sobota, 17 czerwca 2017

Z luksusu przez klasztor na korzenną wyspę

Skąd pomysł na Zanzibar? Ano Żonka przeczytała kiedyś książkę (podobno bestseller...) Doroty Katende "Dom na Zanzibarze". Autorka pisze o swoim zakochaniu się w Afryce, które w końcu zaprowadziła ją na tę tanzańską wyspę, gdzie zbudowała hotelik przy oceanicznej plaży. Rzeczywiście, chociaż książka nie powala stylem, to może do tego regionu zachęcić. Dolecieć tam łatwo, szczepień nie wymagają, wizę dają na lotnisku... Tylko planować!

Z pomocą przyszedł serwis fly4free.pl. Na początku tego roku pojawiła się tam oferta (pewnie błąd w systemie rezerwacyjnym, jak w większości przypadków) na Zanzibar właśnie. Już od 170 euro w dwie strony! I to akurat w okresie belgijskiego długiego weekendu. No to myk! Rezerwujemy, czekamy na potwierdzenie i szukamy hotelu. Nie decydujemy się w końcu na znany z powyższej książki "Vanilla House", bo pokoje tam nie mają własnych łazienek. Pojedziemy do pensjonatu o wdzięcznej nazwie Kizi Nyumbani Lodge w miejscowości o jeszcze wdzięczniejszej nazwie: Kizimkazi. Na południu Zanzibaru, gdzie koralowa rafa podchodzi najbliżej brzegu. Ma znakomite recenzje, położony jest na odludziu i ma tylko 3 pokoje. Przekonamy się na miejscu. Najpierw trzeba tam dotrzeć.

Jak można się domyślić, oferta w takiej cenie (zapłaciliśmy w końcu 220 euro za osobę) oznacza nie całkiem bezpośrednie połączenie. Z Brukseli bezpośrednio na Zanzibar lata TUI Fly, z przesiadką w Stambule dowiozą tam wszędobylskie Turkish Airlines. My polecimy z... Luksemburga. Luxairem do Monachium a następnie Oman Air przez Maskat. Na kameralne lotnisko w stolicy Wielkiego Księstwa docieramy bez problemów, po dwugodzinnej podróży samochodem. Parking tuż przy terminalu kosztuje 60 euro za tydzień - tyle, ile weekend w Charleroi... Mało ludzi przy odprawie, pani skrupulatnie sprawdza czy mamy wszystkie wizy (w Omanie tylko tranzyt, a na Zanzibarze dają na lotnisku). Im bliżej godziny wylotu, tym ruchliwiej robi się wewnątrz terminala. Jakieś 10 wylotów, sporo do Portugalii (Portugalczycy stanowią 10% mieszkańców Luksemburga), poza tym Niemcy, Grecja i Francja. Wreszcie się ładujemy, do naszego "odkurzacza" - turbośmigłowego Bombardiera Q400. Niewielki, 70-miejscowy. Lot na szczęście krótki, niewiele ponad godzinę. Mimo to dają kanapki i napoje, co pozytywnie nas zaskakuje. Lądujemy w Monachium, pierwszy (z samochodowym to drugi) etap podróży za nami.


Nazwa tego miasta pochodzi od benedyktyńskich mnichów, stąd wzmianka o klasztorze. Terminal międzynarodowego lotniska tamże z klasztorem jednak nie ma nic wspólnego. Jest dość funkcjonalny, ale nie najnowszy. Przydałoby mu się odświeżenie, w końcu to drugie pod względem wielkości ruchu pasażerskiego lotnisko w Niemczech. Sprawnie jednak przechodzimy z jednego terminalu na drugi i odnajdujemy stanowiska odprawy Oman Air. Ładna kolorystyka (branding) i stroje obsługi, wieje Orientem. Karty pokładowe już na nas czekały (nie mogli nam ich wydać w Luksemburgu). Mamy jeszcze prawie dwie godziny, zdążymy na kawę. Przed nami cała noc i pół dnia w podróży.


Na trasie Monachium-Maskat Oman Air lata Airbusami 330. Nasz ulubiony samolot na dalekie trasy - siedzenia przy oknie są podwójne, zatem nikt się obok nie przysiądzie. Maszyna nowa, na oko kilkuletnia. Bogata oferta rozrywki (obejrzę "Rogue One" i "Vaianę" - obydwa świetne!) i dobre jedzenie (kolacja i śniadanie). W załodze sporo Europejek, wyłapujemy nazwisko kończące się na -ova na plakietce. Dziewczyna zaskoczona naszym "dekuji" wdaje się w krótką rozmowę. Miło tak, mieć chwilę ludzkiego kontaktu a nie tylko "Kawa? Herbata? Duty free?" Sześciogodzinny lot mija szybko, za oknami już dzień i żółciobrązy arabskich pustyń. Poprzecinane i upstrzone tu i ówdzie plamami zieleni ostro przechodzą w głębokoniebieski ocean. Lądujemy w Maskat, stolicy Sułtanatu Omanu. Znajomi serdecznie polecają ten kraj na dłuższy, przynajmniej parodniowy pobyt. "Najprzyjemniejszy z krajów arabskich", powiadają. Może kiedyś... Teraz tylko przesiadka.


Międzynarodowy Port Lotniczy w Maskat nie dorównuje omańskim aspiracjom. Terminal mocno przestarzały, bez rękawów, do tego dość ciasny. Obok jednak wykańczany jest spory, nowoczesny obiekt, z dwoma pasami startowymi i 29 rękawami. Ma zostać oddany do użytku pod koniec 2017 roku i obsługiwać 24 miliony pasażerów rocznie - dwukrotnie więcej, niż obecny obiekt. Może nieduży, ale dobrze oznaczony, po arabsku i angielsku. Jest też kantor wymiany walut - kupujemy trochę dolarów i tanzańskich szylingów. W Kamerunie i Gabonie, największy nominał (10000 franków CFA, czyli jakieś 15 euro) wydawał mi się mały przy płaceniu większych sum. Najwyższy nominał szylinga tanzańskiego to 1000, czyli... 4 euro. Portfel, wypełniony banknotami ze słoniem i nosorożcem, ledwo się domyka.



Ostatni już przelot w tej podróży, Maskat-Zanzibar. Wychodzimy do autobusu i podjeżdżamy do samolotu. Jest przedpołudnie, powietrze uderza czterdziestostopniowym, suchym gorącem. Szybko chronimy się w klimatyzowanej kabinie. Boeing 737-800 nie jest może najwygodniejszą maszyną na każdą podróż dłuższą niż 2 godziny, ale co poradzić. Dobrze, że serwis - jak to w liniach znad Zatoki Perskiej - znakomity. Znów dobre jedzonko (dwa posiłki!) i filmy. Co by tu obejrzeć... Wybór pada na "Le Cafard" - belgijską produkcję, zrealizowaną w technice komiksu, opowiadającą o czasach I wojny światowej. Niemiecka okupacja w Ostendzie, dramat mieszkańców, belgijskie oddziały we Francji a później w Rosji, skąd uda im się wydostać z rewolucyjnej zawieruchy. Niby temat oklepany i tyle razy już widziany - ale jeszcze nigdy z perspektywy Belgów. Ciekawa opowieść, polecam.

Miejsca przy oknie na niewiele się zdają, bo równikowe okolice przykrywa całun chmur. Cóż, pora deszczowa. Na szczęście w Zanzibarze nie pada, bo terminal jeszcze skromniejszy niż ten w Maskat. Nawet jak na Afrykę - bardzo "kurnikowaty". Jako jedni z pierwszych wypełniamy deklaracje przyjazdowe, płacimy za wizy i dostajemy w paszporcie kolorowe naklejki. A, nie powiedziałem jeszcze: już od Luksemburga lecą z nami głośne dwie polskie dziewczyny, które szybko zyskują sobie u nas pseudonim "gwiazdy". Pewnie też skorzystały z tej oferty na fly4free ;-)

Wiza jest, można przejść dalej, po odbiór bagażu. Oczywiście żadnej karuzeli, walizki czekają sobie w kącie sali. Jeszce je prześwietlą i wychodzimy - wprost w afrykańską duchotę. Czeka na nas pan z kartką z moim nazwiskiem. Ma dla nas samochód z Zanzibar Express Car Rental, zarezerwowany zaledwie przed dwoma dniami. Bez większych ceregieli, odbieramy Toyotę RAV4 i tankujemy po drodze. Pan jeszcze nam wyjaśni, jak wyjechać z miasta (na czwartym rondzie w prawo!) i ruszamy w ostatni etap tej podróży. Przed nami cały Zanzibar wszerz do przejechania, prawie 80 km. Jedźmy zatem! Kizi Nyumbani Lodge czeka.


piątek, 16 czerwca 2017

Dwie dekady razem

"Jak to szybko zleciało! Jakby wczoraj. Chociaż... Chyba nie. To jednak kawał czasu." "Masz rację. To jest tak jak z przeżywaniem czasu i późniejszym jego wspominaniem. Jeśli nic się nie dzieje, nuda i w ogóle - to dłuży się niesamowicie, ale jak przyjdzie o takim dniu, tygodniu czy roku opowiedzieć - to o czym tu mówić? Minuta i zrelacjonowane. Co innego czas pełen wydarzeń - mija szybko, ale potem opowiadanie o nim czy chociażby wspomnienie w swoich myślach trochę zajmuje."

"To jak to było z nami, przez te 20 lat?" "Chyba nieźle. Weźmy chociażby ostatnie parę miesięcy, ten rok: Zaczęliśmy go w Yaounde, potem krótki wypad do Nigerii i powrót z przygodami do Europy. Później była moja nowa praca, ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Urodzinowe porwanie do Rumunii i chińska przygoda. Krótki wypad do Chorwacji (no wiem, byłem sam, więc nie całkiem się to liczy ;-)) i wspólne zapoznanie się z Turcją. A, i jeszcze po drodze warszawski półmaraton. Potem Wielkanoc w Polsce i pełen stresu powrót przez paskudne Schoenefeld. A to dopiero połowa kwietnia, przed nami były jeszcze rekolekcje, ślub Marysi, święcenia Przemka i Zanzibar. Oraz paszportowe przygody w ambasadzie Kamerunu."

"No tak... W dodatku dostaliśmy trójkę nowych dzieci do wychowania. Właściwie to czwórkę, bo Elsa określa się sama jako nasza córka. No i chyba też przyadoptowaliśmy Laurkę :-)" "Tak, Bóg nam w dzieciach wynagrodził. To nic, że w czarnych, dorosłych czy na odległość. Fajne są."

"No są. Ale czasami myślę o tych naszych, prawdziwych... Jakie by były, co by lubiły..." "No wiem. Pomyśl, że kiedyś wybiegną nam na spotkanie i będziemy wtedy w komplecie. Takie swoiste memento, że na tym świecie pełni szczęścia nie można osiągnąć..."

"Życie bez goryczy nie byłoby prawdziwe. Ale chyba nie mieliśmy jej zbyt dużo, prawda?" "No, może nie tak dużo, ale smak i radość popsuła na długo... Ster S.A., nie przez nas zawinione długi, życie na pożyczkach i od wypłaty do wypłaty..." "Wiesz, ale to też były cenne doświadczenia. Pozwalają na nabranie dystansu do stanu posiadania i lepsze zrozumienie innych. Zwłaszcza tych, którym się gorzej od nas powodzi. Syty głodnego nie zrozumie, powiadają. A my nie zawsze byliśmy tak syci i bezpieczni jak teraz..."

"Wiesz, najbardziej się chyba bałam, jak Cię wzięli na operację. Tak nagle, w nocy, nikt nie wiedział, co Ci jest. Nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby nie Ela i Michał..." "Ja miałem podobnie, jak musiałem Cię zostawić przed salą operacyjną dwa lata później. To wprawdzie było planowane i nic Ci nie groziło, ale to jednak otwarcie brzucha i narkoza. Gdyby nie Olga..."

"No właśnie. Z przyjaciółmi też nam się udało, prawda? Do dziś nie wiem, czemu ludzie (niektórzy, to prawda) nas tak lubią. I podziwiają. Czy my naprawdę jesteśmy jacyś wyjątkowi?" "Nie wiem. Może to, co dla nas jest zwyczajne i niewarte wzmianki, w ich świecie nie jest takie oczywiste? Nie raz zresztą się przekonaliśmy, że dobro zawsze wraca. Pewnie, nie dlatego, żeby kiedyś samemu tej pomocy doświadczyć, ale tak po prostu. Lepiej być dobrym niż zimnym cynikiem. Chociaż, jak mawiał mój dziadek, "Kto ma miękkie serce, powinien mieć twardą d...ę." "Widzisz, kluczem jest tu chyba bezinteresowność. Jak coś dla kogoś robisz nie z wyrachowania, tylko tak o, po prostu (niech tam, można to nazwać nawet górnolotnie miłością bliźniego), to nawet późniejsza niewdzięczność aż tak nie boli. Cóż, tylko słabymi ludzikami jesteśmy... Czasem jednak zaboli."

"Ano zaboli... Ale znacznie częściej doświadczamy czegoś pozytywnego, nie? Uśmiech dziecka,  zadowolonego z wakacji. Przytulenie, podziękowanie za odwiezienie na lotnisko... Nas przecież nieskończoną ilość razy odbierali i odwozili!"

"Zauważyłeś? Znowu mówimy o innych ludziach. Tak, jakbyśmy nie potrafili się określić bez odniesienia do kogoś... Nie możemy się oderwać, od wszystkiego co na zewnątrz i pobyć trochę sami?"

"Pewnie, że możemy. W końcu prawie cały nasz wspólny czas to czas we dwoje (nie licząc kota i owadziego drobiazgu)." "Uwielbiam tę naszą samotność we dwoje, jak to śpiewa Rynkowski. Wiesz, co jest w niej najlepsze? Jak to mówisz "milczenie razem". Słowa, hałas są niepotrzebne. Wystarczy nam nasza obecność, cos ciepłego do picia, dobra książka, mruczący kot na kolanach..." "To co, zrobić Ci kakałko i pomilczymy sobie razem?" "Kocham Cię!" "Ja Ciebie też! To idę zrobić."


wtorek, 4 kwietnia 2017

(nie)Przezorny Zawsze Umęczony

Największa z polskich firm ubezpieczeniowych jest od paru lat głównym sponsorem wiosennego, warszawskiego półmaratonu. Skrót jej nazwy rozwijany był w czasach siermiężnej, PRL-owskiej reklamy jako "Przezorny Zawsze Ubezpieczony". Hm, chyba tym razem nie chodziło o mnie...

Koniec marca, czyli teoretycznie przygotowania do biegu powinienem zacząć gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia. Wtedy było jeszcze nieźle: 45 minut a nawet 1:20 robiłem w tempie poniżej 6 min./km. Później jednak przyszedł wyjazd do Kamerunu (oczywiście ze sprzętem do biegania, a jak! :-) oraz szara i nieprzyjemna, europejska zima. Coraz częściej biegowe wyjście zastępował stacjonarny rowerek w ciepełku salonu. O siłowej zaprawie też tu i ówdzie się zapomniało. Potem była seria wyjazdów: Rumunia, Chiny, Chorwacja, Turcja... Pobiegało się tam i ówdzie, ale mało, sporo za mało! Do tego brak porządnego, długiego wybiegania...

Gdyby nie szczytny cel i motywacja oraz obecność Jacka, to nie wiem, czy w ogóle bym stanął na starcie. Wybitnie mi nie wyszła ta wiosna i ten bieg. Atmosfera jak zawsze świetna. Do tego znakomita organizacja, jak to w Polsce. Belgowie mogliby się uczyć, jak ogarniać takie imprezy. Start tym razem z samego centrum stolicy, sprzed Teatru Wielkiego. Zanim nasza grupa człapaków (ustawiamy się za "zającami" z czasem 1:55) tam dojdzie, minie dobre kilkanaście minut. Wreszcie mijamy linię startu, krótka prosta i skręt w Krakowskie Przedmieście, tuż przy Świętej Annie. Runtastic pokaże potem tempo na pierwszych kilometrach poniżej 6 min./km. To chyba mnie dobiło... Cóż, trzeci półmaraton (z dwudziestkami to piąty) nie upoważnia do pewności siebie. Zabrakło zwykłej pokory i dystansu do własnych możliwości...

Ale to będzie później. Na razie jest nieźle. Nowy Świat, palma, znajomy Plac Trzech Krzyży. Reprezentacyjne Aleje Ujazdowskie i zbawczy zbieg w dół, ku Łazienkom. Kojąca zieleń parku, robimy małe okrążenie, mijamy stadion Legii (grrrr!!!) i wbiegamy na Powiśle. Orkiestry, kibice, transparenty. Długi czas biegniemy razem ze 140-osobową biegnących charytatywnie "Spartan". Włócznie, hełmy, nagolenniki i tarcze. Czerwone płaszcze i weksylium. Brakuje tylko rytmicznego "A-uuu!"

Wreszcie woda, izotonik i banany. Przyda się wzmocnienie. Przed nami Most Świętokrzyski, wbiegamy na Pragę. Wśród współbiegaczy rzucające się w oczy grupy, jak "Szaleni Biegacze Szatana" czy "Biegające Wieprze". Dopiero połowa dystansu a już dwa razy musiałem przejść do spaceru... Okrążamy zoo, przed nami Rondo Starzyńskiego i zapowiadany podbieg pod Most Gdański. Nie taki wykańczający jak brukselska Avenue de Tervuren, ale też spowalnia. I to znacznie. Już wiem, że na pewno nie poprawię życiówki (2:11). Byle dobiec... Wisła, powrót na lewy brzeg. Stadion Polonii, ambasada Chin, Plac Krasińskich. Zdenerwowana Żonka wydzwania - za nieco ponad dwie godziny mamy samolot! Zdążymy, Kochanie... Postaram się przyspieszyć, aby w miarę wyglądać na mecie. Plac Teatralny, meta i medale. Jacek czeka już od dziesięciu minut. Miał dzisiaj powera że hej! Mało mu brakowało do zejścia poniżej dwóch godzin. Zaatakujemy następnym razem... Teraz trochę gimnastyki - przebieranie się na tylnym siedzeniu (chociaż to przestronny Passat) do najłatwiejszych nie należy. Ale dajemy radę. Głowa i serce powoli się uspokajają. Okęcie, terminal, hala odlotów. Kolejna przygoda przed nami, zupełnie niebiegowa. Ale buty i czysty strój zabieram, a jak! Od środy zaczynamy trenować przed kolejnym startem. Może na początku czerwca? Na pewno zaś na początku lipca. Tym razem wraz z częścią wodną i kolarsko-szosową. Oj, będzie się działo! ;-)




piątek, 3 marca 2017

Niespodziewanea wyjazdul

"Wiedziałam, że coś knujesz, ale nie wiem do końca co. O, jaka piękna kartka! Dziękuję! Bardzo oryginalna. Hm, powitanie, kolacja, powiadomienie. Potem szafa i pakowanie. No to już wiem. Ale dokąd? Tak, powiedz! Inaczej nie zasnę."

"Timisoara? Gdzie to w ogóle jest? Do żadnej Turcji nie jadę! Rumunia? Ale dlaczego? Skąd Ci to przyszło do głowy?"

To proste. Zbliżają się urodziny Żonki, to trzeba wyprawę uknuć. Jak przed rokiem do Donegal. Tym razem postanowiłem odpuścić nam Irlandię, aby znów nie trafić na wietrzną i deszczową pogodę. No to dokąd? Klucz jest prosty: 1) Dokąd można stąd bezpośrednio? 2) Na jaki kierunek są promocje? 3) Gdzie nas jeszcze nie było? Do tego najlepiej, aby godziny lotów nie były bladym świtem lub w środku nocy. Padło na rumuńską Timisoarę, 20 euro za dwie osoby tam i z powrotem. Lecimy!



Tytuł posta pomieszany jest wielce, bo końcówka -ea charakterystyczna jest dla rumuńskich rzeczowników i przymiotników rodzaju żeńskiego. Zaś -ul to postpozycyjny rodzajnik określony rodzaju męskiego, tak charakterystyczny dla tego języka. Pomieszanego, jak mało który: wybitnie romańska, przypominająca włoską (i trochę portugalską) składnia i gramatyka. Dźwięki podobne do słowiańskich, z dużą ilością słów, których nie trzeba tłumaczyć (morcov, visna, bogat czy veseli). Tu i ówdzie trąci greką (cunupida, ieftin), tureckim (corba) czy węgierskim (gulas). Tak samo pomieszane jest to miasto, leżące w historycznym Banacie - krainie wciśniętej między Węgry, Siedmiogród, Wołoszczyznę i serbską Wojwodinę. Węgierskie i serbskie restauracje, msze w katedrze po rumuńsku, węgiersku i niemiecku, lokalne stowarzyszenie Bułgarów.



"Całkiem łatwy ten rumuński. Gdy rozmawialiście z taksówkarzem, to wszystko rozumiałam." Tak, Kochanie. Bo to było po serbsku. Żona taksówkarza stamtąd pochodzi. Ludzie mili. Życzliwie reagują na próby porozumienia się po rumuńsku. Miastu słusznie nazywane jest Małym Wiedniem, z architekturą typową dla XVIII-XIX wiecznej Austrii. Kamienice, pałace i kościoły: prawosławne, katolickie i protestanckie. Oraz trzy synagogi, nieco zaniedbane. W ogóle niektóre budynki sprawiają wrażenie, jakby od czasów Ceaucescu nie były remontowane. Wiele z nich t architektoniczne perełki.




Pierwszy raz o Timisoarze usłyszałem w grudniu 1989 roku. W Polsce od kilku miesięcy mieliśmy już rząd Tadeusza Mazowieckiego, w aksamitny sposób z komunizmem żegnali się Czesi i Słowacy. Od ponad miesiąca Berlińczycy zapamiętale kuli młotkami w dzielący ich miasto Mur; Austriacy z Węgrami likwidowali zasieki na granicy. Timisoara, ze sporą społecznością węgierską i leżąca na tyle blisko granicy, że można tu było odbierać budapesztańską telewizję, wiedziała więcej od reszty Rumunii. Wciąż Socjalistycznej Republiki Rumunii, trzymanej twardą ręką klanu Ceaucescu i Securitate. Karne przeniesienie protestanckiego pastora, Węgra, działacza na rzecz praw człowieka, spowodowało spontaniczną manifestację pod jego domem. Na drugi dzień ludzi było już więcej, zaczęły pojawiać się okrzyki "Precz z Ceaucescu!" Nikt z miejscowych władz nie wiedział co robić, aż przyszły rozkazy z Bukaresztu: "Użyć wszelkich środków aby przywrócić spokój." Wyjechały czołgi, padły strzały, polała się krew.



W czasie rumuńskiej rewolucji przełomu lat 1989 i 1990 zginęło ponad 1000 osób. Pierwsze z ofiar, z Timisoary właśnie, zostały przez władze potajemnie skremowane. Prochy wrzucono do jakiegoś bunkra, rodzinom nic nie powiedziano. Symboliczny grób tych ludzi znajduje się w poruszającym Memoriale Rewolucji, urządzonym w byłych koszarach. Trudno tam trafić, jak zresztą do wszystkich ciekawych miejsc w tym mieście. Historia zimnej wojny, znane obrazki z Kennedym, Chruszczowem, Janem Pawłem II i Jaruzelskim. Kopie wydań "Wyborczej" i "Rzeczpospolitej" z tamtego okresu oraz wystawa o konwoju z pomocą dla Rumunii, który pod koniec grudnia 1989 wyruszył z Poznania. Flagi z wyzierającą pośrodku dziurą - miejscu, z którego wydarto komunistyczne godło Rumunii, z kłosami, gwiazdą i szybem naftowym, nie mające żadnego związku (oprócz kolorów flagi) z historyczną heraldyką tego kraju. Zdjęcia tych flag, powiewające nad tłumem manifestantów pokazują coś innego, niż brak wydartego symbolu. Przez dziurę widać ludzi. Tak, jakby chcieli przez nią wyjrzeć na świat i swobodnie oddychać. Memoriał Rewolucji - miejsce godne polecenia. Historia, jaką jednak dobrze pamiętamy.



Po wizycie w takim miejscu można z odpowiednim dystansem zwiedzić Muzeum Komunistycznego Konsumenta. Też ukryte, w bocznej uliczce, w suterenie wilii. Żadnych oznaczeń, tablic, drogowskazów. Jakieś tabliczki i napisy przy wejściu, jak do zwykłego domu. Na parterze bar. W pokojach sutereny zgromadzono i ocalono od zapomnienia sprzęty z lat 80-tych, 70-tych i pewnie też wcześniejszych. Książki, gazety, ubrania, przedmioty codziennego użytku. Z pokoju i kuchni. Wnętrza, jakie pamiętamy z dzieciństwa, chociaż produkty mieliśmy inne. A propos: w Rumunii obecny jest m.in. Tymbark.



Skoro o piciu i jedzeniu mowa. Kuchnia rumuńska, a Banatu w szczególności, jest mieszanką wpływów tradycji kulinarnych otaczających region krajów. Dużo mięsa, kapusty, ziemniaków i śmietany. Czasami w zaskakujących połączeniach i smakach oraz podane w słusznych ilościach. Popić można niezłym miejscowym piwem Timisoareana. A i zakończyć ucztę można rozpływającym się w ustach deserem, jak n.p. zapiekane naleśniki z twarogiem, przykryte ptysiową pianką z sosem malinowym. W sam raz na koniec karnawału. Oprócz restauracji, w mieście widać sporo barów i kawiarni, serwujących niedrogie kawy i drinki. Orientację w cenach ułatwia kurs leja, prawie identyczny (w stosunku do euro) ze złotówką. Ciekawostką jest fakt, że najwyższym nominałem w monecie jest 50 bani a 1 lej to już banknot. Polimerowy, czyli trwalszy od złotówek czy euro.



Jeśli zaś jesteśmy przy pieniądzach. Pierwszego dnia, zleckeważywszy środkowoeuropejską zimę, marznąc udaliśmy się do centrum handlowego Iulius Mall aby kupić jakieś czapki. Duże, z częścią gastronomiczną i kinową. Śmiało mogące się równać z poznańską Posnanią czy warszawską Arkadią. Nie to co belgijska nędza...


Małe zakupy, dużo spacerów. Ścieżka wzdłuż rzeki do nich zachęca. Musi tu być bardzo ładnie i przyjemnie wiosną i latem. Może kiedyś... Jednak serca nam, Timisoaro, nie skradłaś. Mimo to la revedere!




niedziela, 5 lutego 2017

Chwała na głębokości

Chwała na wysokości, chwała na wysokości
a pokój na ziemi.

Kolęda "Przybieżeli do Betlejem pasterze"


"Fajnie się z Wami płynęło, wtedy, na Północnym. Ale chcielibyśmy też kiedyś na jakichś cieplejszych wodach. Co, są w miarę tanie połączenia na Teneryfę?! No jasne, że lecimy! I płyniemy."

Miesiąc przed wyjazdem zmiana planów - mówiąca powyższe słowa okazała się być brzemienna. Jako że długo na to dziecko czekali oraz ze względu na to, że ciąża była zagrożona, okazało się to brzemienne w skutki. Dla niej przynajmniej, bo z wiadomych względów nie mogła płynąć. Jadą za to jej mąż i syn oraz tato. Zatem tym razem mamy pięcioosobową załogę, w wieku od lat 6 do 66. Będziemy, podobnie jak rok wcześniej, płynąć z Teneryfy. Tym razem z Radazul, na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy. Z lotniska Tenerife Sur-Reina Sofia jest kilkadziesiąt kilometrów, które pokonujemy liniowym autobusem do stołecznego Santa Cruz. Tam nocujemy w hotelu w centrum a na drugi dzień rano pozostałe 10 km dojedziemy taksówką. Marina i port wciśnięte pod wulkanicznym klifem. Jest kilka knajpek oraz kaplica, gdzie pójdziemy na sobotnią Mszę. Wcześniej jednak odbierzemy jacht, zrobimy zakupy i przywitamy się z resztą załogi, która dotrze tego dnia po południu.

Niedziela rano, wypływamy po śniadaniu. Żegluga lewym baksztagiem, pod kanaryjskim słońcem, nieco nas rozleniwi. Do tego stopnia, że prawie zapominamy o słynnej strefie przyspieszenia wiatru - zona de acceleracion. Nagły szkwał przechyla nas mocno. Całe szczęście, że najmłodszy z załogi przypięty był szelkami. Wypadł za burtę, ale uprząż go zatrzymała. Zmoczył się jednak do połowy i przestraszył nie na żarty. Później odkryjemy też, że latający z lewa na prawo bom tak zakręcił grotem, iż ten pozrywał fały do pokrowca. Na razie jednak walczymy z wiatrem i falą. Widok nadciągającego wodnego wału, wysokiego na jakieś 4 metry sprawia, że nogi się pod tobą uginają. Na szczęście łódkę obraca na powrót rufą do fali i żeglujemy. Szybko, trzeba przyznać. I tak wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Teneryfy, aż do Punta de Rasca. Mały przylądek z latarnią morską tworzy południowy róg wyspy, skręcamy na północny zachód. Po chwili wiatr gaśnie zupełnie - tak jest tu zawsze, gdy wieje pasat. Potężny masyw El Teide stanowi zaporę nie do pokonania. Odpalamy silnik i kontynuujemy żeglugę w stronę Gomery. Znów, jak przed rokiem ostatnia godzina nas wytrzęsie i wymęczy. To druga z najsilniejszych kanaryjskich akceleracji. Dmucha ostro jeszcze w samym porcie, za falochronem. W końcu cumujemy i możemy obejrzeć usterki. Rzeczywiście, pozrywało fały od pokrowca. Trzeba będzie wjechać na maszt, aby ponownie zamocować je do salingów. Któż ma to zrobić, jak nie skipper...




Po małych naprawach szukamy knajpki na kolację. Jak zazwyczaj na Kanarach, smacznie, przyjemnie i niedrogo. Nazajutrz bierzemy samochód (Opla Astrę) z niezawodnego Cicara i ruszamy po znajomej trasie na zwiedzanie wyspy. Lasy wawrzynowe Garajonay odetchnęły po zeszłorocznych pożarach i zachwycają prehistoryczną zielenią. Krajobraz zmienia się za każdym zakrętem, wolniutko objeżdżamy nie za dużą przecież wyspę. Wracamy do San Sebastian, nazajutrz kolejny dzień na morzu.





Uspokoiło się, nie wieje prawie wcale. Została jedynie dwumetrowa (za to dłuuuuuga) martwa fala. Na silniku kierujemy się w stronę powoli wynurzającej się zza horyzontu El Hierro. Nie udało się nam tam dotrzeć w zeszłym roku a osamotnienie i inność tej wyspy przyciąga. Tuż przed naszym wyjazdem zatrzęsło nią trochę - w końcu to zaledwie dwa lata po podmorskiej erupcji wulkanicznej pod La Restingą. Ale to przecież koniec grudnia, okres Bożego Narodzenia. Widać, nie tylko niebiosa ale i głębiny ziemi wychwalają Pana. Tak, jak potrafią: wstrząsami. Tych jednak na morzu nie czuć. Mamy za to gości: podpływa do nas i kilkanaście minut płynie z nami stadko delfinów. Trzymają się fali dziobowej, co chwila wynurzając się dla złapania oddechu, lub wręcz wyskakując nad powierzchnię wody. Niesamowite przeżycie. Odwiedzą nas też w drodze powrotnej.


Masyw El Hierro rośnie w oczach, kierujemy się na Puerto de la Estaca. To jeden z dwóch portów na wyspie. Przystań promowa, małe nabrzeże dla gości i bojki cumownicze dla miejscowego drobiazgu. Aż się prosi o porządną marinę z pontonami. Taka jest w La Restinga, na południowym krańcu El Hierro. Wszędzie stamtąd daleko, dlatego decydujemy się na Puerto de la Estaca. Blisko stąd do stolicy, Valverde, i innych ciekawych miejsc na wyspie. Miejsca w porcie sporo, oprócz nas tylko jeden jacht z niemiecką załogą. Cumujemy burtą do nabrzeża wznoszącego się jakieś 3-4 metry nad nami. Potrzebne będą długie cumy, tym bardziej, że w nocy przyjdzie odpływ i nie poluzowawszy liny w porę prawie na niej zawiśniemy...




Jest późne popołudnie 31 grudnia 2013 roku. Pora szykować sylwestrową zabawę. Nie przypuszczamy wtedy, że kolejny rok będziemy witać w tym samym miejscu... Północ, parę petard, tu i ówdzie odgłosy świętujących. Estaca ma niewiele ponad 100 mieszkańców, trudno spodziewać się jakiejś hucznej fiesty. Przynajmniej się wyśpimy. Nazajutrz dzwonimy po kolei do firm wynajmujących samochody. Albo nikt nie odbiera, albo nic nie mają wolnego. W końcu odzywa się firma taksówkarska z Valverde, która oferuje również zwiedzanie wyspy. Jest nas jednak pięcioro, więc chwile potrwa znalezienie większego samochodu i kierowcy doń. Zjawia się około południa, bierze 20 euro za godzinę. Ustalamy trasę i ruszamy. Na początek do Mirador de la Pena, zaprojektowanego przez... a jakże! Cesara Manrique! Jak wszystko, co na Kanarach oryginalne i funkcjonalne. Widok na prawie kilometrowej wysokości urwisko El Golfo zapiera dech w piersiach. To nic, że nie utworzyła go jakaś potężna erupcja a zwykłe osuwisko. Jest pięknie w swym dramatyzmie. Podjeżdżamy jeszcze na kolejny punkt widokowy (mirador). Tu jest trochę wyżej, ponad 1000 m n.p.m. Zalegamy w chmurach, widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Przepaść El Golfo ginie w mlecznej zawiesinie, jedziemy więc dalej, na El Cumbre. To prawie najwyższy punkt wyspy, jest trochę chłodniej niż na dole. Łazimy trochę po lesie wawrzynowym (podobnym do tego z La Gomery). Jest nieziemsko. Bardzo nam się tutaj podoba, na pewno jeszcze wrócimy. Zjeżdżamy w kierunku El Pinar, drogą meandrującą poprzez sosnowy las. Zmierzamy w kierunku pól lawowych na południu El Hierro. Lawa typu pahoehoe tworzy jęzory skalnego budyniu; wydaje się, jakby zastygły przed kilkoma dniami. Tymczasem to pozostałości erupcji sprzed 300-400 lat...







Wracamy do Estaca, starą drogą przez San Andres. Jest niesamowicie zielono. Taka trochę Irlandia (tym bardziej, że pastwiska pełne krów i owiec), tyle, ze z wulkanami. Wygasłych (czy aby na pewno?) stożków jest na El Hierro kilkaset. Zatrzymujemy się jeszcze przy legendarnym drzewie Garoe, świętym miejscu Bimbaczów - rdzennych mieszkańców wyspy. Rosnące w skalnej rozpadlinie drzewo zbierało (i zbiera) wilgoć z przelatujących na tej wysokości chmur. Wilgoć się skrapla i spływa strużkami w dół, tworząc małe jeziorka w skalnych zagłębieniach. Dla Bimbaczów było to niepojęte i nadprzyrodzone, dlatego otaczali to drzewo czcią. My nie podchodzimy do tego miejsca z taka nabożnością, więc nas pokarało... Jedyna wśród nas dziewczynka traci równowagę na mokrym, trawiastym zboczu i koziołkuje kilkanaście metrów w dół. Na szczęście skończy się na paru siniakach, brzydkich wprawdzie, ale kości pozostają całe.




El Hierro było gwoździem tego rejsu. Teraz już tylko wracamy. Nadal nie wieje, więc na silniku płyniemy w stronę Teneryfy. Znów odwiedzają nas delfiny a my korzystamy z tropikalnej temperatury i kąpiemy się w oceanie, który w tym miejscu ma ponad 3 kilometry głębokości. Nie ma zatem obawy, można skakać na główkę! Już po zmroku docieramy do znajomej mariny w Las Galletas. Tym razem żaden szkwał nie zakłócił nam cumowania. Przywiązujemy się i idziemy na zasłużoną kolację do portowej knajpki. Spotkamy tam polsko-szwedzkie małżeństwo na wakacjach.




Ostatni dzień rejsu, musimy wrócić do Radazul. Znów przeprawa przez akcelerację, tylko tym razem pod wiatr i falę. Niełatwo, ale dajemy radę. Port macierzysty, tankowanie do pełna, zdajemy łódkę a synek, tata i dziadek wyjeżdżają aby zdążyć na swój samolot. My zostaniemy jeszcze na łódce do jutra a na Kanarach jeszcze przez tydzień. Ale Fuerteventura to temat na kolejną, dłuższą opowieść. Już nie żeglarską, chociaż z żeglarzami i trochę też o żeglarzach. Cóż, będąc na wyspach nie sposób o morzu zapomnieć. Fajne te Kanary :-)

sobota, 4 lutego 2017

Się (nie) dzieje

Wróciliśmy do domu. Na tyle wcześnie, że łapiemy się na poranną Mszę i śniadanie. Dzień mija leniwie, w końcu trzeba odespać całonocną podróż. Nie wiadomo kiedy robi się popołudnie. Nic się nie dzieje, dzień jak co dzień w Foyer Saint Dominique. Każdy robi swoje. Dzieciaki swoje obowiązki, Jacek kończy zbijać tablicę, dziewczyny z Mańką, jej mamą i Epi krzątają się przy kuchni, my się snujemy. Popołudniowy różaniec przerywa przybycie siostry Alicji i dwóch marianów z misji w Obala, na północ od Yaounde. Pojedziemy z nimi do dominikanek na wieczorne kolędowanie. Ale to temat na osobną opowieść.


Piątek, Trzech Króli. Zanim zaczniemy przygotowania do popołudniowej Mszy, małe umęczenie ciała. Korzystam z orbitreku ojca Darka. Stoi po wschodniej stronie domu, więc akurat teraz tu świeci słońce. Ale na szczęście przemyślna konstrukcja budynku zapewnia cień przynajmniej nad głową. Depczemy 45 minut, wystarczy. Później pomęczymy dzieciaki. Rok temu nauczyły się "Wśród nocnej ciszy", więc teraz spróbujemy z "Mędrcami świata". Wygląda to tak: mendr tsy chvia ta mon nar kho vie etc. Zdolne są i śpiewać lubią, więc łapią szybko.


Aby młodsze nie czuły się zaniedbane, wyciągamy kredki i kartki i rysujemy. Oczywiście, to będzie bardziej łażenie w tę i we w tę, z prośbami: a to o słonia, a to o psa, a to o węża i co tam tylko przyjdzie im do głowy. "Dobra, masz tu słonia, ale teraz nie przychodź, zanim go nie pokolorujesz!" Kochane są, ale męczą też trochę. Na szczęście kończą się kartki. Ciekawe, jak długo by rysowały gdyby ich zasoby były nieskończone... Popołudnie, jak co dzień ciśnienie spada. Krótka drzemka przed koronką do Miłosierdzia Bożego i Mszą. Świąteczną, wszak to dziś Objawienie Pańskie. Epiphanie, tak jak imię naszej Epi. Będzie imieninowy tort, ale to dopiero wieczorem.


Dla Afrykańczyków liczy się gest i rytuał. Dlatego o wiele większą frekwencją cieszą się Msze i nabożeństwa w Popielec czy Triduum Paschalne niż, dajmy na to, Pasterka. Na Pasterce wszak nic się nie dzieje. Ot, Msza jak każda inna - tyle, że o północy. A tam, to ho ho! Popiół sypany na głowę, celebrans myjący wiernym nogi i leżący krzyżem przed ołtarzem, grzechotki zamiast dzwonków, świeca zanurzana w wodzie. O, to musi mieć znaczenie! To się liczy, tu się coś dzieje! Jest gest, jest rytuał - to na pewno bardzo wielkie czary. Dlatego warto przyjść na Mszę w Popielec i dać się obficie posypać tym popiołem. Na wsiach misjonarze przygotowują go całe wiadra. Tak, ojcze, syp! Byle dużo. To przecież na pewno działa.


Ojciec Darek wsypuje sporą garść soli do wody, którą następnie poświęci i skropi każde pomieszczenie w domu. Dostanie się nawet łazience. Idący za nim Boris zmazuje "6" i pisze "7". A właściwie to dopisuje koleją kreskę do rzymskich cyferek. Kolejny rok, kolejna data. Po Mszy kolacja i świętowanie: i Trzech Króli, i imienin Epi. Dzieciaki oglądają "Leona Zawodowca", my częstujemy się ciastem oraz piwem. Oczywiście, nie zabraknie "Sto lat".


Siódmy stycznia, sobota. Po śniadaniu jedziemy na targ a potem na targ pamiątek. Trzeba kupić parę gadżetów na kolejny festyn w Brukseli. Przebitka na cenie kilkakrotna a zysk w całości pójdzie oczywiście na nasze dzieci. "Panowie, nie pchajcie się! Tak, obiecuję: zajrzymy do każdego sklepiku, każdego z Was odwiedzimy! Tak, pamiętam, że "piątka". Oczywiście, zajrzę do Ciebie. Piątka, pamiętam. Numer pięć, wiem. Ale jesteśmy dopiero przy 22... Ej, jak będziesz taki namolny to zapomnę, jak wygląda pięć, zrozumiano?" W jednym ze sklepików miła niespodzianka: "Salaam! A to nie Wy byliście w zeszłym roku w Kribi?" Tak, drogi Aboubakri! Co u Ciebie słychać? A, dziękujemy. U nas też w porządku. Następnym razem może wreszcie odwiedzimy Cię w Bafoussam? Do miłego!

Wracając z targu zahaczamy o bar w targowej dzielnicy. Byliśmy tam podczas naszego pierwszego tu pobytu. Widzę, że mają w lodówce nigeryjskie piwo "Orijin". Orzeźwiające, o ziołowym smaku. Do tego szaszłyczki z mięsa, cebuli i wątróbki z grilla oraz grillowane "flaki" (czyli wołowy żołądek, z którego u nas robi się zupę o niezbyt zachęcającej nazwie) z ostrym pimentem do smaku. Wracamy do domu. Dosyć na dziś. Zmęczeni jesteśmy, chociaż przecież tak naprawdę nic się nie działo. Dzień jak każdy inny. Codzienność Foyer Saint Dominique, Yaounde i Kamerunu. Nie dzieje się, a jednak dzieje. Czasem nawet sporo.