niedziela, 5 lutego 2017

Chwała na głębokości

Chwała na wysokości, chwała na wysokości
a pokój na ziemi.

Kolęda "Przybieżeli do Betlejem pasterze"


"Fajnie się z Wami płynęło, wtedy, na Północnym. Ale chcielibyśmy też kiedyś na jakichś cieplejszych wodach. Co, są w miarę tanie połączenia na Teneryfę?! No jasne, że lecimy! I płyniemy."

Miesiąc przed wyjazdem zmiana planów - mówiąca powyższe słowa okazała się być brzemienna. Jako że długo na to dziecko czekali oraz ze względu na to, że ciąża była zagrożona, okazało się to brzemienne w skutki. Dla niej przynajmniej, bo z wiadomych względów nie mogła płynąć. Jadą za to jej mąż i syn oraz tato. Zatem tym razem mamy pięcioosobową załogę, w wieku od lat 6 do 66. Będziemy, podobnie jak rok wcześniej, płynąć z Teneryfy. Tym razem z Radazul, na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy. Z lotniska Tenerife Sur-Reina Sofia jest kilkadziesiąt kilometrów, które pokonujemy liniowym autobusem do stołecznego Santa Cruz. Tam nocujemy w hotelu w centrum a na drugi dzień rano pozostałe 10 km dojedziemy taksówką. Marina i port wciśnięte pod wulkanicznym klifem. Jest kilka knajpek oraz kaplica, gdzie pójdziemy na sobotnią Mszę. Wcześniej jednak odbierzemy jacht, zrobimy zakupy i przywitamy się z resztą załogi, która dotrze tego dnia po południu.

Niedziela rano, wypływamy po śniadaniu. Żegluga lewym baksztagiem, pod kanaryjskim słońcem, nieco nas rozleniwi. Do tego stopnia, że prawie zapominamy o słynnej strefie przyspieszenia wiatru - zona de acceleracion. Nagły szkwał przechyla nas mocno. Całe szczęście, że najmłodszy z załogi przypięty był szelkami. Wypadł za burtę, ale uprząż go zatrzymała. Zmoczył się jednak do połowy i przestraszył nie na żarty. Później odkryjemy też, że latający z lewa na prawo bom tak zakręcił grotem, iż ten pozrywał fały do pokrowca. Na razie jednak walczymy z wiatrem i falą. Widok nadciągającego wodnego wału, wysokiego na jakieś 4 metry sprawia, że nogi się pod tobą uginają. Na szczęście łódkę obraca na powrót rufą do fali i żeglujemy. Szybko, trzeba przyznać. I tak wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Teneryfy, aż do Punta de Rasca. Mały przylądek z latarnią morską tworzy południowy róg wyspy, skręcamy na północny zachód. Po chwili wiatr gaśnie zupełnie - tak jest tu zawsze, gdy wieje pasat. Potężny masyw El Teide stanowi zaporę nie do pokonania. Odpalamy silnik i kontynuujemy żeglugę w stronę Gomery. Znów, jak przed rokiem ostatnia godzina nas wytrzęsie i wymęczy. To druga z najsilniejszych kanaryjskich akceleracji. Dmucha ostro jeszcze w samym porcie, za falochronem. W końcu cumujemy i możemy obejrzeć usterki. Rzeczywiście, pozrywało fały od pokrowca. Trzeba będzie wjechać na maszt, aby ponownie zamocować je do salingów. Któż ma to zrobić, jak nie skipper...




Po małych naprawach szukamy knajpki na kolację. Jak zazwyczaj na Kanarach, smacznie, przyjemnie i niedrogo. Nazajutrz bierzemy samochód (Opla Astrę) z niezawodnego Cicara i ruszamy po znajomej trasie na zwiedzanie wyspy. Lasy wawrzynowe Garajonay odetchnęły po zeszłorocznych pożarach i zachwycają prehistoryczną zielenią. Krajobraz zmienia się za każdym zakrętem, wolniutko objeżdżamy nie za dużą przecież wyspę. Wracamy do San Sebastian, nazajutrz kolejny dzień na morzu.





Uspokoiło się, nie wieje prawie wcale. Została jedynie dwumetrowa (za to dłuuuuuga) martwa fala. Na silniku kierujemy się w stronę powoli wynurzającej się zza horyzontu El Hierro. Nie udało się nam tam dotrzeć w zeszłym roku a osamotnienie i inność tej wyspy przyciąga. Tuż przed naszym wyjazdem zatrzęsło nią trochę - w końcu to zaledwie dwa lata po podmorskiej erupcji wulkanicznej pod La Restingą. Ale to przecież koniec grudnia, okres Bożego Narodzenia. Widać, nie tylko niebiosa ale i głębiny ziemi wychwalają Pana. Tak, jak potrafią: wstrząsami. Tych jednak na morzu nie czuć. Mamy za to gości: podpływa do nas i kilkanaście minut płynie z nami stadko delfinów. Trzymają się fali dziobowej, co chwila wynurzając się dla złapania oddechu, lub wręcz wyskakując nad powierzchnię wody. Niesamowite przeżycie. Odwiedzą nas też w drodze powrotnej.


Masyw El Hierro rośnie w oczach, kierujemy się na Puerto de la Estaca. To jeden z dwóch portów na wyspie. Przystań promowa, małe nabrzeże dla gości i bojki cumownicze dla miejscowego drobiazgu. Aż się prosi o porządną marinę z pontonami. Taka jest w La Restinga, na południowym krańcu El Hierro. Wszędzie stamtąd daleko, dlatego decydujemy się na Puerto de la Estaca. Blisko stąd do stolicy, Valverde, i innych ciekawych miejsc na wyspie. Miejsca w porcie sporo, oprócz nas tylko jeden jacht z niemiecką załogą. Cumujemy burtą do nabrzeża wznoszącego się jakieś 3-4 metry nad nami. Potrzebne będą długie cumy, tym bardziej, że w nocy przyjdzie odpływ i nie poluzowawszy liny w porę prawie na niej zawiśniemy...




Jest późne popołudnie 31 grudnia 2013 roku. Pora szykować sylwestrową zabawę. Nie przypuszczamy wtedy, że kolejny rok będziemy witać w tym samym miejscu... Północ, parę petard, tu i ówdzie odgłosy świętujących. Estaca ma niewiele ponad 100 mieszkańców, trudno spodziewać się jakiejś hucznej fiesty. Przynajmniej się wyśpimy. Nazajutrz dzwonimy po kolei do firm wynajmujących samochody. Albo nikt nie odbiera, albo nic nie mają wolnego. W końcu odzywa się firma taksówkarska z Valverde, która oferuje również zwiedzanie wyspy. Jest nas jednak pięcioro, więc chwile potrwa znalezienie większego samochodu i kierowcy doń. Zjawia się około południa, bierze 20 euro za godzinę. Ustalamy trasę i ruszamy. Na początek do Mirador de la Pena, zaprojektowanego przez... a jakże! Cesara Manrique! Jak wszystko, co na Kanarach oryginalne i funkcjonalne. Widok na prawie kilometrowej wysokości urwisko El Golfo zapiera dech w piersiach. To nic, że nie utworzyła go jakaś potężna erupcja a zwykłe osuwisko. Jest pięknie w swym dramatyzmie. Podjeżdżamy jeszcze na kolejny punkt widokowy (mirador). Tu jest trochę wyżej, ponad 1000 m n.p.m. Zalegamy w chmurach, widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Przepaść El Golfo ginie w mlecznej zawiesinie, jedziemy więc dalej, na El Cumbre. To prawie najwyższy punkt wyspy, jest trochę chłodniej niż na dole. Łazimy trochę po lesie wawrzynowym (podobnym do tego z La Gomery). Jest nieziemsko. Bardzo nam się tutaj podoba, na pewno jeszcze wrócimy. Zjeżdżamy w kierunku El Pinar, drogą meandrującą poprzez sosnowy las. Zmierzamy w kierunku pól lawowych na południu El Hierro. Lawa typu pahoehoe tworzy jęzory skalnego budyniu; wydaje się, jakby zastygły przed kilkoma dniami. Tymczasem to pozostałości erupcji sprzed 300-400 lat...







Wracamy do Estaca, starą drogą przez San Andres. Jest niesamowicie zielono. Taka trochę Irlandia (tym bardziej, że pastwiska pełne krów i owiec), tyle, ze z wulkanami. Wygasłych (czy aby na pewno?) stożków jest na El Hierro kilkaset. Zatrzymujemy się jeszcze przy legendarnym drzewie Garoe, świętym miejscu Bimbaczów - rdzennych mieszkańców wyspy. Rosnące w skalnej rozpadlinie drzewo zbierało (i zbiera) wilgoć z przelatujących na tej wysokości chmur. Wilgoć się skrapla i spływa strużkami w dół, tworząc małe jeziorka w skalnych zagłębieniach. Dla Bimbaczów było to niepojęte i nadprzyrodzone, dlatego otaczali to drzewo czcią. My nie podchodzimy do tego miejsca z taka nabożnością, więc nas pokarało... Jedyna wśród nas dziewczynka traci równowagę na mokrym, trawiastym zboczu i koziołkuje kilkanaście metrów w dół. Na szczęście skończy się na paru siniakach, brzydkich wprawdzie, ale kości pozostają całe.




El Hierro było gwoździem tego rejsu. Teraz już tylko wracamy. Nadal nie wieje, więc na silniku płyniemy w stronę Teneryfy. Znów odwiedzają nas delfiny a my korzystamy z tropikalnej temperatury i kąpiemy się w oceanie, który w tym miejscu ma ponad 3 kilometry głębokości. Nie ma zatem obawy, można skakać na główkę! Już po zmroku docieramy do znajomej mariny w Las Galletas. Tym razem żaden szkwał nie zakłócił nam cumowania. Przywiązujemy się i idziemy na zasłużoną kolację do portowej knajpki. Spotkamy tam polsko-szwedzkie małżeństwo na wakacjach.




Ostatni dzień rejsu, musimy wrócić do Radazul. Znów przeprawa przez akcelerację, tylko tym razem pod wiatr i falę. Niełatwo, ale dajemy radę. Port macierzysty, tankowanie do pełna, zdajemy łódkę a synek, tata i dziadek wyjeżdżają aby zdążyć na swój samolot. My zostaniemy jeszcze na łódce do jutra a na Kanarach jeszcze przez tydzień. Ale Fuerteventura to temat na kolejną, dłuższą opowieść. Już nie żeglarską, chociaż z żeglarzami i trochę też o żeglarzach. Cóż, będąc na wyspach nie sposób o morzu zapomnieć. Fajne te Kanary :-)

sobota, 4 lutego 2017

Się (nie) dzieje

Wróciliśmy do domu. Na tyle wcześnie, że łapiemy się na poranną Mszę i śniadanie. Dzień mija leniwie, w końcu trzeba odespać całonocną podróż. Nie wiadomo kiedy robi się popołudnie. Nic się nie dzieje, dzień jak co dzień w Foyer Saint Dominique. Każdy robi swoje. Dzieciaki swoje obowiązki, Jacek kończy zbijać tablicę, dziewczyny z Mańką, jej mamą i Epi krzątają się przy kuchni, my się snujemy. Popołudniowy różaniec przerywa przybycie siostry Alicji i dwóch marianów z misji w Obala, na północ od Yaounde. Pojedziemy z nimi do dominikanek na wieczorne kolędowanie. Ale to temat na osobną opowieść.


Piątek, Trzech Króli. Zanim zaczniemy przygotowania do popołudniowej Mszy, małe umęczenie ciała. Korzystam z orbitreku ojca Darka. Stoi po wschodniej stronie domu, więc akurat teraz tu świeci słońce. Ale na szczęście przemyślna konstrukcja budynku zapewnia cień przynajmniej nad głową. Depczemy 45 minut, wystarczy. Później pomęczymy dzieciaki. Rok temu nauczyły się "Wśród nocnej ciszy", więc teraz spróbujemy z "Mędrcami świata". Wygląda to tak: mendr tsy chvia ta mon nar kho vie etc. Zdolne są i śpiewać lubią, więc łapią szybko.


Aby młodsze nie czuły się zaniedbane, wyciągamy kredki i kartki i rysujemy. Oczywiście, to będzie bardziej łażenie w tę i we w tę, z prośbami: a to o słonia, a to o psa, a to o węża i co tam tylko przyjdzie im do głowy. "Dobra, masz tu słonia, ale teraz nie przychodź, zanim go nie pokolorujesz!" Kochane są, ale męczą też trochę. Na szczęście kończą się kartki. Ciekawe, jak długo by rysowały gdyby ich zasoby były nieskończone... Popołudnie, jak co dzień ciśnienie spada. Krótka drzemka przed koronką do Miłosierdzia Bożego i Mszą. Świąteczną, wszak to dziś Objawienie Pańskie. Epiphanie, tak jak imię naszej Epi. Będzie imieninowy tort, ale to dopiero wieczorem.


Dla Afrykańczyków liczy się gest i rytuał. Dlatego o wiele większą frekwencją cieszą się Msze i nabożeństwa w Popielec czy Triduum Paschalne niż, dajmy na to, Pasterka. Na Pasterce wszak nic się nie dzieje. Ot, Msza jak każda inna - tyle, że o północy. A tam, to ho ho! Popiół sypany na głowę, celebrans myjący wiernym nogi i leżący krzyżem przed ołtarzem, grzechotki zamiast dzwonków, świeca zanurzana w wodzie. O, to musi mieć znaczenie! To się liczy, tu się coś dzieje! Jest gest, jest rytuał - to na pewno bardzo wielkie czary. Dlatego warto przyjść na Mszę w Popielec i dać się obficie posypać tym popiołem. Na wsiach misjonarze przygotowują go całe wiadra. Tak, ojcze, syp! Byle dużo. To przecież na pewno działa.


Ojciec Darek wsypuje sporą garść soli do wody, którą następnie poświęci i skropi każde pomieszczenie w domu. Dostanie się nawet łazience. Idący za nim Boris zmazuje "6" i pisze "7". A właściwie to dopisuje koleją kreskę do rzymskich cyferek. Kolejny rok, kolejna data. Po Mszy kolacja i świętowanie: i Trzech Króli, i imienin Epi. Dzieciaki oglądają "Leona Zawodowca", my częstujemy się ciastem oraz piwem. Oczywiście, nie zabraknie "Sto lat".


Siódmy stycznia, sobota. Po śniadaniu jedziemy na targ a potem na targ pamiątek. Trzeba kupić parę gadżetów na kolejny festyn w Brukseli. Przebitka na cenie kilkakrotna a zysk w całości pójdzie oczywiście na nasze dzieci. "Panowie, nie pchajcie się! Tak, obiecuję: zajrzymy do każdego sklepiku, każdego z Was odwiedzimy! Tak, pamiętam, że "piątka". Oczywiście, zajrzę do Ciebie. Piątka, pamiętam. Numer pięć, wiem. Ale jesteśmy dopiero przy 22... Ej, jak będziesz taki namolny to zapomnę, jak wygląda pięć, zrozumiano?" W jednym ze sklepików miła niespodzianka: "Salaam! A to nie Wy byliście w zeszłym roku w Kribi?" Tak, drogi Aboubakri! Co u Ciebie słychać? A, dziękujemy. U nas też w porządku. Następnym razem może wreszcie odwiedzimy Cię w Bafoussam? Do miłego!

Wracając z targu zahaczamy o bar w targowej dzielnicy. Byliśmy tam podczas naszego pierwszego tu pobytu. Widzę, że mają w lodówce nigeryjskie piwo "Orijin". Orzeźwiające, o ziołowym smaku. Do tego szaszłyczki z mięsa, cebuli i wątróbki z grilla oraz grillowane "flaki" (czyli wołowy żołądek, z którego u nas robi się zupę o niezbyt zachęcającej nazwie) z ostrym pimentem do smaku. Wracamy do domu. Dosyć na dziś. Zmęczeni jesteśmy, chociaż przecież tak naprawdę nic się nie działo. Dzień jak każdy inny. Codzienność Foyer Saint Dominique, Yaounde i Kamerunu. Nie dzieje się, a jednak dzieje. Czasem nawet sporo.

piątek, 20 stycznia 2017

Królem Nocy na Trzech Króli

Rzeka Krzyża, Cross River. Most graniczny miedzy Nigerią i Kamerunem. Po zaledwie jednodniowej przygodzie z tą pierwszą, wracamy do naszego, oswojonego Kamerunu. Znów policja i znów wpisywanie nas do kilku różnych ksiąg. Ręcznie oczywiście. Mimo to granicę przekraczamy w zaledwie pół godziny. Wymiana zbędnych naira z powrotem na franki CFA i pożegnanie z Elvisem. Do zobaczenia, brother! Na pewno będziemy Cię polecać tym, którzy zechcą tamtędy jechać. Ostatnią przysługą naszego przewodnika jest znalezienie nam transportu do Bamendy. Zamiast zwyczajowych 6000 franków zapłacimy po 10000, ale będziemy mieć auto tylko dla siebie. Nie całkiem, okaże się, albowiem kierowca będzie chciał dorobić i korzystać z każdej okazji zabrania tzw. łebka. W jednym dotrzymał słowa: do nas, w naszym rzędzie, nikt się nie dosiada.


Kierowca typu burak, z chytrym i niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Jedząc rzuca okruszkami  z ust na wszystkie strony - nie musi nawet mówić, aby uzyskać taki efekt. Zaskoczy nas później w jednym momencie, gdy drogę zajedzie mu motocyklista. Ostre hamowanie, wychylenie przez okno i... Nieee, wcale nie bluzgi, tylko God bless you son! Może to pod wpływem ewangelizacyjnych kawałków, które lecą z odtwarzacza całą drogę, bite trzy i pół godziny? "Dzięki Ci Jezus! Alleluja! Powtarzajmy: Amen!" Na różne rytmy i melodie. W tym zakątku Kamerunu, anglojęzycznych regionach Południowo-Zachodnim i Północno-Zachodnim (przejeżdżamy akurat przez ten drugi), dominują różne wyznania protestanckie. Zarówno takie już bardziej "stałe", jak anglikanizm, luteranizm czy prezbiterianizm, jak i bardziej "odjechane", z gatunku ewangelikalnych, charyzmatycznych czy wręcz sekciarsko-synkretycznych.

Z Ekok do Bamenda, stolicy regionu, jest 200 km. Ładną krajobrazowo i znakomitej jakości drogą. Asfalt jest tu młody; odcinek z Mamfe do granicy (70 km) oddano do użytku cztery lata temu. Wcześniej, na wspomnianym moście, kończyła się cywilizacja i zaczynała laterytowo-gliniana przygoda. W porze deszczowej droga ta, szeroka na jeden samochód z koleinami głębokości metra, była wręcz nieprzejezdna. To już jednak przeszłość - jedzie się szybko i bezpiecznie, ruch niewielki. Można się skupić na podziwianiu krajobrazu. A okolica ciekawa - wokół rosną góry, droga zakrętami pnie się w górę. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie... kontrole. Na odcinku 90 km jest ich dziewięć; na siedmiu z nich musimy wysiąść i się wylegitymować. Na dalszym odcinku kontroli będzie dalszych osiem, ale wysiadać będziemy musieli tylko raz.


Coraz liczniejsze wioski zwiastują zbliżanie się do dużego miasta. Bamenda jest wielkości Bydgoszczy i jest malowniczo położona w kotlinie. Właściwie każda droga wjazdowa jest zjazdem do centrum. Podobnie jak w Yaounde i Douali, jedzie się prawie przez targ. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przed bankiem i prosimy kierowcę, aby nas zawiózł na "dworzec" autobusów jeżdżących do stolicy. Tam się rozstajemy. Firma przewozowa nosi szumną nazwę "Vatican Express" a plac manewrowy (będący jednocześnie stanowiskiem odjazdowo-przyjazdowym) okalają sklepiki i bary. Jest wczesne popołudnie a autobus będzie dopiero wieczorem. Wiedzieliśmy, że kursy Bamenda-Yaounde (i w drugą stronę) realizowane są w nocy, ale liczyliśmy, że może coś pojedzie wcześniej. Niestety nie, ale cóż poradzić? Kupujemy bilet (na konkretne miejsca!) i korzystamy z kilku godzin odpoczynku w pokojach noclegowych kierowców. Jakość przemilczmy; ważne, że jest w miarę czyste łóżko z kocem i woda w łazience. Nieco zgłodnieliśmy, więc udaję się na poszukiwania małego co nieco. Trochę dymiących grillów było widać, więc liczyłem na szaszłyczki. Niestety, na ciepło tylko pieczone banany. Dobre i to. A nawet bardzo dobre, zwłaszcza popite słodową Maltą czy zwykłym piwem.


Wraz ze zmierzchem wszystko zdaje się ożywać. Nie tylko na tym dworcu, ale w ogóle w mieście, w kraju, w Afryce. Coraz większy ruch, pojawiło się kilka nowych autobusów. Wyglądają całkiem zachęcająco: czyste, zadbane w dobrym (?) stanie technicznym. Każdy, oprócz kościelnej nazwy firmy, dumnie dzierży na tylnej masce tytuł King of the Night. Zobaczymy, jaki to z niego król. Jeszcze tylko herbatka w przydworcowym barze i zajmujemy miejsca, bo za pół godziny odjazd.


Wyjechaliśmy po dwóch godzinach czekania. Afryka... Co z tego, że masz bilet na numerowane miejsce? Fakt, nikt ci go nie zajmie, ale nie znaczy to, że pojedzie tylko tyle ludzi, ile było biletów. Tak jak w autobusie z Kribi rok temu, dostawi się jeszcze parę krzesełek czy choćby skrzynek w przejściu. Zanim ruszymy, na pokład wejdzie kobieta, przedstawiająca się jako ewangelizatorka z jednej z miejscowych kongregacji. "Niech krew Chrystusa, która z krzyża się wylała na odkupienie grzechów tego świata, spłynie na ten autobus, na jego silnik, koła i hamulce, na Was samych! Niech chroni Was od złego, od wypadku wszelakiego i od mocy piekielnych! Amen! Hallelujah Jesus!" I tak przez dobre 15 minut... W końcu rozdaje jakieś broszury i wysiada a my możemy ruszać. Jest 22:30, przed nami całonocna podróż do Yaounde.


Pierwsze kilometry sprawiają wrażenie, że jedziemy jakimiś wertepami. Według mapy podobno jest tu asfalt... Na szczęście na kontrolach nie każą nam wysiadać i wkrótce otula nas czerń nocy a droga zagłębia się w nieprzenikniony las. Liście palm i gałęzie drzew wydają się muskać autobus, który czasami pomyka z prędkością na granicy bezpiecznej. Na szczęście niewiele widzimy. Na nieszczęście zaś, kierowca ("Skoro ja nie śpię to wy też nie będziecie") włącza video z głośną muzyką. Przeboje afro-disco będą nam towarzyszyć do świtu, z głośnika tuż nad głową. Zapomnij o drzemce...

Przed szóstą docieramy do przedmieść Yaounde. Trasa ponad 370 km zajęła nam nieco ponad 7 godzin. Całkiem nieźle, jak na tutejsze standardy. Przez okno obserwujemy budzące się miasto. Sporo biegaczy; naliczyłem chyba kilkunastu. To dlatego nie budziłem większego zdumienia - no, może poza kolorem skóry... Jednak dzisiaj na pewno biegać nie będę. Łapiemy taksówkę i wracamy do domu. Zdążymy na poranną mszę a potem może pozwolą nam się zdrzemnąć? Fajnie jest podróżować, ale dobrze jest mieć dokąd i do kogo wracać. Witajcie, Kochani! Jeszcze parę dni u Was spędzimy.

niedziela, 15 stycznia 2017

Historie do napisania

Mam na imię Vantiane i mam, o - tyle! Tyle lat! To jest pięć? No to mam pięć. Byłam bardzo mała, jak trafiłam do tego domu. Ciocia Marianne mówi, że przywiozła mnie z wioski, bardzo daleko stąd. Jeszcze za Bertoua. Nie pamiętam mojej mamy. Pewnego dnia ciocia ładnie mnie ubrała i pojechaliśmy, hen, daleko. Było tam bardzo dużo ludzi. Płakali i mnie przytulali. Potem mi kazali płakać i kłaść się na taką długą skrzynkę, która stała na ziemi. Później kazali nam nie patrzeć a jak znów mogliśmy się odwrócić, to skrzyni już nie było. Wszyscy kładli kwiaty na kupie świeżej ziemi. Powiedzieli mi, że w skrzyni była moja mama. Ale ja nawet nie wiem, kto to jest mama. Chociaż... Może jednak wiem. Tak! To ta piękna, biała kobieta z długimi włosami. Ma na imię Jagoda i mówią mi, że jest teraz dla mnie mamą. Stała za mną, gdy miałam na sobie śliczną, białą sukienkę. A potem ojciec Darek (wiesz, boję się go trochę...) wylał mi na głowę miskę wody i kazał trzymać w rączce zapaloną świeczkę. To chyba było bardzo ważne i wiedziałam, że muszę tę świeczkę trzymać. Kapało mi czymś gorącym na paluszki ale bałam się ją puścić. A potem wszyscy się cieszyli, tańczyli, przytulali mnie i całowali. A najbardziej Jagoda. Ona była u mnie już trzeci raz. Od samego początku ją lubię. Nie mogę się teraz doczekać, kiedy znowu do mnie przyjedzie. Jak to dlaczego? Jeszcze pytasz? Przecież to moja mama!


Jestem Pipiripi. Hi hi! Wiem, że śmieszne. Ale wszyscy na mnie tak mówią. Pipiripi. Chociaż ojciec Darek powiedział, że wtedy, kiedy wylewał na nas wodę nie mogę tak mieć na imię. Powiedział jakoś inaczej... Oban, Obin... Aubin! Tak, Aubin! Moje nowe imię! Dostałem je razem z wodą i świeczką, wiesz? Bardzo mi się tu podoba. Jestem najmłodszy i wszyscy się mną opiekują. Ciocia Marianne, ciocia Alida, wujek Achille, wujek Boris. Pilnują, żebym zjadł śniadanie i był czysto ubrany. Bardzo lubię tu być. Mówią, że jak byłem mały, taki bardzo malutki, to przywiozła mnie tu ciocia wujka Achille'a. Moja mama jest chora i nie mogła się mną zaopiekować. Nie wiem, jak wyglądała. Nie wiem nawet co to dokładnie jest mama. Może to taka ciocia, która stale jest przy tobie, przytula cię i się tobą opiekuje? Tak? Ja jestem jeszcze bardzo mały i nie wszystko mi się udaje. Czasem też płaczę, chociaż wiem, że w tym domu tak nie wolno. Ale przecież jestem jeszcze malutki...


Mam na imię Marisol. Wujek Rafał mówi na mnie Tournesol. Mówi, że to taki kwiatek, który u nich rośnie. Cały dzień obraca się za słońcem. Wujek Rafał  mówi, że ja sama jestem takie słoneczko. Śmieszne! Przecież nie ma czarnych słoneczek! Jestem tu od niedawna. Przywiozła mnie ciocia Marianne, z bardzo daleka. Moi rodzice są bardzo biedni. Mieszkają na wsi, daleko od miasta i szkoły. Nikt z nas do szkoły nie chodził, chociaż ja jestem najmłodsza i mam już 6 lat. Gdy ciocia mnie tu przywiozła miałam taki duży brzuszek. Mówili, że to dlatego, że nie jadłam dobrze. Tutaj ciocie i starsze dziewczynki robią bardzo dobre jedzonko. Specjalnie dla mnie gotują plantany, bo wiedzą, że nie lubię i nie mogę jeść kuskusu. Są dla mnie bardzo dobrzy. Dostałam nowy, piękny mundurek. O, zobacz! Pomarańczowa bluzka i granatowa spódniczka. Razem z Vantiane, Cerole, Patricią, Teddym i innymi chodzę do szkoły. Mamy kolorowe książeczki i nowe, śliczne plecaki. Dziękowaliśmy za nie jednemu panu, który nam je przywiózł z pewnej dalekiej wyspy. Wszystko jest tam takie zielone! Może kiedyś będę mogła o tej wyspie trochę przeczytać. Dopiero się uczymy pisać i czytać. Jak już będę duża, chciałabym napisać swoją historię. Pomożesz mi?




piątek, 13 stycznia 2017

Nie wracamy!

Był pierwszy wyjazd do Kamerunu, w marcu 2015 roku. Pierwsze dni, spotkania, wrażenia. Ojciec Darek, dzieciaki, Mańka, Artiom i Marta. Podróż na północ i safari. Był też oczywiście powrót - powrót z Afryki do Europy, do swojego miejsca i codzienności. Za drugim razem ta Afryka była jakby już mniej egzotyczna, za to bardziej swojska. Przylecieliśmy do miejsca, którego już nie nazywaliśmy ośrodkiem, foyer czy sierocińcem, ale po prostu domem. Tym drugim, trzecim, kolejnym. Z którego jednak wracało się do tego właściwego. Wracało się nie wyjeżdżając.

Do trzech razy sztuka... Jeśli po pierwszym razie wróciło się do Afryki to chyba jednak należy się do tej grupy ludzi, która ją po pierwszym zetknięciu pokochała. Polubić się nie dało, znienawidzić wcale. Miłość wybacza wszystko. Brud, dziurawe drogi, mentalną przepaść. Miłość to tęsknota, która nie daje wytrzymać dłużej niż kilkanaście miesięcy. Czy wytrzymamy do wiosny przyszłego roku?

Nie, nie wracamy! Nie tym razem. No bo jak można wracać z własnego domu, od własnych dzieci? Tych dopiero ochrzczonych, które się dopiero z tobą oswajają? Tych maluchów, potrzebujących chwili czułości i tych trochę starszych, rysujących obrazki z tobą jako tatą? Nie da się, po prostu się nie da. Zostajemy! Na zawsze. A przynajmniej na tak długo, jak długo będziemy tu potrzebni.

Foyer Saint Dominique w Yaounde to nasz dom. Nie drugi, trzeci czy kolejny. Po prostu dom, w którym czujemy się bezpieczni i potrzebni. Którego mieszkańcy to nasze dzieci, rodzeństwo, przyjaciele i duchowy ojciec. Za który czujemy się współodpowiedzialni. Dom, nasz dom. Być może kiedyś na dłużej niż na dwa, trzy tygodnie. Może na zawsze?

Na zawsze przynajmniej w sercu, myśli i działaniach. Bo bez naszych i Waszych działań nie może on funkcjonować. Chcecie coś dla niego zrobić? Chcecie swym działaniem sprawić, aby i dla Was miejsce to stało się domem, pełnym przyjaznych, radosnych i znajomych twarzy? Zapraszamy! Przyda się każde Chwała Ojcu, Zdrowaśka czy Msza. Złotówka, euro, dolar czy funt. Dzieciaki Wam tego nie zapomną. My też nie. W końcu tam mieszkamy i nigdzie się nie wybieramy.


piątek, 6 stycznia 2017

Egzorcyzmy nad Rzeką Krzyża

Na szczęście opuszczamy już jutro to ohydne,
skorumpowane do granic możliwości i wyobraźni o tym zjawisku… 
państwo Nigeria!

Demon zalągł się w naszych głowach i sercach. Demon korupcji, przemocy, bandytyzmu i religijnych waśni. Wykrzywiający nienawistną, czarną twarz, ciągle żądający nowych ofiar. Z pieniędzy, zdrowia, czasu a nawet życia. Odziany w smród śmieci i naftowych wyziewów, pojawiający się znikąd w setkach oficjalnych i nieoficjalnych kontroli. Dobrowolnie zmierzamy w jego kierunku, aby się z nim zmierzyć i spojrzeć mu w przekrwione oczy. Aby go z siebie i z Afryki wyrzucić. Demon, który podszywa się pod imię "Nigeria".


Pomoc Elvisa jest nieoceniona. Okazuje się być synem miejscowego króla wioski, po kameruńskiej stronie. Z mieszanego, kameruńsko-nigeryjskiego małżeństwa. Dysponujący kontaktami po obydwu stronach granicy. Uspokaja i wyjaśnia, nie podaje ceny za swoje usługi ("Co mi dacie, to mnie zadowoli"). Z mostu granicznego w Ekok-Mfum do Ikom, naszego celu na dziś (jest 3 stycznia 2017 roku) jest jakieś 20 km.  Most nad szeroką na jakieś 100 m, zamkniętą między skalnymi brzegami Rzeką Krzyża (Cross River). Mimo kilku kontroli, droga mija szybko. Niezły asfalt, nie tak dobry jak po tamtej stronie. No, ale ten tutaj jest trochę starszy - jeszcze parę lat temu, odcinek drogi z Ekok do Mamfe wyglądał tak.


Ikom, miasto typowe dla tej części świata. Kilka głównych, asfaltowych dróg, krzyżujących się w centrum i plątanina gliniano-piaszczystych ulic i uliczek. Eleganckie budynki banków i przytargowe budy z desek, kryte wszechobecną blachą falistą. Trudno uwierzyć, że miasto ma ponad 160 tysięcy mieszkańców. Elvis proponuje nam jeden z dwóch hoteli: spokojniejszy, nieco na uboczu, i centralny, z klubem nocnym. Wybór jest oczywisty. Hotel Ebenezer czystością łazienki i elegancją wnętrza nie grzeszy, ale jak na Afrykę standard jest w porządku. Ważne, że łóżko czyste, jest prąd, woda i internet. Odświeżamy się po podróży i idziemy coś zjeść. "Coś lokalnego? Może spróbujesz beef boga. To taki kawałek wołowiny, z warzywami i przyprawami. Tak, z ryżem też. To co, beef boga raz?" Dałem się skusić. Dostałem... beefburgera. Tutejszy angielski jest tyleż poprawny w ortografii co nowatorski w wymowie (copyright takiego określenia: Tomek Michniewicz). Często słychać też miejscowe języki - w Nigerii używa się ich około 500. Największe z nich, igbo, yoruba czy hausa, mają po 20-30 milionów mówiących, z własną literaturą i filmografią.


Po co jednak pchamy się w łapy nigeryjskiego demona? Dla samego się z nim zmierzenia? Nie do końca. Wieziemy dwa plecaki ubranek dziecięcych, zabawek, lekarstw, środków opatrunkowych, trochę kulinarnych specyfików w puszkach i słoikach oraz 200 euro w gotówce. Mieliśmy je zawieźć do Uburuahiara w stanie Imo (jakieś 300 km na południowy wschód stąd). Collins - mąż naszej brukselskiej koleżanki - prowadzi tam wiejską klinikę. Ewa przekonała (?) Żonkę, że nie taka Nigeria straszna, jak ją malują. Uburuahiara jednak leży bardziej na południe; bliżej tam mieliśmy z Calabaru, do którego rzekomo pływają statki z Kamerunu. Okazało się, że statku nie było, zatem jedziemy trasą przez Ekok. Najbliższym lądowym połączeniem Kamerunu z Nigerią. Na tyle oddalamy się od Uburuahiara, że z 2-3 dni w Nigerii zrobi się niecały dzień.


Ikom, centrum. Banki pilnowane przez ochroniarzy, czasem nawet w eleganckich mundurach. W ręce kałasznikow, w kieszeni proca. Bankomaty wypłacają maksymalnie 20.000 naira (około 60 euro). Najwyższy nominał tej waluty to banknot 1000 naira. A myślałem, że środkowoafrykańskie 10.000 franków (ok. 15 euro) to mało... Potrzebujemy gotówki, na własne wydatki i na wpłatę na konto polskiej ambasady w Abudży. Po co - o tym przy innej okazji, jak już się sprawa wykrystalizuje.

Nigeryjski demon jakby słabnie. Słabnie z każdym uśmiechem miejscowych chłopaków i dziewczyn. Zagadujących, życzących szczęśliwego nowego roku czy po prostu pytających o samopoczucie. Na pewno dobrze mu nie robi miejscowe piwo: niezłe, w brytyjskich butelkach o pojemności pół pinty, przyprawione korzeniami i owocami. Demona osłabia, nas rozwesela. Oprócz beef boga można zjeść pies. Bynajmniej nie czworonoga, lecz pierożki z różnego rodzaju nadzieniem. Oraz pewnie miejscowe specjały na targu, ale tam nie mamy chęci się zapuszczać. Zbliża się wieczór, czekamy na Collinsa.

Collins, kolejny pogromca demona. Zmęczony całodniową podróżą, ale uśmiechnięty. Zasmuca go nasza decyzja o jutrzejszym powrocie do Kamerunu. No, ale żeby dotrzeć do Uburuahiara musielibyśmy jechać cały dzień a nazajutrz rano wracać tą samą trasą. Dobre 10 godzin w lokalnych busach, ściśnięci w pięciu na trzyosobowych ławkach. Nie tym razem, Collins. Na pewno się jeszcze zobaczymy, w Belgii lub Nigerii. Ale następnym razem postaramy się przylecieć samolotem.


Noc w Hotelu Ebenezer. Demon leży i kwiczy. Wizyta w banku, kolejna wypłata z bankomatu i wspomniana operacja w kasie. Idziemy do baru na śniadanie, dołącza Collins. Dzwonimy po Elvisa, aby nas odebrał z hotelu i odwiózł: Collinsa na autobus a nas na granicę. Poranek w Ikom, zaledwie 11 stopni. Około 10 rozgrzeje się do 17. Przyjemnie rześko, chociaż jadąc tutejszym moto-taxi jest trochę chłodno.

Nie jest jednak chłodno w towarzystwie naszych nigeryjskich przyjaciół. Na pewno tu wrócimy, tym bardziej że w okolicach Ikom można zobaczyć monolity sprzed tysiąca lat oraz wodospady na rzece Cross. "Dworzec" autobusowy. W odróżnieniu do Kamerunu, poszczególne busy są oznaczone: skąd i dokąd jadą. Collins znajduje miejsce dla siebie i dla "naszych" dwóch plecaków. I tak będzie musiał się przesiadać. Gdy on się pakuje, my obserwujemy lokalny koloryt. Ot, na przykład sprzedawczyni bananów w klapkach z napisem "Gucci" z leżącą tuż obok łupiną od arbuza...


Collins pojechał. Oddalił się jak demon, który pod Nigerię się podszywa i ją nam w Europie obrzydza. Z pewnym żalem wracamy w stronę granicy i "naszego" Kamerunu. Dwadzieścia kilometrów trasy, trzynaście barierek z nadzianych gwoździami belek i tyleż kontroli. Wojsko, służby imigracyjne, Policja i nie wiadomo co. Policja Mobilna, celnicy, Patrol Antyprzemytniczy, strażnicy wioski. Policja, ponownie Policja i Federalna Służba Imigracyjna. Wreszcie granica. Posterunek nigeryjski. Nad biurkiem kalendarze. Jeden wydany przez Młodzieżową Ligę Muzułmańską z okazji "100-lecia pokojowej propagacji islamu w Nigerii". Zaraz obok, z innego kalendarza, uśmiecha się katolicki biskup, świętujący rocznicę swej ordynacji. To jest prawdziwa Nigeria, a nie szaleństwo Boko Haram. Wpisy do kolejnych ksiąg, pieczątki w paszportach. Most, spinający dwa brzegi Krzyżowej Rzeki.

Demonie, który podajesz się za Nigerię! Spadaj z naszych oczu! Spadnij z tego mostu, w odmęty rzeki, i spłyń do morza! Roztrzaskaj się o skały i niech cię pożrą krokodyle! W imię międzyludzkiej życzliwości, międzyreligijnego współistnienia i międzynarodowej współpracy - mówię ci zgiń, przepadnij!




czwartek, 5 stycznia 2017

Nie tak wszystko miało wyglądać

Z rana, 2. stycznia 2017 roku, na początku jednak wyglądało. Tak, jak zaplanowaliśmy, wyruszamy po śniadaniu na dworzec, podwożeni przez Achille'a. Miasto nadal senne po noworocznym świętowaniu, ulice rozkosznie puste. Docieramy do centrum w niecałe pół godziny, po to tylko aby się dowiedzieć, że pociągu do Douali na razie nie będzie. Nic to, zaraz obok jest terminal Touristique Express. Firmy przewozowej dysponującej chyba najlepszą flotą autokarów w Kamerunie. Nie ma tu dworców w naszym rozumieniu; każda firma ma swój "terminal", najczęściej w części miasta położonej na wylocie obsługiwanych przez nią kierunków. W mniejszych miastach i na wioskach przystanek lub plac pełniący rolę dworca już jest jeden, co znacznie ułatwia podróżowanie. My jednak wciąż jesteśmy w Yaounde.

Touristique Express ma bardzo porządną, wręcz luksusową poczekalnię jak na Kamerun. Klimatyzowana, z barem, telewizja i wi-fi. Mamy dwie godziny do odjazdu ale mówią nam, że jak będą miejsca to wsadzą nas we wcześniejszy. Ta też się dzieje i hiperpunktualnie (o 11:03) ruszamy w trasę. Zapowiedzi jak w samolocie, zapiąć pasy i tym podobne. Urocza stewardessa zdaje się uśmiechać całą sobą, nie tylko ustami i oczyma. Pyta każdego o samopoczucie i wita na pokładzie. Później będzie catering: do wyboru kanapka z jajkiem lub wołowiną oraz woda lub sok. Czterogodzinna podróż mija szybko; nawet na zwykłej w tym miejscu kontroli policyjnej nas nie zatrzymują (poprzednio musieliśmy wszyscy wyjść i się wylegitymować). Na trasie ruch też poświąteczny, nie za duży. Targ na wjeździe do Douali pracuje na pół gwizdka; przejazd ułatwia ukończona trasa szybkiego ruchu na pomiędzy jezdniami do ruchu lokalnego. Centrum jakby mniej odpychające niż poprzednio. Dojeżdżamy. Dziewczyna-uśmiech każdego pyta jeszcze o wrażenia i życzy miłego pobytu.


Terminal, bierzemy bagaż i dajemy się porwać taksówkarzom, którzy wręcz wyrywają nas sobie z rąk. Pierwszy z nich zażądał 45000 franków (prawie 70 euro) za godzinną jazdę; twardo obstajemy przy 15. Widząc napierającą konkurencję, zrezygnowany się zgadza. Wyjeżdżamy z Douali, obok największego portu Kamerunu, handlowej do niego bramy. Most na rzece Wouri, obok powstaje druga nitka. Lubi tu się zakorkować, ale jest 2 stycznia i przejeżdżamy bez zatrzymania. Drugi brzeg, przedmieście Bonaberi. Jakoś mniej paskudnie niż od strony Yaounde. Wkrótce mijamy granicę Regionu Nadmorskiego (Littoral) i Południowo-Zachodniego. To już anglojęzyczna część Kamerunu, co widać po napisach. Dojeżdżamy do Tiko i szukamy portu, z którego rzekomo dziś wieczorem odpływa statek do nigeryjskiego Calabaru. Drogę w pewnym momencie zagradza wojskowa placówka, z wartownikiem na wieżyczce celującym w nas z karabin maszynowego. Dowódca nie puszcza dalej; czekamy na kogoś, kto pojedzie od strony portu i potwierdzi (lub nie...), że statek dziś wypływa. Przejeżdża sam agent firmy żeglugowej i potwierdza: statku nie ma, będzie w czwartek. Nie tak to miało wyglądać...


Trzeba jednak znaleźć jakieś rozwiązanie. Wracamy do głównej szosy i łapiemy lokalną taksówkę. Jej kierowca mówi nam, że w tym miejscu nie znajdziemy nic w pożądanym przez nas kierunku i oferuje się podwieźć nas we właściwe miejsce. Jest nim skrzyżowanie w Mutengene: droga na wprost (i większość ruchu) zmierza do leżącego nad Atlantykiem Limbe. Droga w prawo: do Buei, Kumby i dalej na północ. Taksówkarz przekazuje nas kierowcy busa, który jedzie do Kumby. Tam ma nas przekazać temu, który pojedzie na północ, w stronę granicy z Nigerią. Plecaki wędrują na dach, my dostajemy miejsca z przodu, obok kierowcy. Chyba ze względu na kolor skóry. Jedziemy. Po lewej masyw potężnego wulkany Mount Cameroon (prawie 4100 m n.p.m.), niewidoczny zza nisko zalegających chmur. Okolica słynie z opadów, góra zastrzymuje chmury nadciągające znad Atlantyku. Ciepło i wilgoć sprzyjają uprawie herbaty i kwiatów, których plantacje biją po oczach różnorodnością kształtów i kolorów. Ale tylko przez godzinę; jest już późno, do Kumba docieramy po zmroku (czyli ok. 19:00).



Rzeczywiście, natychmiast znajdują się miejsca w busie do Ekok, na granicy. Według zapewnień kierowcy, podróż potrwa 4 godziny, czyli zapewne z 5-6. Dotarlibyśmy na miejsce po północy, co nie byłoby za fajne. Decydujemy się zostać na noc w Kumba, tym bardziej, że z drogi widzieliśmy już neon hotelu Macklord's. Duży, 9-piętrowy. Nie za tani, ale czysty i wygodny. Tak wygodny, że budzimy się dość późno. Mimo zapowiedzi, o 7:30 nie widać nikogo w restauracji, więc chyba możemy zapomnieć o śniadaniu. Ruszamy na "dworzec". "Aj, jesteście za późno... Busy do Ekok odjeżdżają rano, około szóstej. Teraz musicie poczekać do wieczora. No, chyba że Wam się spieszy. Wtedy trzeba wynająć samochód z kierowcą, ale to Was będzie kosztowało fortunę..." Nie tak to miało wyglądać, ale nie mamy innego wyjścia. Przepłacamy słono za auto, ale za to mamy je tylko dla siebie. Kierowca tankuje z kanistra (pewnie przemycone, tańsze paliwo z Nigerii) i szybko pomyka dobrą drogą na północ. Dobry asfalt momentami ustępuje miejsca kiepskiemu a nawet żwirowej nawierzchni. Droga cały czas w budowie; wrażenie robi długi wiadukt nad górską doliną. Zbudowany przez... A nie, tym razem nie przez Chińczyków! Według kierowcy, zbudowali go Belgowie.


Już prawie Mamfe, gdzie droga z Limbe i Kumba łączy się z trasą wschód-zachód, Bamenda-Enugu. Kierowca jednak skręca w bok, w żółtą, gruntową dróżkę. "To skrót do Ekok", tłumaczy. "Asfaltem byłoby za daleko". Może i krócej, ale czy szybciej? Wioski, przy głównej trasie porządne, z drewnianymi domami, tu znów biednieją i chylą się ku ziemi żółcią glinianych ścian.W końcu dojeżdżamy do nowiutkiego asfaltu. Ech, zbuduj Murzynom drogę a ci ją na 15 kilometrach przegrodzą w pięciu miejscach barierkami policyjnych, żandarmeryjnych i celnych kontroli. Nie doceniamy jeszcze Nigeryjczyków, którzy takich kontroli ustawią 13 - z czego 10 na odcinku kilkuset metrów. Mija południe, my nadal jesteśmy w Kamerunie. Nie tak to miało wyglądać, ale nie jest źle. Przed nami Ekok, atmosfera jak w Świecku lub Kostrzynie nad Odrą w latach 90-tych. Cinkciarze, bary,busy w różne strony. Graniczny posterunek kameruńskiej policji. Wpisują nas chyba do trzech różnych ksiąg, wszystko ręcznie. Dane z paszportu, cel podróży, zawód etc. Żegnamy naszego kierowcę i przejmuje nas Elvis. Przed nami most na granicznej Cross River. Wjeżdżamy do Nigerii - afrykańskiej przygody rozdział kolejny.