszy jest chyba we mnie. W tym, co we mnie zaszło w ostatnich miesiącach. Mianowicie sam stałem się - może nie od razu sportowcem - ale, powiedzmy, bardziej ruszającym się od przeciętnego Polaka czy Belga. Bo chyba jakieś 6-7 godzin ruchu (biegi, basen i siłownia) tygodniowo jest chyba powyżej przeciętnej. Zmagając się z własnymi słabościami, pokonując kolejne kilometry, metry czy kilogramy, blizej mi jakby do aktora niż widza w olimpijskim spektaklu. I to właśnie ten aktor startuje tam dla siebie i dla siebie zdobywa medale. Nie dla nas czy dla Polski (chociaż Polska, jako PKOl, związki sportowe, trenerzy i sponsorzy na pewno do wyników się przyłożyły). Dlatego MA medal: ona czy on. My się oczywiście możemy i powinniśmy z niego cieszyć, ale chyba lepiej inaczej zareagować. Kiedy ostatnio byłem na spacerze? Gdzie są moje kijki do nordic walking? Czy ten stary, zakurzony rower do czegoś się jeszcze nada? Hm, a może jednak by bardziej o siebie zadbać i tę okropną oponkę na brzuchu zgubić (albo przynajmniej zmniejszyć)? Odłożyć pilota a wziąć do ręki chociażby psią smycz.

Nie przekonałem do ruszenia się z kanapy? Wasz wybór. Siedźcie sobie dalej z Waszym piwem, chipsami, colą i frytkami, skacząc z tenisa na pływanie i z siatkówki na łucznictwo. Ja idę pobiegać.