czwartek, 18 sierpnia 2016

Chwała Trójcy, czyli ja wysiadam

Był poranek dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca, Roku Pańskiego dwa tysiące i dziesiątego, gdy dzielna załoga na nabrzeżu przystani w Morskiej Brugii się zameldowała. Kapitan, którego dzień ów świadkiem pierwszego samodzielnie prowadzonego rejsu miał być. Pierwsza, zawsze dzielnie mu towarzysząca, oraz dwie nie mniej dzielne, morskie niewiasty: Mała, imię Rodzicielki Najświętszej Panny nosząca oraz Fotograf, błogosławionym mianem wołana. Duchowe wsparcie Kapelan zacny zgodził się zapewnić, przez co na cześć jego banderę ze znakami kaznodziejskimi na maszcie podniesiono. Dwóch mężów cnych a odważnych skład załogi uzupełniało: Drugi, któren od dawna już o przygodach morskich marzył i Bosman, z nadwiślańskiej krainy królewskiego grodu się wywodzący.

Po korabia żaglowego odbiorze azaliż skrzyń i worków z wiktuałami zasztauowaniu, Kapitan załogę w arkana nawigacyjnej sztuki i przespiecznej żeglugi wprowadzić raczył. Z wypłynięciem jeno problem był wszelako, z powodu mlecznego zawoju, przez profanów mgłą zwanego, gęsto morze i ląd dnia owegoż zaścielającego. Około trzeciej jednak godziny wszystkich już tak na morza bezmiar gnało, iż Bogu swe dusze poleciwszy i cumy oddawszy, przy motoru terkocie ku wyjściu z portu się skierowali.

 

Korab ów żaglowy, "Chicą" zwany (co w mowie Iberów niewiastę młodą oznacza), strażnikom portu okrzyknąć się musiał. Ci jednakowoż dalej puścić go nie mogli, pierwszeństwo nawie ogromnej dając, która do wielkich żelaznych beczek smrodliwe ziemi wydzieliny przywiozła była. Wobec nadal widoczność utrudniającej mlecznej zawiesiny, nawet wytrawne oczęta Pierwszej niczego takiego dojrzeć nie mogły. W końcu przedzierające się przez mgieł woal porannego słońca promienie, lepszy na świat otaczający dały prospekt i załogi oczom zapowiadana nawa się ukazała. Nazwę dumną "Chwała Trójcy" dzierżąc, przez dwa stalowe pociągowe korabie wyciągana, na pełne morze się skierowała. "Chica" niezwłocznie jej kilwaterem podążyła, chcąc na upragnione szerokie wody wreszcie się wydostać.


Borealne Morza "Chicę" i jej załogę błękitem nieba i wody przywitały, do wesołego nawigowania zachęcając. Uśmiechnięta Fotograf wszystko magiczną sztuką obrazu utrwalania dokumentowała, stąd nawet po latach sześciu przebieg wypadków odtworzyć możemy. Mała, na urodę zadbanych dłoni nie zważając, za rudel chwyciła i korab przez fale przeprowadzać jęła. Nie wszystkie jednak z morskich bałwanów okiełznać się jej dały, gdyż jedna z nich, "dziadem" przez koronnych żeglarzy zwana, na pokład się dostała i morską boleścią złożonego Bosmana szpetnie szat suchości pozbawiła. Ów, zdarzeniem tym zrażony, pod pokład się udał, ust kątem "Ja wysiadam!" powiedzieć zdążywszy.

 
Dokąd jednak korab z załogą swą dzielną się udaje? Wszak nawigowanie dnia tego się zakończy, podróżą dłuższą nie będąc. Kapitan przed siebie wskazuje, wysokie kształty na horyzoncie oznajmiając. To wieże wietrznych młynów, na Blajowej Ławicy postawionych, które ramionami obracając w przemyślny sposób moc niewidzialną wytwarzają, wyziewów przy tym żadnych ni popiołów nie pozostawiając. Przed młynami zawróciwszy, "Chica" na powrót ku Morskiej Brugii dziób swój skierowała, gdyż dobrze już po godzinie szóstej było.

 

W ciągu dnia całego przebiegu ptactwo powietrzne pokład korabia odwiedzało, zapewne chcąc odpoczynku po męczącej morskiej podróży zaznać. Zmęczone, nijakiego moresu przed ludźmi nie czując, nawet na głowach i kończynach ich siadali. Załoga takowoż zmęczoną była i z minami tęsknemi widoku lądu wyglądała, na powrót czekając. Kapelan jeden nieumordowanym się wydawał, wyrobów masarskich co i rusz próbując i o chyżości dodaniu napomykając...


 

 

Wrócili wszyscy bezpiecznie, na kolejną wyprawę już się umawiając, bo przecież morze jest od tego, aby je przepłynąć. Ale to już w kolejnym roku nastąpi, gdy zimowych sztormów, wichrów i niepogody sezon minie.

środa, 10 sierpnia 2016

Ma(my) medal!

Flagę z pięcioma kółkami podniesiono, znicz zapłonął i rozpoczęło się miesięczne szaleństwo. Już pierwszego dnia media wielkimi nagłówkami krzyczały: "Mamy medal!" My, czyli kto? Przypomniała mi się karykatura z belgijskiego dziennika "Le Soir" z czasu igrzysk chyba w Pekinie w 2008 roku (a może w Londynie w 2012?) Przedstawiała zwycięską belgijską biegaczkę, robiącą rundę honorową w obstawie statystycznych Belgów: kłapiącego brzuszkiem pana i równie "usportowionej" pani. Obydwoje wysoko dzierżyli swoje "pochodnie", jakże charakterystyczne dla tego kraju: rożek frytek z majonezem i szklankę piwa "Jupiler".

Nie chcę umniejszać tutaj sukcesu Rafała Majki oraz innych polskich medalistów w Rio (chociaż na razie tylko ten jeden brązowy krążek wisi w polskiej skromnej kolekcji...) Zawsze też śledziłem wielkie imprezy sportowe, ceremonie otwarcia i zamknięcia, dekoracje medalami etc. W tym roku jakby mniej. Powodów jest kilka. Pierwszy z nich to brak telewizora. Tak, naprawdę nie mamy takiego sprzętu w naszym domu. Wiem, że to niebywałe w dzisiejszych czasach, ale wiem też, że nie jesteśmy w tym dziwactwie osamotnieni. Pozostaje oczywiście internet, ale jakoś tak nie ciągnie człowieka do oglądania zmagań innych. Powód drugi to niezbyt przyjemne oblicze współczesnego sportu zawodowego. Pogoń za wynikiem, doprowadzająca do zażywania niedozwolonych substancji i wypaczenia ideałów szlachetnej rywalizacji. Niebotycznie wysokie wynagrodzenia niektórych sportowców i sumy transferów. No i wreszcie całą ta komercyjna otoczka.

Jednak powód najważniejszy jest chyba we mnie. W tym, co we mnie zaszło w ostatnich miesiącach. Mianowicie sam stałem się - może nie od razu sportowcem - ale, powiedzmy, bardziej ruszającym się od przeciętnego Polaka czy Belga. Bo chyba jakieś 6-7 godzin ruchu (biegi, basen i siłownia) tygodniowo jest chyba powyżej przeciętnej. Zmagając się z własnymi słabościami, pokonując kolejne kilometry, metry czy kilogramy, blizej mi jakby do aktora niż widza w olimpijskim spektaklu. I to właśnie ten aktor startuje tam dla siebie i dla siebie zdobywa medale. Nie dla nas czy dla Polski (chociaż Polska, jako PKOl, związki sportowe, trenerzy i sponsorzy na pewno do wyników się przyłożyły). Dlatego MA medal: ona czy on. My się oczywiście możemy i powinniśmy z niego cieszyć, ale chyba lepiej inaczej zareagować. Kiedy ostatnio byłem na spacerze? Gdzie są moje kijki do nordic walking? Czy ten stary, zakurzony rower do czegoś się jeszcze nada? Hm, a może jednak by bardziej o siebie zadbać i tę okropną oponkę na brzuchu zgubić (albo przynajmniej zmniejszyć)? Odłożyć pilota a wziąć do ręki chociażby psią smycz.

Nie przekonałem do ruszenia się z kanapy? Wasz wybór. Siedźcie sobie dalej z Waszym piwem, chipsami, colą i frytkami, skacząc z tenisa na pływanie i z siatkówki na łucznictwo. Ja idę pobiegać.



środa, 3 sierpnia 2016

Wujkuuu...

"Wujkuuu! A będę mogła siedzieć przy oknie?" No pewnie, przecież to właśnie Twoje miejsce. "Ale fajnie! Dziękuję! A te chmury naprawdę wyglądają jak bita śmietana. A tutaj są całe białe, gdy od spodu takie ciemne. I tu postrzępione a tam gładkie. Dlaczego, wujku?"

"Wujkuuu, a co Ty właściwie robisz? No, jaki jest Twój zawód? Aha... No już, wystarczy. Rozumiem przecież. Nie jestem przecież taka mała!"

"Uff, już myślałam, że dadzą mi kolorowanki. Jak jakiemuś dziecku. No, pięknie. To tak niby zachowują się dorośli? A Wy mi chcieliście dać kolorowanki..."

"Wujkuuu, a przyjdziesz robić z nami zamek? Albo weźmiesz mnie na barana w morze? Gońmy tego morsa! To niesprawiedliwe. No, że on jest morsem i mu w takiej wodzie nie zimno. Aaaaa, już dosyć! Chcę na brzeg!"

"Woooow! Ile żelków! Nie, nie będę brać tyle, ile bym chciała. Musi zostac na inne dni, prawda? Tak przynajmniej się przekonamy, które nam smakują. Wujkuuu! A opowiesz mi o żelkach? No, co robiły, dokąd poszły lub popłynęły. Taka bajka. Ja wiem, że żelki nie chodzą i nie myślą. Ale możemy chyba założyć inaczej, prawda?"

"Wujkuuu, a dzisiaj też będzie o Żelkach? Ale fajnie! Już nie mogę się doczekać. Zobacz, pokolorowałam te wczorajsze herby. Przepraszam, że powiedziałam że nie umiesz rysować. Mi się one podobają. Tylko kto będzie mi opowiadał o Żelkach i rysował herby jak od Was wyjadę?"

"Nieee, bliżej nie chcę! Tam jest pajęczyna. Fuj, jak śmierdzi! Czy te wszystkie zwierzaki muszą tak śmierdzieć? Przepraszam, że tak mocno ściskam Twoją rękę, ale się trochę boję. Wiem, że sama chciałam iść do tych nietoperzy, ale się jednak boję."

"Wujkuuu! Dlaczego Ty tak dużo wiesz? A jak się pokazuje dinozaura? No, dawaj! Aaaaaa! Już dosyć! Nie, nie boję się, ale już go wystarczy."

"Fajnie było. To były moje najlepsze imieniny. Dziękuję, dziękuję!"

My też dziękujemy. I kochamy Cię, Robalu.


czwartek, 21 lipca 2016

Ptaki, świt i nadzieja

Znów lato i znów upalne noce. Niezwykłe, zaskakujące po niedawnych chłodach i działającego jeszcze miesiąc z kawałkiem temu ogrzewania.  Znów duszna i gęsta noc. Wcale nie ciemna, tak jak tam. Okna otwarte, jasno. Pełnia właśnie jest lub dopiero co była. Tylko księżyc, upał i żabi rechot...
Tylko? Nie, jest coś jeszcze. Chłód świtu i świeżość poranka. Rytmiczne szuranie butów po parkowej ścieżce. Już noce i poranki nie będą takie jak kiedyś, bo parę razy w tygodniu będę im wychodził naprzeciw. W poranną mgłę, mżawkę czy słońce. Przed siebie.
Ptaki... Mnóstwo ptaków. Bardziej widać niż słychać. Skrzeczące staccato srok. Modulowana pieśń szpaków i kosów. Dzwoneczki skowronków gdzieś w górze. Kwak i gęg. Syk gęsio-kaczek i donośny krzyk łabędzi. Niezliczone ciłyty, tiurliki i popiskiwania, których autorów nie potrafimy nazwać. Dlaczego w szkole nauczono nas budowy układu wydalniczego dżdżownicy a nie pokazano, jak rozpoznawać po głosie ptaki naszych lasów i zarośli?

Drzewa, krzewy i trawa. Porosty i zgniły, grzyby zapowiadający zapach ściółki. Skoszone siano, zapach dzieciństwa i początku wakacji. Krok za krokiem, w nowy dzień. Zaraz... Co to było? Skądś znam ten zapach, ale że on tutaj? Co to jest? Modrzew! Charakterystyczne, zwisające frędzle igieł. Z takiego drzewa zbudowano kościół w mojej rodzinnej miejscowości. Zapach wieczornych nabożeństw i niedzielnych mszy.

Nie może zatem być beznadziejnie. Jest poranek, nowy dzień. Ode mnie tylko zależy, jaką treścią go wypełnię. Ptaki, którym tak niewiele potrzeba do codziennej pieśni. Świt, codziennie mrok rozjaśniający i nowy dzień zaczynający. Nadzieja, bo ona zawsze z nowym dniem przychodzi. Nawet gdy wokół tyle zła i strachu. Nie odbierzecie mi jej. Ją zawsze świt i ptaki oznajmiają.



środa, 29 czerwca 2016

A riba jest!?

"A riba jest!?" Młody Mat donośnie obwołuje mijane rybackie łódki. Nie tyle zainteresowany zakupem świeżych plodovih mora / frutti di mare, co chyba tylko w celu nawiązania kontaktu. Właśnie opuściliśmy Dubrownik, gdzie nie bardzo legalnie staliśmy na kotwicy u wejścia do Starego Portu. Na wszelki wypadek Il Capitane został na łódce gdy reszta załogi poszła w miasto. Teraz powoli zmierzamy do zatoczki na wyspie Lopud, gdzie spędzimy noc. Mat i Bosman uganiają się pontonem od brzegu do brzegu w sobie tylko znanym celu. Może chcą wypróbować nową kotwicę? Jachtowa, główna trzyma. Można dołączyć do imprezy na sąsiednim jachcie.


Rano leniwie wychodzimy na pełne morze. Przed nami przejście Adriatyku wszerz, do włoskiego Trani. Tam pozbędziemy się małoletnich podoficerów i zostaniemy w dorosłym, oficerskim gronie. Wiatry sprzyjają i nie zmuszają do nadmiernej pracy z żaglami. Do Trani wchodzimy przed świtem, zatem możemy jeszcze podziwiać miasteczko w nocnym oświetleniu. Spędzimy tu prawie dwa dni, w międzyczasie odwiedzając pociągiem nieodległe Bari. Stąd pochodziła królowa Bona i tu został pochowany Święty Mikołaj. Dziś do jego grobu zdążają prawosławne pielgrzymki z Rosji i Ukrainy - załapujemy się na liturgię z przepięknym śpiewem.




Nasza trasa biegnie teraz na północ, w kierunku Półwyspu Gargano - ostrogi włoskiego buta. Nocleg w zatoczce, wcześniej Il Capitane i Porucznik udają się do ristorante na rozeznanie. Menu przywożą ze sobą, dając je do zaakceptowania Capitanessie i Chorążej. Zgadzają się, więc dzisiaj kolacja na brzegu. Jakby ciągnące się za ostrogą kamyki leżą wyspy Tremiti - jedyne włoskie wyspy na Adriatyku. Można zatem zrozumieć, dlaczego aż tylu Włochów pływa po drugiej stronie morza, w Chorwacji. Wapienne, stromo-płaskie, porośnięte sosnowymi zagajnikami. Całkiem tu miło, do tego stopnia że kot ulega nastrojowi i śladem swego psiego rodzeństwa skacze do wody i robi przepisowe dwie rundki wokół pontonu. Trzeba go potem wytrzeć, bo otrząsania się z wilgoci jeszcze nie opanował. Wracamy na drugą stronę.



Nocny przebieg do Chorwacji, spokojnie tak samo jak poprzednio. Niestety, południowe Biszewo za bardzo rozkołysane i musimy podciągnąć jeszcze parę mil do bardziej osłoniętego kotwicowiska na Komizy. Wyspa i miasteczko malownicze, z wąskimi uliczkami i staruszkami sprzedającymi śliwki i winogrona. Uzupełniamy zapasy i w drogę - na Vis i Vinogradisće. Na tej ostatniej wyspie, u końca wąskiej zatoczki, jest świetnie położona i dobrze karmiąca restauracja. Wierzymy stałym bywalcom i nie jesteśmy zawiedzeni. Cztery lata później przywieziemy tu młodzież i też będzie zachwycona. Radością podniebienia towarzyszą grające cykady i widok na stojące na kotwicy jachty - jak księżyce kołyszące się na uwięziach.



Hvar o tej porze roku bywa zatłoczony, więc mijamy go szerokim łukiem. Idziemy na południowe wybrzeże wyspy Brac, gdzie jest kilka ładnych zatok. W sam raz aby stanąć na kotwicy, coś zjeść i popływać w niesamowicie przejrzystej wodzie. Właśnie, słodkiej wody zaczyna nam pomału brakować, więc na noc płyniemy do mariny w Trogirze. Znakomicie położona, na drugim brzegu cieśniny, naprzeciwko starego, weneckiego miasta. Ma to jednak także swoje złe strony, bo bary i dyskoteki zdają się rywalizować do późna w noc na poziom decybeli.


Nazajutrz dość fest dmuchnęło, więc trochę regatujemy. Potem mały przystanek w malowniczym Primosten i nocleg na boi u wejścia na Kornaty. Nagie, prawie bez roślinności, obłe. Niby nic specjalnego, ale coś w sobie mają. Zwiedzać za bardzo nie ma co, ale popatrzeć można. W tawernie na brzegu pani wymownie popuka się w czoło zapytana o sałatkę owocową. "Owoce? Na wyspie??" Ech, ci cudzoziemcy...

Jeszcze tylko przystanek w Tribunj, tankowanie i ostatnia noc na kotwicy. Rano zawijamy do Szybenika, gdzie zdajemy łódkę i kończymy rejs. Po dwóch latach znowu pływaliśmy w Chorwacji. Pewnie tu jeszcze wrócimy, bo ładnie tu, sympatycznie a i sporo do zobaczenia zostało. Ale może w przyszłym roku gdzie indziej? Na przykład do legendarnej Grecji? Hm...


sobota, 25 czerwca 2016

Opowiem Ci...

Chodź, opowiem Ci o pewnej krainie... Leży za morzami i górami. Prawie jak w bajce. Symbole też ma bajkowe, trochę niespotykane: czerwonego smoka, zielony por i żółtego żonkila. Ma swoją reprezentację piłkarską, chociaż nie jest niepodległym państwem. To właśnie o reprezentację tego kraju zapytałem dawno temu moją mamę. Później przeczytałem o nim w "Mozaice". Było takie pismo, chyba kwartalnik, siermiężnie wydawane w szarzyźnie lat 80-tych. Zawierało proste teksty po angielsku (były też wydania rosyjskie i niemieckie), z tłumaczeniem co trudniejszych słówek. Z tej "Mozaiki" dowiedziałem się, że piłkarze stamtąd grają ma czerwono. Parę lat później, lekcja angielskiego w liceum. Tytuł czytanki zupełnie nie po angielsku a pani profesor Kozalska mówi, że ten język "nie jest dla normalnych ludzi"...



To było już ponad 20 lat temu a jakby całkiem niedawno, pamiętasz? Trudny czas dla nas, czas rozstania. Pojechałem tam na stypendium, na cztery miesiące. Czasy przedinternetowe i przedkomórkowe. Dzwoniłem raz na tydzień. Suma dzisiaj pozwalająca na chyba tydzień surfowania w necie wtedy wystarczała na pięć minut rozmowy... Za to dużo do siebie pisaliśmy. Chyba nawet mamy gdzieś te długie listy. Oj tak, kochałem Cię wtedy bardzo. Ale Ty mnie chyba też. To się przecież nie zmieniło, prawda?



Czy ten kraj, tam za morzami i górami się zmienił przez te 20-kilka lat? Zobaczymy. Chciałeś przecież zobaczyć smoka. Będzie, na zamkowym błoniu. Fakt, krótko tam polecimy ale trzeba będzie ponad dwie godziny jeszcze jechać samochodem. Za to dobrymi, szybkimi drogami. To pierwsza cecha odróżniająca tę krainę od tej jeszcze dalszej, którą obydwoje dobrze znamy i kochamy. Też jest zielono, ale mniej dziko, prawda? O, to już tu. Miasteczko i zamek. Piękny jest. Duża forteca musiała to być. Jest smok! Ale fajny! I jaki realistyczny. To nic, że tylko trochę go widać. Fajnie powiedziałaś: wcale go nie zakopali, on zmartwychwstaje! Co, że dzień ponury i światło beznadziejne? Dasz radę. Obrobisz te zdjęcia tak, że będą super.



Sama widzisz, że oprócz smoka nic nie ma tu ciekawego. Jedźmy więc dalej, przez góry. Może tu się zatrzymamy na nocleg? Hm, wcześnie jeszcze. Może jednak podjedziemy dalej, tam gdzie planowaliśmy. O, to tu. Miasteczko na "L" (lub nawet na "LL"...) No wiem, nieciekawie ten lokal wygląda, ale to tylko jedna noc. Rano pójdziemy się rozejrzeć.

Całkiem tu sympatycznie. Wygląda jak kraina na wschód stąd, ale ludzie tacy, jak w tej na zachód. Sami zaczepiają na ulicy. Słyszałaś, tam w sklepie? To był ten język "nie dla normalnych". Niepodobny do niczego, fakt. Wtedy, 22 lata temu, Marek określił go jako "kosmiczny". Ludzie są tu perfekcyjnie dwujęzyczni, nawet dzieci. Częściej też tę pradawną mowę słychać niż za morzem, hen na zachód. Jedziemy dalej, nad to morze właśnie. Ha, wiedziałem! Morze zawsze Ci się spodoba. Ładnie tu, prawda? Pocztówkowo wręcz. O, to już prawie tu. Tutaj mieszkałem i studiowałem. Ech, tyle wspomnień. To był tylko semestr a wydaje się kupa czasu. Fajnych ludzi też się poznało. Marek, Adam, Terrence, Alison, Lauma, Ute, Joerg, Sandra, Vladi, Natasza... Ciekawie co teraz robią. O, tu jest zamek. Ruina, ale ciekawa. A to Stary College. Prawie jak Hogwart, nie? A tu już molo i promenada. Tam, na końcu jest nasz hotel.



No to co, idziemy na górę? OK, możemy wjechać. W końcu to zabytkowa kolejka a góra dość stroma. Widok stamtąd będzie zaje... Nie mówiłem? Wreszcie też udało nam się z pogodą. O, tu jest ścieżka wzdłuż klifów. Tak, w zatoczce, jest knajpka gdzie pracowała (pracuje?) ta pani, która na wszystko odpowiadała "O, jak cudownie!" Zejdziemy teraz na dół, wzdłuż promenady. Hm, niewiele tu się zmieniło a jeśli już, to na gorsze. Sporo domów aż się prosi o odnowienie. O, tu mieszkałem! To ten akademik! Prawda, że super położony? Za to molo odbudowali po sztormach sprzed paru lat. A i zamek wygląda na bardziej uporządkowany. A tam jest pomnik Wellingtona, taki miejscowy monument, gdzie składa się wieńce na 11 listopada. Patrz, jakiś wariat tam wlazł, na głowę rzeźby kobiety, i gra na klarnecie. Heeeej! Nie bój się, nie zadzwonimy na policję. My lubimy wariatów. Sami trochę tacy jesteśmy.



"Statek i zamek". Tu chodziliśmy na piwo i muzykę na żywo... Dzisiaj jest tu aż za żywo. Osiemnastka jakaś. Ależ drą ryje! Pewnie, idziemy stąd. Nie miałbym sumienia Ciebie tu wciągać. O, tu jest główna ulica handlowa. A tam będą knajpki, poszukamy czegoś. Hm, tu też głośno. Chodźmy do któregoś z hoteli, tam powinno być ciszej. No, rzeczywiście było. I cicho, i smacznie.

Co dzisiaj? No, niedziela przecież. Msza jest o 11. Niestety, parafialny kościół p.w. Św. Winefrydy i Matki Bożej Anielskiej nie wiedzieć czemu zamknięty i ogrodzony. Msza będzie w szkole, wiem gdzie to jest. Chyba trafiliśmy na pierwszą komunię. Kolejną w tym roku. Patrz, tu jest lista dzieci. Dwa nazwiska polskie i cztery nigeryjskie. Taki jest tutejszy Kościół Katolicki. Większość mieszkańców tej krainy, jeśli w ogóle do jakiegoś Kościoła należy, to do jednego z tych niekonformistycznych: metodystów, unitarian, baptystów czy zielonoświątkowców. Oj, rozpadało się... Dzisiaj nie połazimy. Ale jedźmy, przed siebie. Dom Motyli! Chcę tam! Proooszę! Dobra, w końcu to i tak po drodze. Uff, ale tu duszno. Jak w Gabonie. Ale motyle śliczne. I te ćmy, wielkości połowy kartki A4! Trochę mniej pada. Fajna droga. Wąsko, ale malowniczo. Prawdę pisali: piękna ta dolina. Na jej końcu jest nasz cel: Diabelski Most. Tak nazwany, bo podobno niemożliwe było zbudować go tylko ludzkimi siłami. To tam, w dole. Ależ głęboka rozpadlina! No, nie dziwota, że tyle o niej diabelskich legend krąży. Szkoda że pada... Takie fajne zdjęcia mogłyby być. No to co, wracamy? W tym deszczu i tak nic nie zwiedzimy.




Ostatni dzień. Czas wracać... Zatrzymamy się jeszcze z raz lub dwa. Może w końcu znajdziemy tego smoka dla Ciebie. Hm, smoka w kolczykach nie było, ale jest na koszulkach. Mamy takie same. Tak, jak lubimy. No cóż, korek. Nie martw się, zdążymy. Nie wiesz, gdzie jesteśmy? Ale ja wiem, zaufaj mi. A nie mówiłem? Jeszcze spokojnie coś zjemy przed odlotem. No tak, wiem... Nie było chyba tak fajnie, jak oczekiwaliśmy. Mówisz, że ta kraina serca Ci nie skradła? Ta za następnym morzem, na zachodzie, piękniejsza? Hm, nie lubię oceniać, ale chyba się zgodzę. Pewnie jakiś czas tu nie przyjedziemy, ale może jednak, kiedyś? Może tam na północ, gdzie jest miasteczko z najdłuższą nazwą? No tak, wiem... Nie byłbym sobą, gdybym znów czegoś nie knuł. Ale kochasz mnie takiego, prawda? No to będę knuł. A na razie opowiem Ci...


czwartek, 9 czerwca 2016

Kocham Cię jak Irlandię

A Ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze, co byłoby dalej (...)
Kobranocka, "Kocham Cię jak Irlandię", 1990

Sinne Fianna Fáil a tá faoi gheall ag Éirinn,
Buion dár slua thar toinn do ráinig chugainn.
Amhrann na bhFiann (hymn Irlandii)



Czy był to rok 1990, gdy na listach przebojów królowała nie mająca nic wspólnego z Irlandią piosenka Kobranocki? Może jednak trochę wcześniej. Jakas taka niewyjaśniona fascynacja krajem na peryferiach Europy. Później przyszło olśnienie - przecież w ich święto narodowe, Dzień Świętego Patryka, przypadają moje urodziny! W 1991 graliśmy zaś z Irlandią w eliminacjach Mistrzostw Europy, więc nie mogło mnie nie być na meczu w Poznaniu. Odkrycie Toarzystwa Polsko-Irlandzkiego, krótka w nim działalność. Nabycie pierwszego w Polsce podręcznika języka irlandzkiego i mozolne próby nauczenia się tej niełatwej mowy. Parę lat później byłem już bardzo blisko, po drugiej stronie morza, w Walii. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że wtedy nie pojechałem choćby do Dublina. Miałem to jednak wkrótce odbic sobie z nawiązką :-)



W roku 2000 dostałem się do Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, gdzie w ramach nauki przechodziło się dwumiesięczny staż zagraniczny. Początkowo miałem jechać do Szwecji, jednak ubłagałem przeniesienie mnie do grupy irlandzkiej. Dwa miesiące w Dublinie, piękną jesienią A.D. 2001. Tylko dwa razy wtedy padało, rzecz na Zielonej Wyspie niespotykana. Dublin, spacery na staż, do kościoła, na miasto i na plażę. A w weekendy samochód i jazda lewą stroną na północ, zachód i południe. Malahide, Bru na Boyne, Tara. Galway, Connemara i Wyspy Aran. Klify Moher i Ring of Kerry. Cork, Waterford i Belfast. Donegal, Derry i Grobla Gigantów. Przynajmniej przejechaliśmy przez wszystkie 32 historyczne hrabstwa Irlandii, wliczając część brytyjską. Ostatnie tygodnie z funtem irlandzkim i pierwsze zapoznanie z euro (komplety monet można było kupić w bankach i na poczcie już parę tygodni przed oficjalnym wprowadzeniem wspólnej waluty).



Przeprowadzka do Brukseli i pierwsza wycieczka oczywiście do Irlandii. Jeszcze wąskimi drogami, autostrady łączące główne miasta dopiero w budowie lub planach. Piękny i tajemniczy Półwysep Dingle, wyspa Blasket, oratorium Gallarusa i irlandzkojęzyczni mieszkańcy. Sklep muzyczny Mazz O'Flaherty w kilkutysięcznym mieście Dingle (gdzie dziś jest nawet polski spożywczak...) Rok później walentynkowa niespodzianka, też na Dingle tylko z drugiej strony. B&B u miłej rodzinki, gdzie pięcioletni Donncha w ogóle nie mówi po angielsku a jego cztery lata starsza siostra Rosisin jest dwujęzyczna. Jednodniowy cielaczek i sympatyczny owczarek.



Rok 2009 i wyprawa w trójkę, z Żonką i moją Siostrą, która też zachorowała na zieloność. Znów klify Moher i Wyspy Aran, ale tym razem mniejsza z nich, Inis Oirr. Wydobywanie dźwięku z osła i pustkowie The Burren. Tajemnicze zakątki Connemary i ruiny opactw. Oczywiście też mili i zawsze rozmowni ludzie. Zauważa się jednak różnicę. Osiem lat wcześniej z Warszawy do Dublina trzeba było lecieć z przesiadką. Teraz Ryanair i Wizzair łączą irlandzką stolicę nie tylko z Warszawą, ale z wszystkimi polskimi lotniskami regionalnymi. Polski słychać na każdym kroku, tablice ostrzegające przed 200-metrową przepaścią Klifów Moher też po polsku. Irlandia jakby spowszedniała i stałą się bliższa. Bliższa komunikacyjnie nie znaczy, że bliższa mentalnie. Na pewno nie dla sporej części mieszkających i pracujących tam rodaków, którym jest wszystko jedno gdzie byle w euro.



Nam jednak nie spowszedniała i za każdym razem szukamy w niej tego celtyckiego niepokoju i tajemniczości czasami wręcz przechodzącej w grozę i szczerości zachodnioirlandziej wsi. Chyba jedynej wsi w Europie, gdzie miejscowi nie zamykają się w swoim gronie i chętnie zagadują przybyszów. A jak już owi odpowiedzą po irlandzku... Gdyby nie pokazywane w przepraszającym geście kluczyki od samochodu to chyba upiliby na umór ;-)



Luty 2016, uknuty w tajemnicy wyjazd do Donegal. Urodzinowy prezent dla Tej, którą jak Irlandię kocham. Ale czy rzeczywiście jak Irlandię? Chyba jednak bardziej, bo bez Irlandii mogę żyć. Tegoroczny wyjazd nastąpił po siedmiu latach przerwy; wydawało się, że z entuzjazmem tam wrócimy. No fajnie było, ale... Pierwszy raz Irlandia pokazała nam przez całe 3 dni swą szarą i mokrą twarz. A tak zawsze się chwaliliśmy, że dla nas zawsze ma słoneczne promocje. Takowe miała dwa miesiące później Norwegia, ale może to tylko zwodnicza wersja demo? Przyjdzie sprawdzić następnym razem. Podobnie jak Irlandię, którą jednak nadal bardzo lubimy. I na pewno do niej wróćimy, pewnie szybciej niż po kolejnych siedmiu latach. Jednak 17 marca w papierach zobowiązuje :-) Is maith liom Eirin, deirimse daoibh, is an-mhaith liom i...